Dojrzałość w Chrystusie

(232 - lipiec - sierpień 2020)

Kroki ku dojrzałości

Magdalena Roszak, ks. Piotr Niedzielski

To była wręcz obsesja Ojca Franciszka. Tworzyć Kościół żywy

Do… dojrzałości jeden krok, jeden jedyny krok, nic więcej? Na pewno jeden to zbyt mało. Dojrzałość w Chrystusie to jeszcze głębsze wejście w 10 Drogowskazów Nowego Człowieka. Każdy z „kroków” musimy w tym roku formacyjnym na nowo przemyśleć, przemodlić i… pokochać. Cel jest jasny: stać się dojrzałym chrześcijaninem.

Krok 1 – Jezus Chrystus

Mam głębokie przekonanie, że dojrzałość chrześcijańska w kontekście tego kroku oznacza potrzebę głębokiej i osobistej relacji z Jezusem. Powiem tak: w naszych czasach musimy traktować Pana jako Osobę, żywą i działającą w swoim Kościele. Musimy być w żywej, intymnej relacji z Jezusem i każdego dnia ogłaszać Go swoim Panem i Zbawicielem.

Jezus nie był, nie jest i nigdy nie będzie tylko jakąś wzniosłą ideą, konstruktem filozoficznym czy też postacią historyczną, co do której uczeni spierają się, czy istniał naprawdę. Jeśli Jezus nie jest dla mnie Bogiem żywym i prawdziwym, który działa w moim życiu, z którym mogę rozmawiać twarzą w twarz, tak jak się rozmawia z przyjacielem, to nie wiem, na czym mam oprzeć swoją wiarę… Na tradycji? Na przyzwyczajeniu?

Dojrzałość to przyjaźń z Jezusem, którego słyszę, dotykam, widzę, który ma władzę nad moim życiem. I takiego Jezusa trzeba pokazywać innym, aby i oni za Nim poszli; za Nim jako Osobą, a nie ideą czy teorią.

Krok 2 – Niepokalana

Maryja naszą modelką! Ups… nie modelką tylko modelem nowego człowieka. A jednak modelka też świetnie pasuje, bo przecież „Bóg ma gust, On się zna…”, a my mamy naśladować. Patrzeć, podziwiać i ubierać te same kreacje. Kreacje szyje Maryi Duch Święty.

Oj, chyba wyobraźnia mnie ponosi. Przepraszam, trudno się opanować. W każdym razie wzór nowego człowieka. Czy ten wzór jest dościgły, czy niedościgły? Jaki stopień dojrzałości maryjnej (=być jak Maryja) jest dla nas możliwy? Czym to się mierzy? (bo przecież nie miarą krawiecką). Widzimy (znów oczami wyobraźni), jak to małe „w” (nasza wola) rośnie i staje się dużym „W” (wolą Maryi zjednoczoną z wolą Bożą). Dziecko lubi naśladować ruchy mamusi lub tatusia. Robi to oczywiście dość niezgrabnie. Nie potrafi odwzorować idealnie. Ale najważniejsze, że kocha i chce. I tak mijają lata, a dziecko staje się zupełnie jak mamusia czy tatuś. Niesamowite? A może naturalne?

Na ile może się w nas dokonać maryjna przemiana? Nie wiem, ale wydaje się, że nikt jeszcze nie odkrył lepszej drogi ku Jezusowi, niż ta droga naśladowania Maryi, poprzez najpierw UMIŁOWANIE JEJ, czyli oddanie się Jej (jak Józef, Elżbieta i Jan – przykłady biblijne osób, które pierwsze Ją przyjęły i dobrze na tym wyszły) a następnie rozważanie z Nią tajemnic zbawienia. No i w tym cały szkopuł, że to powolna, mozolna droga. Długie kilometry pielgrzymkowych tras do sanktuariów maryjnych dobrze to odzwierciedlają. To trzeba poczuć w nogach. To trzeba wydeptać wieloma tysiącami dziesiątków różańca.

A cóż wyłania się nam na końcu tej drogi? Widzę takie dwie postawy, do których będziemy zdolni: móc ustać pod krzyżem, przyjąć właśnie w tej godzinie misję usłyszaną od Jezusa i ufać, że w ogóle będzie coś po krzyżu, że będzie życie dalej, mimo, że ma się przebite bólem serce oraz wypraszać dar Ducha Świętego dla Kościoła (jak Maryja w Wieczerniku), samemu pozostając w cieniu.

 

To tylko fragment artykułu, całość w drukowanym Wieczerniku.