Aniołowie

(154 - listopad - grudzień 2007)

Igraszki z aniołem

Przemysław Strzyżyński

Co się zmieniło w nas ludziach, że od baroku do dziś tak zmienił się obraz anioła?

Zwiewna muzyka, jak pląsy dziecka w letni dzień i oto anioł Teofil zstępuje by dzielnemu dragonowi Marcinowi pomóc uratować od ognia piekielnego duszyczki dziewcząt, przegrane z diabłami w mariaszka. Anioł ma słowiańską duszę, więc obok posłuszeństwa Najwyższemu mieści się w jego sercu i gniew i pobłażliwość, a nawet odrobina szelmowskiego mrugnięcia okiem. Odrobina prawie niewidoczna. Lecz jak wytłumaczyć, że tak łatwo, mimo srożącego się ognistego miecza boskiej sprawiedliwości, przystaje na propozycję by rozbójnik Sarkafarka i niecny Pustelnik zamiast na diabelski wikt i madejowe łoże, trafili do młyna, ludziom mąkę sprawiać. Serce dobrotliwego anioła na dłoni, a dłoń chętna do pomocy by z igraszek z diabłem duszyczki wyciągać.

Nieco mniej rozanielony jest anioł berliński. Raczej pragmatyczny, taki aspirant na inżyniera lub urzędnika, a na pewno milczący. Tutaj pomoże przejść przez ulicę, a tam od nieszczęścia obroni. Pragmatyzm jednak pęka, kiedy pozna, że zakochał się w pani na trapezie. Ta lotna istota, choć bez piór, zda mu się być anielską i ziemską jednocześnie. Wiecznie milcząca wieczność, aniołowi dobrze znana, nie wytrzymuje próby z nowością ziemskiej miłości. Anioł więc strąca się sam na ziemię, by kochać, mimo że niebo nad Berlinem wciąż pochmurne.

Podobnego strącenia, lecz za karę, doświadcza anioł krakowski. Ponoć za dużo fascynował się rock and rollem, co św. Piotra bardzo denerwowało. Trafia więc nad Wisłę, by za karę pomagać ludziom i w dusznych terminach sekundować.

Z kolei anioł w hollywoodzkim stylu, pokonuje melancholię miłością do pięknej kobiety. I dzięki Bogu, bo przecież z takim rozanielonym wyrazem twarzy jaki ma Nicolas Cage, trudno dłużej wytrzymać. Ten nasz, słowiański Teofil jest przynajmniej jakiś taki konkretny i wie czego chce - i czego mu chcieć nie uchodzi. W porównaniu z aniołami z Berlina i Los Angeles, jest aniołem klasycznym, świeżo awansowanym z roli opiekuna dzieci przechodzących przez kładki. Jest też bardziej ludzki w wyrazie ogólnym. Jak się cieszy to się cieszy, jak wkurza to też widać. Człowiek by się spodziewał, że amerykański anioł będzie miał w sobie coś z Johnego Wayne'a, a tymczasem to już raczej ten krakowski trąci popkulturą rodem zza oceanu. Nawet kapelusik jakiś taki nie stąd.

Owszem u Kieślowskiego, na obronę wspólnej wizji milczenia aniołów, anioł raczej milczy. Robi to jednak tak, że od razu wiadomo, o co chodzi - lepiej niżby krzyczał „Dekalog!”.

Amerykańskość aniołów made in USA broni, w filmie „Michael”, anioł z twarzą Travolty. Ten anioł mógłby zda się grać bez większych retuszy równocześnie w „Pulp fiction”. Film „Michael” opowiada o aniele tegoż imienia, który czyni dobro na ziemi. Jest klasycznie uskrzydlony, ale ma za to nieklasyczne maniery. Jest aniołem wyluzowanym to znaczy z papierosem w gębie.

W innym zaś obrazie, malowanym przez Caravaggia, który traktuję jako kontrapunkt, anioł podlotek przytula się do św. Mateusza i ręką starca kreśli słowa Ewangelii. Czuć ulotność boskiego natchnienia. Gdzie mu tam do rock and rolla, kładek z dziećmi, figlów na trapezie i papierosów.

Jednakże Teofil z kolei, od nich wszystkich wydaje się parę piór starszy. Może więc anioły dojrzewają? Może nie da się uzgodnić twarzy anioła. To by się nawet zgadzało. Anioł podlotek jest poważny wiekiem dziecka, które jeszcze nie zestarzało się na tyle by odróżniać i oddzielać powagę od jej braku. Krakowski, berliński, z miasta aniołów i z twarzą Travolty przechodzą smugę cienia - rozrabiają lub/i się zakochują. Teofil natomiast jest już po kryzysie wieku średniego, więc wreszcie jest jakiś, a nie ciągle zmienny.

W obrazach aniołów widać więc różnice, kiedy aniołom przypiszemy nasze, ludzkie twarze. Czy oznacza to, że musimy zgadzać się na arcyludzki obraz anioła? Dlaczego barokowy anioł jest tak irytujący? Czy tylko dlatego, że przypomina bobasa z reklamy pampersów? Czy też sama jego dziecinność razi swoją infantylnością? Albo inaczej, co się zmieniło w nas ludziach, że od baroku do dziś tak zmienił się obraz anioła? Może anioły w naszych obrazach nie dojrzewają same ale z nami? Może też z nami dziecinnieją? Niewykluczone też, że to my dojrzewamy do obrazu anioła?

Pytania te sugerują, że to, co anielskie zmienia się w zależności z trudno uchwytnym prądem myśli i uczuć zwanym kulturą. Tę zmienność i czasowość zobaczymy, kiedy wyobrazimy sobie, że anioł barokowy zakochuje się w postaci granej przez Meg Ryan w „Mieście Aniołów”. Tu anioł i tu anioł. Owszem, pasowaliby do siebie dziecinnością twarzyczek, ale to chyba wszystko, co by ich łączyło.

     Czy nie ma jednak czegoś wspólnego? Czegoś, co na różne i zależne od czasu sposoby, mówi jednak o tym samym. Taką cechą wydaje się być sama anielskość, bycie-nie-stąd i nie dla siebie samego. Reprezentowanie do końca nie siebie i nie dla siebie. Cechy te stają się już nie obrazem, czyli czymś zmiennym, ale podobieństwem, ikoną. Tyle tylko, że nie możemy pomylić ikony w teologii z ikoną w kulturze. Ta pierwsza została właśnie opisana i swoją niezmiennością służy zmianie odbiorców. Ikona w kulturze przypomina raczej obraz, zmienia się wraz ze zmianą odbiorców. Te dwie ikony nakładają się na siebie w różnej proporcji. Teofil jest raczej ikoną teologiczną, choć religijną popkulturę w nim czuć, zwłaszcza gdy zstępuje z niebiesiech - sytuację ratuje potknięcie przy lądowaniu. Anioły z Berlina i anielskiego miasta są zdecydowanie raczej popkulturowe, podobnie jak anioł z Krakowa - tutaj nawet milczenie nie pomaga, a melancholia powoduje wypadanie piór. Anioł Caravaggia próbuje stracić kulturową ikonę swoją zwiewnością. Jest ona jednak tak zmysłowa, że dopiero masywność ciała i powaga Mateusza Ewangelisty, jak kontrapunkt, ratuje obraz. W gorszej sytuacji jest anioł z pocztówki, z dziećmi na kładce. Jego lukrowata kolorowość i ekstatyczna niewinność dzieci kipią religijną popkulturą tak bardzo przeanieloną, że już nie tylko nie ludzką, ale wręcz makabryczną - chociaż do postaci z drogi krzyżowej w Licheniu jeszcze daleko.

W tym miejscu jednak wypada postawić pytanie, czy w obrazie anioła jest cokolwiek, co nie byłoby ludzkie? Nawet to nie bycie do końca dla siebie. Odpowiedź chyba zna każdy. Igraszki z aniołem są zawsze igraszkami z nami samymi. Z naszymi pragnieniami i ich spełnieniem. Problem jednak w tym, że samo bycie ludzkim pragnieniem nie oznacza, że jest to tylko ludzkie. Być może przekonamy się, że to bycie do końca nie dla siebie i nie stąd, jest wspólną ludziom i aniołom ikoną, którą w sobie noszą - i to nie tą kulturową.

A póki co, wolę Teofila, bo z nim można poigrać. Chociaż, z tym formalizmem w spełnianiu ostatniego życzenia dragona mógł już sobie darować. Przypomnę tylko, że wykpił się szczyptą tytoniu do fajki, o którą niebacznie piekielny bohater poprosił. Sknera anioł, sknera. Ale za to nasz ...słowiański.

ps. anioł Teofil, Dragon Marcin Kabat, pustelnik i rozbójnik Sarkafarka pochodzą ze sztuki  czeskiego pisarza Jana Drdy „Igraszki z diabłem” (czes. Hrátky s čertem) wystawionej w 1980 r. w Teatrze Telewizji w doborowej obsadzie i wielokrotnie powtarzanej, melancholijny anioł z twarzą Cage'a pochodzi z amerykańskiego filmu „Miasto Aniołów”, niemiecki anioł urzędnik pojawia się we filmie „Niebo nad Berlinem” (1987), amerykański anioł z gębą Travolty występuje w filmie „Michael” (1996), milczący anioł Kieślowskiego - oczywiście z filmu „Dekalog”, anioł w Krakowie - polski film „Anioł w Krakowie”.