Eucharystia

(205 - maj - czerwiec 2015)

z cyklu "Pamięć świadków"

Kto straci swe życie...

Georg Topolski, Barbara Mazur

Grażyna Topolska (1962-2000) pochodziła ze Śląska, jako nastolatka jeździła na oazy młodzieżowe. Po ślubie w 1993 r. zamieszkała w Niemczech. Wraz ze swą rodziną związała się z Centrum Ruchu w Carlsbergu. 

 

Czuję się zobowiązany głosić to świadectwo nie tylko ze względu na moją żonę i dlatego że sama już nie może go powiedzieć, ale także dla głoszenia PRAWDY i dla zadośćuczynienia BOGU za JEGO Miłość i Miłosierdzie okazane naszej rodzinie nie tylko w tym trudnym dla nas okresie, ale także za wszelkie łaski okazywane mnie i dzieciom do dnia dzisiejszego.

Po urodzeniu się naszej pierwszej córki (27.05.1994) żona nie brała pod uwagę powiększenia naszej rodziny w przyszłości. Osobiście byłem (i jestem nadal) zdania, że jednemu dziecku jest źle na świecie. Kiedy pewnego dnia przyszedłem z pracy do domu poznałem po oczach żony, że coś nie jest w porządku. Na pytanie – co się stało? – dostałem krótką odpowiedź, po której natychmiast chwyciłem za telefon i zgłosiłem wizytę u ginekologa do którego żona zwykle chodziła na badania. Przypuszczenie, że chodzi o ciążę, szybko się potwierdziło. Wiadomość ta uszczęśliwiła mnie. Oprócz tego jednak lekarz przekazał nam informację, która nie tylko „zatrzymała” wprost bicie serca, ale zmieniła resztę naszego życia. Badania stwierdziły raka piersi (około 5 cm średnicy) na tyle rozwiniętego, że operacja usunięcia guza była potrzebna natychmiast. 

Ze skierowaniem do Kliniki Uniwersyteckiej w Homburgu/Saar, zgłosiliśmy się na oddział kobiecy. W załatwianiu formalności pomagała nam jedna z pielęgniarek, która prowadziła moją żonę na miejsca badań. Kiedy przed zrobieniem zdjęcia rentgenowskiego powiedzieliśmy, że żona spodziewa się dziecka i jest w 11 tygodniu ciąży, zaskoczenie personelu było ogromne. Od tej chwili zajęli się nami lekarze. 

Jedną z pierwszych propozycji, jaką dostaliśmy, było usunięcie ciąży, ponieważ ciąża była poważną przeszkodą w dalszym leczeniu żony. Stanowcza odmowa ze strony żony i moje całkowite poparcie tego stanowiska kierowały nas w rozmowach na coraz wyższe stopnie hierarchii medycznej i w końcu po kilku godzinach trafiliśmy do dyrektora kliniki. Po osobistym zbadaniu żony potwierdził konieczność usunięcia ciąży dodając, że nie widzi żadnych szans przeżycia dziecka i tylko około 50% szans dla jego matki przejścia cało przez poród. Ponieważ w tym czasie lepiej znałem niemiecki niż moja żona, większość rozmów było prowadzonych przeze mnie. Byłem tak przejęty grozą sytuacji, że nie mogłem wydobyć z siebie ani jednego słowa i wcale się nie dziwię, że moja żona stojąc obok mnie głośno płakała. Wiedziałem, że tylko Bóg może nam pomóc i prosiłem Go o słowa, które pomogłyby mi przekonać tego lekarza, że nie ma racji. Bałem się jednocześnie, że każde słowo wypowiedziane mogło być niewłaściwe, nie to, którego szukałem, by wyjść z tej strasznej i pełnej dla nas grozy sytuacji. Czułem na sobie silny psychiczny nacisk ze strony tak wysoko wykształconych ludzi oraz prześladowała mnie stale myśl, że ja, prosty człowiek odważam się wdawać w dyskusję z ludźmi, którzy mają po kilka tytułów naukowych przed swoim nazwiskiem. Nie zapomniałem jednak, że Bóg jest prawdziwą mądrością i że On przyjdzie nam z pomocą. 

Zapytałem więc lekarza czy może nas pisemnie zapewnić, że po usunięciu ciąży i odpowiednim leczeniu moja żona będzie zdrowa i już nigdy nie zachoruje na raka. Lekarz był trochę zaskoczony moim pytaniem, ale jego odpowiedź była oczywiście negatywna. Nikt na tym świecie nie może zapewnić mojej żonie zdrowia i życia w tej ciężkiej chorobie i w tak zaawansowanym stanie. Dzięki Bogu, już wiedziałem, co mam odpowiedzieć i moja reakcja była natychmiastowa: „To po co zabijać!” (Myśli kłębiły mi się w głowie i myślałem, że zwariuję, ale jednocześnie wiedziałem bardzo jasno, co mam mówić – Dzięki Ci, Boże, że mnie wsparłeś w tym momencie). Mówiłem dalej: „Jeżeli teraz zabijemy to dziecko, a później umrze moja żona, to będę miał dwa życia na sumieniu. Zostawiając dziecko przy życiu i oczekując na rozwiązanie zdaję się na Bożą Wolę. Nawet, jeżeli w późniejszym czasie odejdą oboje z tego świata, to będzie oznaczało, że Bóg tak chciał. Z czystym sumieniem będę mógł żyć i opiekować się starszą córką. Jeżeli umrze jedno z nich, to na pewno będzie to dla mnie bardzo bolesne, ale będę miał świadomość, że zrobiłem wszystko, co było w mojej mocy, żeby nie przeciwstawić się Bożym przykazaniom i Jego Woli”. Bardzo mi ulżyło kiedy skończyłem mówić, czułem się jak nurek, który wypłynął na powierzchnię wody, żeby nabrać powietrza i serce biło mi tak mocno, jakby chciało mi wyskoczyć z piersi. W chwili milczenia, którą potrzebował mój rozmówca na zastanowienie się, wyczuwało się napięcie, ale odpowiedzią, którą usłyszałem byłem bardzo zaskoczony. „Jako mąż i tak nie ma pan nic do powiedzenia, pana żona musi to sama powiedzieć” – podsumował lekarz. „Proszę bardzo – padło z mojej strony – żona potrafi tyle sama powiedzieć po niemiecku”. Zwracając się do mojej żony zapytał – „Co Pani zdecydowała?” Znowu przerwa, w której czułem straszny ciężar obowiązku osoby wierzącej i matki, połączony z wewnętrzną walką jaką przeżywała. Wiedziałem co czuje, bo przecież nosi to dziecko w swoim łonie i to ona decyduje teraz o jego życiu i o swoim zdrowiu i życiu. Nieprawdopodobny ciężar tej sytuacji objawił się w krótkim płaczu żony. Po chwili jakby się obudziła i otrząsnęła z czegoś, co ją przygniata, powiedziała mocnym i stanowczym – chociaż trochę drżącym – głosem: „Jestem osobą wierzącą. Jak mam żyć w zgodzie z moim Bogiem i sumieniem, jeżeli zabiję moje własne dziecko? Nie – nie mogę tego zrobić. Chcę moje dziecko urodzić bez względu na konsekwencje”. Ogólne zaskoczenie, jakie dało się odczuć ze strony lekarzy, przyjąłem z wielką ulgą i uczuciem radości z podjętej decyzji. Lekarze respektując i szanując naszą wypowiedź i podejście do sprawy, uświadomili nas krótko co czeka żonę w przyszłości w związku z operacją guza. Żona została umieszczona w osobnym pokoju, gdzie jak mieliśmy nadzieję odpocznie, nabierze sił cielesnych i duchowych przed czekającym ją trudnym okresem życia. Następnego dnia, gdy przyszedłem ją odwiedzić, natychmiast się zorientowałem, że stało się coś niedobrego. Żona z płaczem opowiedziała mi o psychicznym terrorze, jakiemu była poddana przez pielęgniarki i dyżurnego lekarza. Od samego rana namawiano ją do zmiany decyzji. Dopiero moja ostra interwencja u tegoż lekarza zmieniła zachowanie personelu. 

Z Bożą pomocą żona przeszła przez ciężką operację. Szczególnie przez pozostały okres ciąży dało się odczuć ogromną pomoc i wstawiennictwo Matki Bożej, do której kierowaliśmy nasze modlitwy. Modlitwa różańcowa, którą już wcześniej często odmawialiśmy, teraz stała się nieodłącznym towarzyszem dnia codziennego naszej rodziny, a w szczególności żony. Także dzięki wsparciu modlitewnemu samych przyjaciół, a także diakonii stałej w Carlsbergu i księży tam działających oraz Centrum Kultu Maryjnego w Schönstatt – Bóg okazując miłosierdzie naszej rodzinie, sprawił, że stan pooperacyjny szybko się poprawił, a dziecko, którego się spodziewaliśmy, dobrze się rozwijało. 11.01.1999 urodziła się zdrowa dziewczynka, która była i jest do dzisiaj żywym zaprzeczeniem lekarskiej diagnozy i najpiękniejszym dowodem działalności Bożej w naszym życiu. Po dwugodzinnym porodzie żona o własnych siłach poszła do swojego pokoju patrząc z lekkim uśmiechem na nasze dziecko. Po długich dyskusjach nad imieniem dziecka, doszliśmy do wniosku, że za okazaną opiekę, pomoc i wstawiennictwo oraz z głębokiej wdzięczności dla Matki Bożej damy naszej córeczce na imię MIRIAM. Stan zdrowia zdawał się stabilizować do tego stopnia, że wybraliśmy się w maju 2000 roku do Medjugorje. Tam mieliśmy jeszcze raz okazję, za pośrednictwem Maryi, podziękować Bogu za okazane łaski. W późniejszym czasie stan zdrowia żony zaczął się nagle pogarszać. Stosowane terapie miały znikomy skutek. 5.12.2000 r. moja żona zmarła śmiercią nagłą i niespodziewaną dla nikogo. W swoim miłosierdziu Bóg dał żonie prawie dwa lata, aby mogła być przy swoim dziecku, patrząc jak rośnie, jak zaczyna stawiać pierwsze kroki i mówić pierwsze słowa. Dla matki są to chyba najpiękniejsze chwile w życiu. Ale to nie jedyny dowód miłości i miłosierdzia Bożego, jakie mogę opisać. Przez cały okres choroby z Bożej Woli zostały cofnięte do minimum wszelkie bóle, które są przy tym rodzaju choroby i przerzutach na kręgosłup i płuca szczególnie silne. Po śmierci żony oddałem do apteki półtorej reklamówki tabletek przeciwbólowych w większości nawet nie rozpieczętowanych. 

Wielki jest nasz Bóg w swojej wierności, jeżeli i my okażemy Mu wierność. Wierzę, z całego serca, że teraz moja żona zaznaje radości życia wiecznego. Jezus sam przecież obiecał: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, to choćby umarł, żyć będzie. Każdy kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki” (J 11, 25-26). „Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je…” (Mt 16, 25-26). 

Dla tych, którzy mogliby mieć jeszcze wątpliwości do słuszności naszej decyzji, zacytuję jeszcze jedno pytanie; niech każdy spróbuje sam na nie odpowiedzieć „Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł?” (Mt 16, 16). 

Georg Topolski 

Grażyna dotarła do nas w 1998 roku wraz ze swoim mężem Jurkiem i małą córeczką Sandrą. 

Była w stanie błogosławionym, oczekiwali kolejnego dziecka. Normalnie takiemu stanowi towarzyszy radość i szczęście tu jednak był lęk, trud, niepewność co będzie dalej. Okazało się bowiem, ze Grazyna ma raka piersi i to w stopniu zaawansowanym. Lekarze od razu dali jednoznaczną propozycję – usunąć dziecko, aby ratować matkę, rodzice jednak sprzeciwili się temu.

W tamtym czasie Grażyna z Jurkiem byli zwykłą, tradycyjnie wierzącą rodzina. Wcześniej Boża Opatrzność przyprowadziła Jurka wraz z jego przyjacielem Andrzejem do Carlsbergu na Oazę Modlitwy podczas świąt Zesłania Ducha Świętego; było to dla niego niesamowite przeżycie i doświadczenie mocy Ducha Świętego.

Kiedy Grażyna i Jurek do nas dotarli, a było to Boże Ciało, wtedy ks. Jacek Herma udzielił Grażynie sakramentu Namaszczenia Chorych, potem długo rozmawialiśmy, zachęcaliśmy do trwania w podjętej decyzji, do zaufania całkowitego Bogu. 

Nie był to łatwy czas dla Grażyny i Jurka, zmagali się ze sobą, ze swoimi problemami; był także lęk co będzie dalej, jaka będzie przyszłość – pytanie czy będzie żyła, co będzie z dzieckiem.

Grażyna została poddana operacji, pierś została usunięta, dziecko w jej łonie rozwijało się dobrze. To było jej wielką radością, to napawało ją nadzieją. Miriam przyszła szczęśliwie na świat 11 stycznia 1999 roku. Grażyna czuła się dobrze, szybko wyszła ze szpitala, w domu z radością i miłością zajmowała się swoim maleństwem, macierzyństwo dawało jej niesamowitą siłę. Była bardzo dobrą żoną i matką. Chrzest Miriam odbył się w Marianum w Carlsbergu podczas Wigilii Paschalnej. 

Grażyna cieszyła się macierzyństwem, ale też wzrastała w wierze, była na tyle silna, ze w maju 2000 roku była na pielgrzymce w Medjugorje, a w wakacje całą rodzina wzięli udział w oazie rekolekcyjnej pierwszego stopnia w Carlsbergu.

Po kilku miesiącach niestety okazało się, że są przerzuty, jest zaatakowana druga pierś, potem doszła woda w płucach. Grażyna przechodziła różne stany i radości i cierpienia, i osamotnienia i niezrozumienia, jednak nie poddawała się, była wierna Bogu, Jemu ufała do końca. Mimo brania chemii i robienia wszystkiego co możliwe przez lekarzy, Grażyna „gasła” w oczach. Pamiętam, że w listopadzie, jadąc do Brukseli na spotkanie grupy biblijnej, po drodze odwiedziliśmy ich. Ja wewnątrz przeczuwałam, ze to jest nasze ostatnie spotkanie tu na ziemi, do dzisiaj pamiętam jej oczy – takie jakby nieobecne; z jednej strony był w nich pokój i zgoda, a z drugiej obawa i lęk „co będzie z moimi dziećmi?”.

Odeszła do Pana 5 grudnia 2000 roku, mając 38 lat; wiadomość o jej śmierci dotarła do nas, kiedy byłyśmy na rekolekcjach INMK w Krościenku. Jedyna możliwością, by uczestniczyć w pogrzebie, była jazda w nocy po rekolekcjach, i na to oczywiście się zdecydowałyśmy. 

Piszę o Grażynie, która była prostą i skromną kobietą, żoną i matką; matką która oddała swoje życie za życie dziecka. A to dziecko – Miriam, dzisiaj ma 16 lat, jest wspaniałą dziewczyną, oazowiczką, a w sercu nosi głęboką miłość i wdzięczność do matki Grażyny za swoje życie.

I może jeszcze dwa słowa o mężu Jurku. Po śmierci Grażyny został sam z dwójką małych dzieci. Wtedy otwarły mu się oczy, jak sam opowiada i zobaczył, jak wiele robiła jego żona w domu (pranie, prasowanie, gotowanie, sprzątanie, zajmowanie się dziećmi); wtedy oddał cześć i szacunek swojej zonie i wszystkim kobietom, wcześniej bowiem wydawało mu się, ze praca kobiety w domu niewiele kosztuje. Jurek wiedział, ze sam sobie nie poradzi z dwójką małych dziewczynek; że one potrzebują matki. 

Przez wstawiennictwo św. Józefa modlił się o żonę dla siebie i matkę dla swoich dzieci. I tak podczas oazy trzeciego stopnia w Rzymie poznał Teresę, wspaniałą kobietę, która się okazała nie tylko wspaniała żoną, ale także cudowną matką dla Sandry i Miriam. Teresa pochodzi z Suwałk; po roku ślub odbył się w Smolanach, towarzyszył im ks. Jacek Chałko. Dzieci od razu pokochały i zaakceptowały Teresę jako mamę. A ja wierzę, że to w Niebie, u naszego Niebieskiego Ojca, Grażynka wyprosiła tak dobrą mamę dla swoich dzieci.

Niech Bóg będzie uwielbiony w całym życiu, wierze, miłości, posłudze, oddaniu i ofierze z życia Grażyny.

Barbara Mazur