Spotkanie z innym

(143 - kwiecień 2006)

Inni

ks. Franciszek Kamecki

Jak się zachować wobec takich, którzy nie tylko myślą inaczej i żyją inaczej, ale są inni?
Niemało jest ludzi czujących, żyjących i myślących inaczej niż ja. Słyszę ich w ra­dio, widzę w telewizji, czytam, co piszą w gazetach, czasem koresponduję z ni­mi, rozmawiam okazjonalnie, koleżeńsko, towarzysko, w parafii, na rekolek­cjach, biwakach i wakacjach.

Nie wszystkich potrafię polubić. Niektórzy mnie denerwują. Zbyt łatwo formułują są­dy. Uczę się ich znosić, ich odmienność albo gwałtowność i fundamentalizm cierpliwie tolerować. Dziwię się ich zbyt prostemu widzeniu świata i populistycznym rozwiązaniom wszystkich bolączek tego świata.

Staram się nie dominować, lecz z ostatniego miejsca służyć i pomagać. Wzorem Je­zusa, który wziął ręcznik i umywał nogi apostołom. Taka służba. Nieustanna, bez osta­tecznego zakończenia, bez finału. Ciągle od nowa. Jak w tej piosence o zaczynaniu od nowa. Nie ma przecież procesów ostatecznych. Jesteśmy w drodze. Dajemy cząstkę z. I potem milczymy. Stosuję metodę flisaków, aby rzeka nie płynęła pusto. Rzu-cam kolejne drągi, kloce. W rozmowie. Sporadycznie. Albo i więcej. Niech płyną te sło-wa, myśli pomiędzy ludźmi. Żal, aby rzeka nie pracowała, nie ciągnąc z nurtem drągów. Nie moja rzecz, co będzie u ujś-cia rzeki. Nie do mnie należą suk-cesy.

Najtrudniej rozmawia się i ob.-cuje z takimi, którzy wszędzie węszą wrogów i mają wszystkie-mu za złe - np. negatywne nastawienie do Zachodniej Euro-py, do tamtych obcych... Nie ma-ją nastawienia pozytywnego ku bliźniemu. To jest jakaś wielka choroba, która drąży na-sze społeczeństwo katolickie.

Próbuję nie uprzedzać się. Codziennie kontroluję swoje chcenia i niechcenia pod ką­tem czy mieszczą się one w Ewangelii Jezusa. Zabieram na spotkania z młodzieżą potęż­ny egzemplarz Pisma św. i mówię, że tam jest nasza mądrość, nasz autorytet, nasze roz­wiązywanie sporów i poglądów. Bo o to chodzi czy moje myślenie, to, co mi się wydaje, jest zgodne z ewangelicznym przesłaniem Jezusa. W Ewangeliach są zarysowane różne postawy, różne sytuacje, które Jezus jednoznacznie nazywa. Przypowieści modelują, jak powinno być w życiu, co jest lepsze i słuszniejsze. Ile razy przedstawieni są dwaj bracia jako modelowe przykłady zachowań.

Uświadamiam sobie i innym, jak trudno jest kochać drugiego człowieka. Zwłaszcza jak jest on przedstawicielem jakiegoś urzędu lub władzy. Ale i zwykły obywatel przycho­dzi z gotową historyjką o tym, że go ktoś okradł, że jest z Wrocławia i potrzebuje pomo­cy... A dlaczego pan nie udał się do jakiejś parafii w Wrocławiu? - pytam. Albo jest ktoś z mojej parafii i chce jedzenia. Daję mu. I jeszcze parę złotych. I pytam: dlaczego pani nie przyszła pomóc sprzątać kościół? A ty bezrobotny, przyjacielu, mając tyle czasu, nie masz godziny na przybycie do kościoła?

*

Korespondowałem przez wiele lat z publicystą i poetą w Szwecji, który z pochodzenia był polskim Żydem, opuścił Polskę w 1968, wcześniej był w gułagach radzieckich i jadł byle co, ateista, któremu wysłano mój tomik wierszy z Warszawy. Po przeczytaniu uznał te teksty jak gdyby za swoje, własne i od tego zaczęła się między nami korespondencja. Tu ksiądz katolicki, a tam ateista. Tu Polak, tam Żyd. Wspaniała wymiana i głębinowe li­sty na temat sensu życia, historii, zła, dobroci i miłości, istnienia Boga. Byliśmy odmien­ni, a jednak bliscy sobie. Szukaliśmy porozumienia i przyjaźni. Próbowaliśmy wczuwać się w kłopoty bliźniego.

Przychodzącemu do mnie esbekowi czytałem fragmenty Lenina o walce z religią, że to jest abecadło komunizmu. - I co pan na to? - pytałem go. - Jak mam się czuć w, skoro czytam takie rzeczy jako ksiądz? Pytającemu, dlaczego mu stawiam ka-wę, dlaczego jestem dla niego dobry, odpowiadałem: może pan jeszcze się nawróci.

Na postawę dobroci wobec innych wskazywał Jan XXIII, odpowiadając na audiencji ambasadorowi radzieckiemu, widzącemu różnice między nimi: to że dzielą nas poglądy, to tak nie-wiele.

Ile razy spotykam się z artystami, malarzami, fotografikami, aktorami, pisarzami, muzykami, nig-dy nie rozmawiamy od razu wprost o Bogu ani o re-ligii. Czasem w ogóle nie dochodzimy do takich os-tatecznych tematów. Rozmawiamy towarzysko, lubi-my się, dzielimy się swoją wrażliwością na coś, na jakieś tematy, na ja­kieś dobro, na jakąś prawdę i jakieś piękno. Czy to mało, jeżeli nas łą­czą takie zainteresowania? Czasem się kłócimy, ale pijemy ra­zem colę, herbatę lub kawę. Coś nas łączy, jednoczy i coś dzieli. To fascynujące. Bo tak chcą się zachowywać i zachowują się ludzie otwar­ci i poszuku­jący. Ciekawi jesteśmy siebie nawzajem. Zainteresowani drugim czło­wiekiem. Nie ma czegoś bardziej interesującego niż bliźni. Zwłaszcza taki bliźni, który nie ma jeszcze definicji na wszystko. Wtedy nie jest apodyktyczny. Nie chce być od razu nauczycielem ani kazno­dzieją, chociaż czasem - zdarza się - staje się przez chwilę zapalczywy, za coś - przekonany do czegoś - poszedłby w ogień, oddałby życie. Lepiej, jeżeli przede wszystkim nastawiony jest na dialog.

I to jest pierwsza postawa: dialogu z wszystkim ludźmi dobrej woli. Po Soborze Waty­kańskim II to oficjalna droga Kościoła. Miarodajna tu jest encyklika Pawła VI „Misterium fidei" określająca kręgi dialogu wewnątrz Kościoła, z innymi chrześcijanami, z innymi re­ligiami i z ludźmi dobrej woli. Członkowie Kościoła nie mogą reprezentować nigdy i nig­dzie innej drogi (poza dialogiem ani wbrew dialogowi).

**

Jako ksiądz na terenie parafii zajmuję się posłuszeństwem czyli zgodnością życia według nauki Kościoła. Usprawiedliwiam się przed ludźmi, jeśli w rozmowie zahaczam o sprawę wiary, praktyk religijnych i moralności według przykazania miłości Boga i bliźniego. Naj­częściej te sprawy poruszam: 1) na kolędzie, gdy odwiedzam rodziny i osoby samotne, bo wtedy wypada wznieść się powyżej poziomu towarzyskiego spotkania 2) kiedy przy­chodzą parafianie w sprawach chrztów lub ślubów kościelnych.

Chrzest wymaga wiary jednego z rodziców. Próbuję grzecznie i przyjaźnie konfronto­wać interesanta - parafianina z tekstami liturgicznymi używanymi podczas chrztu. Wspominam wyrzekanie się grzechu i wyznanie wiary, znaczenie białej szaty i odpalonej świecy od paschału tj. od światła Chrystusa. Moim zadaniem jest uświadomienie tego, iż chrzest jest sakramentem warunkującym i zobowiązującym. Mam żal do moich przełożo­nych, którzy stawiają pierwszeństwo chrztu w każdej sytuacji, zapominając jakie to święte teksty towarzyszą temu sakramentowi. Są tam teksty warunkujące - wymagające cze­goś od rodziców i chrzestnych zanim chrzest będzie udzielony. I są słowa zobowiązujące do czegoś po chrzcie. Więc co zrobić w sytuacji tzw. zerowej - całkowicie niezgodnej zą Kościoła? Jeżeli zawsze chrzcić, to należy zmienić rytuał chrztu, bo inaczej jest sy­tuacja fałszywa, nieautentyczna. Albo - jeżeli chrzest jest podczas mszy - to jak to ma się wobec takich rodziców, którzy nie mogą przystąpić do komunii. Należałoby chrzcić poza mszą. Kiedyś chrzty nie tylko były poza mszą, ale w zakrystii. Niektórzy mogą Boga przyjąć w słowie, ale nie w sakramencie (w komunii).

Ze ślubem kościelnym też nie do końca jest właś­ci­wie, bo od dawna para jest ze sobą razem, są wła­ściwie publicznymi grzesznikami, niekiedy mają już dziecko etc. Liturgiczny formularz ślubu zawiera tyl­ko sytuację między osobami ochrzczonymi albo po­między osobą ochrzczoną i nie ochrzczoną. I wte­dy pytanie „czy chcecie przyjąć i po katolicku wy­cho­wać potomstwo, którym Bóg was obdarzy?" na­leża­łoby zmienić, bo już przyjęli dziecko i jakoś wy­cho­wują... No i co...? Wtedy ksiądz uczestniczy w­nym układzie liturgicznym.

Jak się zachować wobec takich, którzy nie tylko myś­lą inaczej i żyją inaczej, ale są inni? Muszę być łagodny i wyrozumiały, chociaż wewnętrznie jestem spięty i niezadowolony. Muszę rezygnować z wymo-gów Kościoła. Widzę pęknięcie, jakąś podwójność, jakąś schizofrenię. Wobec pogrze-bów mam mniejsze opory, bo zmarły już jest w innym świecie. Rodzina chce go godnie pochować. Często rodzina jest poprawna, jedynie zmarły odstawał i zawstydzał swoich. Ale i tutaj modlitwy są „zbyt pobożne" w wielu sytuacjach i zbyt górnolotne. Nie chodzi o zeświecczenie, ale o zasypanie przepaści między świeckim a religijnym.

***

Kieruję się zatem dialogiem, posłuszeństwem i racjonalnością. Rozumność w widzeniu świata i Kościoła nas nie łączy, niestety, lecz dzieli. I księży, i rolników, i całe rodziny dzieli stosunek np. do stanu wojennego, do Radia Maryja, do partii politycznych, wobec Unii Europejskiej i Zachodniej Europy. Nie wiem, dlaczego. Tego dawniej nie było, bo nie było tychże faktów i instytucji, które chcą narzucić, jak i co mamy myśleć.

Moja droga do tworzenia poglądów, stwierdzeń i myśli (po bardzo długim dociekaniu, czytaniu, myśleniu) prowadzi poprzez Tradycję Kościoła, Pismo Święte , Sobór Waty­kański II i najnowsze wypowiedzi kościelnych autorytetów. Te moje myśli są kruche, nie­pewne, żmudnie osiągane, ale rozumne. Tymczasem wielu moich sąsiadów, współbraci i­gów myśli irracjonalnie, nie ma własnego zdania, nie ma czasu i chęci, aby za ja­kimś au­torytetem podążać - pisarza, uczonego, biskupa, papieża - woli korzystać z. szyb­kiej giełdy (z telewizji „bo tam mówili"), z gotowych recept, z oszołomów umy­sło­wych, których pełno w Polsce. Szkoda, że nie ma już elity intelektualnej, lecz jest echo populi­stycznych mediów. Nie ma pracy intelektualnej nad budowaniem swego poglądu. Rozum został niejako wycofany z obiegu. Ten irracjonalizm widoczny wszędzie np. jak można bezrozumnie bronić epoki pustych półek w Polsce, że wtedy było lepiej? - pytał wks. bp Jan Tyrawa podczas inauguracji roku akademickiego w Bydgoszczy włym roku. Albo jak starsze panie - emerytki - mogą bronić czekania w kolejce od 4. rano przed sklepem rzeź­nickim? Bo mogłyś­my się godzi­nami nagadać! - odpowiadają, a teraz czują samot­ność. Gdyby do­szło to hamletowskie „być al­bo nie być", niejeden uciekłby od problemu, nie dał­by gło­wy, bo to nie jest jego problem. On powtarza czyjeś filozofie. Jest krzykaczem. Rozra­biakiem spo­łecz­nym. Pyskuje. Ulega modzie narze­kania i pogar­dza­nia światem.

Z tego powodu jest mi trudno współcześnie. Bo ludzie ulegli schematom i gotowym rytmom np., au­dycjom religijnym, telenowelom. W rytm audycji ra­diowych żyją. Tymczasem ja chcę być niezależny
i ...zależny od Boga. Urodziłem się wcześniej, kiedy nie było tych innych, inaczej tworzonych haseł i opi­nii. Nie przyjmuję żadnych nowych propozycji prak­tyk religijnych ani zobowiązań. Musi mi wystarczyć Ewangelia Jezusa i Jego Światło. „Światło Chrystu­sa!" - śpiewamy w Wigilię Wielkanocną, wnosząc paschał do ciemnego kościoła. I tym światłem pró­buję oświetlać te wszystkie inności, te wszystkie „inaczej" pomiędzy ludźmi.

Dialog, posłuszeństwo, rozumność... Tylko tak. Szanować inaczej myślących i żyjących, ale być wiernym sobie.