Krucjata Wyzwolenia Człowieka

(134 - styczeń 2005)

Ku nadziei (świadectwo)

Magda

Byłam w Krucjacie, ale się nie modliłam — tak jakby wystarczyło podpisać karteczkę, nie pić i zapomnieć o sprawie

W Krucjacie jestem już od ponad 10 lat (od 7 jako jej członek). Podpisać mi ją było dość łatwo ponieważ czymś bardzo realnym dla mnie był problem alkoholizmu — tata pił odkąd tylko pamiętam. Mama zawsze mówiła, że kiedyś było inaczej — jak koledzy na piwo, to tata na soczek i w ogóle, że to bardzo dobry człowiek i że zrobiłby dla innych wszystko. Wtedy jeszcze jako dziecko na zerowym stopniu chciałam, by było tak z powrotem.
Moje życie, a więc i bycie w Krucjacie miało dość wyraźne etapy.

Jeden za jeden
Myślę, że do określenia pierwszego etapu dobre jest użycie słowa „chciałam”. Chciałam, by Pan Bóg spełnił moją zachciankę. Po powrocie z pierwszych rekolekcji byłam tym bardzo zaaferowana. Jak tylko zdarzył się odpowiedni moment i ojciec nie był pijany, to mu zaraz powiedziałam, że podpisałam Krucjatę, i że to za niego — w myśl tego jak rozumiałam sobie wtedy Krucjatę — ja coś zrobiłam dla Pana Boga, teraz On coś dla mnie. Jakoś tak odrzucałam myśl, że to nie działa na zasadzie jeden za jeden — czyli jedna krucjata za jednego alkoholika lub że może przestać pić ktoś inny, skoro mój tata to też alkoholik i też potrzebuje pomocy. Niestety skończyło się to dużym rozczarowaniem. Ojciec nie przestał pić, a to co alkohol z nim robił było jeszcze gorsze niż dotychczas.

Ciężko było mi się modlić
Tata zmienił się tak bardzo, że naprawdę było mi coraz ciężej myśleć, że to tylko choroba. Do tej pory pamiętałam krzyki w domu, to że nie mamy za dużo przyjaciół. Teraz ojciec zaczął nas coraz częściej bić i dom stał się tak niebezpieczny, że musiałyśmy się na jakiś czas z niego wyprowadzić. Jednak chyba najstraszniejsze w tym czasie było to, iż mimo zamków w drzwiach od pokoju, w którym mieszkałyśmy, bałam się tak bardzo swojego taty, że zdarzało mi się zasypiać z nożem pod poduszką. Wtedy bardzo chciałam, żeby tata umarł. To był naprawdę trudny okres mojego życia. Może brzmieć to dziwnie, ale nie miałam wtedy już sił, aby się modlić. Byłam w Krucjacie, ale się nie modliłam — tak jakby wystarczyło podpisać karteczkę, nie pić i zapomnieć o sprawie.

Potrzebna była mi nadzieja
Chyba na schyłku wytrzymałości psychicznej i fizycznej wszystkich w domu Pan Bóg zabrał tatę do więzienia, a ja po krótkim czasie dostałam się na studia, gdzie spotkałam człowieka, który pomógł mi przeżyć taki jakby czas „oprzytomnienia”. Łatwiej było zauważyć mi, jak ojca nie było i ktoś mógł spojrzeć na całą sprawę z boku, że ojciec jest chory, a nie zły. Trzeba było dużo czasu i rozmów zanim zdecydowałam się odwiedzić ojca w więzieniu. Decyzja odwiedzenia nie była prosta, ale choć nie było łatwo, po jakimś czasie się zdecydowałam. Wtedy tata obiecał, że nie będzie pił (robił to już oczywiście z milion razy wcześniej, ale wtedy było jakoś inaczej). To był naprawdę cud, bo on od tego czasu rzeczywiście przestał pić Tata bardzo się starał wszystko naprawić, a ja czułam, że mój post owocuje. Bardzo wtedy dziękowałam Bogu za to czego, dokonał w życiu mojego taty.

To nie tata się najbardziej zmienił
To nasze szczęście rodzinne trwało osiem miesięcy. Można powiedzieć krótko, ale jak tak patrzę z dzisiejszej perspektywy to bardzo długo. Bóg „wielkim wysiłkiem zabrał” tatę alkoholowi i oddał mnie na prawie rok. Potem tata znów zaczął pić,
„staczać się” z powrotem — kieliszek, kolejne wyroki i więzienie. Oczywiście nie było mi się łatwo z tym pogodzić. I to stało się powodem mojego kryzysu bycia w Krucjacie. Obwiniałam wtedy tego kogo było najłatwiej — Boga. Myślałam sobie wtedy, że Krucjata nie ma za dużego sensu, no bo ludzie nie przestają pić. Chodziło mi nawet po głowie, żeby z Krucjaty zrezygnować. Szukałam przeróżnych wymówek — w końcu nie zrezygnowałam, ale ciężko mi szło zachęcanie innych ludzi do włączenia się w to dzieło.
Ten mój bunt trwał trochę, aż pewnego dnia spostrzegłam, że w tym alkoholiku co mieszka w pokoju obok widzę mojego tatę, że mimo iż on pije nadal, to jest spokojniejszy i nie mam tylu awantur, a ja zamiast życzyć jemu śmierci, to jak kiedyś to dziecko na zerowym stopniu — pragnę aby wyzdrowiał.
Wtedy dotarło do mnie, że Krucjata choć jest moim darem i wyrzeczeniem dla osób uzależnionych, była też wyzwoleniem dla mnie. Nawet sobie nie zdawałam sprawy jak bardzo mój kilkuletni post i modlitwa o uzdrowienie ludzi uzależnionych pomogła mi w tym, że ze spokojem mogę mówić „kocham cię tato” a nie myśleć, że go nienawidzę. Miałam nadzieję przy każdym „już nie będę pić” i nie ignorowałam każdej następnej obietnicy myśląc, że i tak to nic nie da. Doszłam do wniosku, że moje życie mogłoby wyglądać zupełnie inaczej i tak naprawdę trwanie w Krucjacie zmieniało bardzo mocno mnie.

Prawdziwa wolność dla osoby uzależnionej
Od tego czasu bardzo mocno zaczęłam modlić się o to, aby mój ojciec wrócił do Pana Boga. Żeby miał siłę poprosić Go o pomoc.
Tata umarł dwa lata temu. Nie wiem o czym myślał tuż przed śmiercią, bo nie umarł w domu, tylko gdzieś na ulicy. Pozostaje mi mieć nadzieję, że moje modlitwy zostały wysłuchane i w tych ostatnich minutach swojego życia tata był na tyle wolny, by powiedzieć Bogu „tak” i Ten go przyjął do siebie — bardzo mocno w to wierzę!