Słowo Boże

(155 - styczeń 2008)

Legantes?

ks. Zbigniew Paweł Maciejewski

Więcej czytań w liturgii, obecność Słowa Bożego przy sprawowaniu innych sakramentów. Nowe tłumaczenia na języki narodowe. Masowe nakłady Biblii. Pismo Święte znajduje się w każdym domu i… nic to nie zmienia.

Co wydaje się Wam większe i bardziej znamienite: słowo Boga czy ciało Chrystusa? Jeśli chcecie na to pytanie udzielić poprawnej odpowiedzi, musicie odrzec, że słowo Boga nie jest w niczym mniejsze od ciała Chrystusa.

A zatem z taką samą dbałością, z jaką przyjmujemy ciało Chrystusa, uważając, by żadna jego cząstka nie upadła na ziemię, tak samo powinniśmy starać się, by nasze dusze nie utraciły danego nam Słowa Boga, błędnie sądząc, że mówimy lub myślimy o czymś zupełnie innym. Ten, kto słucha niedbale słowa Boga, jest winien w takim samym stopniu, jak ów, który przez beztroskę dopuszcza tego, by ciało Chrystusa upadło na ziemię

(św. Cezary z Arles, Kazanie 300, 2).

Zimą 1984 roku jako młody chłopak, w maturalnej klasie, dotarłem do Brzegów. Wielu osobom z oazy nie trzeba tłumaczyć, co to za miejsce, tym, którzy nie wiedzą wyjaśniam, że jest to malutka parafia na Podhalu, niedaleko Bukowiny Tatrzańskiej, gdzie w tamtym czasie rozmaite „oazowe teorie”, zwłaszcza liturgiczne, przekuwały się bardzo konkretnie na praktykę. Tym „eksperymentem” zarządzał o. Hubert Lupa.

Zjawiłem się w tym miejscu jako uczestnik KODAL-u, czyli Kursu Oazowego dla Animatorów Liturgicznych. Ciekawa była rzeczywistość Brzegów, uczestnicy oazy, którzy zjechali z różnych części Polski nie tworzyli od podstaw liturgii, ale włączali się w to, co normalnie i każdego dnia funkcjonowało w maleńkiej parafii. Sprawowana Eucharystia, zawsze z homilią, sprawowana (śpiewana) codziennie jutrznia i nieszpory. Wszystko przygotowane, dobrze wykonane, w naturalnym rytmie życia wspólnoty.

Nie chcę jednak wspominać tej oazy, ale ideę urządzenia kościoła. Trudno o malutkim kościółku w Brzegach powiedzieć, że jest trzynawowy, niemniej można w nim spojrzeć na lewo i na prawo. Po jednej stronie, w bocznym ołtarzu znajdowało się tabernakulum, po drugiej stronie, w drugim bocznym ołtarzu znajdowało się „wystawione” otwarte Pismo Święte.

W ten oto sposób, w tym znaku, próbowano pokazać znaczenie Biblii, w pewien sposób ją dowartościować, stawiając w pewnej równowadze z sakramentami. I słusznie.

To, co dociera do niektórych, nie jest jednak jeszcze powszechną świadomością u wszystkich. To, co jest oficjalną nauką Kościoła, nie jest jeszcze jego praktyką. W statystykach Kościoła umieszcza się dominicantes (uczestniczących w niedzielnej Eucharystii), communicantes (przyjmujących w niej Komunię), ale czy pomyślał ktoś, by liczyć legantes (czy jak inaczej nazwać „czytających” - w domyśle czytających Biblię)?

I myślę, że nie chodzi tu tylko o trudności natury metodycznej, ale pewną świadomość, że załamywać ręce należy nad niską frekwencją, nad tym, że uczestniczący nie podchodzą do ołtarza, ale nad „nie-czytaniem” Biblii już niekoniecznie.

Czasy od ostatniego soboru wiele zmieniły. Więcej czytań w liturgii, obecność Słowa Bożego przy sprawowaniu innych sakramentów. Nowe tłumaczenia na języki narodowe. Masowe nakłady Biblii. Pismo Święte znajduje się w każdym domu i... nic to nie zmienia.

Pewnego rachunku „legantes” dokonuję w czasie jednego ze spotkań z kandydatami do bierzmowania. Zaczynam od pytania: „kto z was ma Pismo Święte w domu?” i proszę szczęśliwych posiadaczy o powstanie. Wstają wszyscy. Następnie mówię: „Jeśli ktoś z was, kiedykolwiek, z własnej woli (nie liczę wymuszonych sytuacji na katechezie czy języku polskim) otworzył swoją Biblię i przeczytał z niej choć jedno zdanie, niech stoi dalej, reszta niech siada”.

Bywa, że kilka osób już w tym momencie siada. Oznacza to, że nie zajrzeli nawet na chwilę do pamiątki Komunii Świętej, jaką jest u nas Pismo Święte Nowego Testamentu.

   Pytam dalej o czas ostatniego roku. Tu siedzi już większość. Pytam o ostatni miesiąc, siedzą już prawie wszyscy. Pytam o tydzień i wczorajszy dzień. Pytam o dzisiaj. Stoi jedna osoba, albo wszyscy siedzą.

     Nie kończę na tym. Proszę, by wstali ci, którzy... kiedykolwiek cokolwiek... jedli. Wstają oczywiście wszyscy. Pytam, czy jedli w ciągu ostatniego roku, miesiąca, tygodnia. Wszyscy stoją. Pytam o wczorajszy dzień... nikt nie siada.

Domyślamy się jak można puentować tę historię. I tak też czynię. Czy to coś zmienia? Niewiele. Czy coś zmienia fakt, że całe przygotowanie do bierzmowania jest „ustawione” bardzo biblijnie? Niewiele. Jest to raczej wołanie na puszczy, głos księdza, który ma „hopla” na pewnym punkcie i którego trzeba zwyczajnie przetrzymać.

Trudno coś zmienić, jeśli cała atmosfera jest „niebiblijna”. Jeśli kolejne momenty życia nie pokazują ważności tej księgi, jeśli dziecko nie widzi jej w rękach swoich rodziców, jeśli nie jest szanowane w kościele...

Pohamuj autorze!” - ktoś powie. „Gdzie jak gdzie, ale w kościele Pismo Święte jest szanowane!”. Tak uważasz? Pospierajmy się.

Popatrz na tabernakulum w swoim kościele i popatrz na szafkę gdzie leżą lekcjonarze. Popatrz na złocenia tego pierwszego i na podarte (albo amatorsko podklejone szarą taśmą) okładki ksiąg.

Popatrz raz jeszcze na tabernakulum, jak jest eksponowane i ozdobione i rozejrzyj się czy znajdziesz takie miejsce w swoim kościele dla Słowa?

Przypatrz się jak dźwięczą dzwonki i lud pada na kolana, gdy otwierane jest tabernakulum i zauważ czy dzieje się coś specjalnego, gdy otwierana jest Księga?

Zauważ, kto bierze do ręki Ciało Chrystusa, ile warunków musi spełnić i ile przygotowań musi zaliczyć (nawet nadzwyczajny szafarz)? I zaobserwuj, kto w liturgii bierze do ręki Księgę i czyta z niej?

Zatrzymajmy się nad tym ostatnim. Cieszy szersze dopuszczenie wiernych do posług liturgicznych, ale czy czasem praktyka nie skręciła w takim kierunku, gdzie to liturgia jest na usługach ludzi a nie ludzie na usługach liturgii?

Dlaczego dopuszcza się dzieci do czytania Słowa w liturgii? Czy nie po to czasem, by dziecko się cieszyło, a babcia była dumna? Jeśli tak, to coś tu pokręciliśmy, nawet jeśli dziecko przeczyta czy zaśpiewa (psalm to też Słowo) perfekcyjnie. Inna sprawa, że forma ta jest najczęściej żenująca - przestraszone dziecko dukające bez zrozumienia z pogiętej kartki i stojące obok ambony jest obrazem - symbolem.

Kochamy dzieci, ale nie pozwalamy im głosować, nie sadzamy za sterami
F-16, nie dajemy skalpela, nie budujemy domów w oparciu o ich szkice na papierze. Dlaczego pozwalamy im czytać w liturgii Słowo? Czy ktoś z boku patrzący uwierzy, że te Słowa to NAPRAWDĘ poważna sprawa?

Ale zostawmy dzieci. Czy czegoś podobnego nie robimy angażując na siłę niektórych dorosłych do czytania? Burmistrza, bo jest inauguracja rady miasta, pana dyrektora, bo dzień nauczyciela, panią doktor, bo służba zdrowia ma swoje święto? Proszę mnie źle nie zrozumieć - oni wszyscy mogą czytać Słowo, ale nie dlatego, że wypada czy trzeba im, „coś dać”, jakoś zaangażować.

Ale zostawmy dorosłych. Czy ja sam jako ksiądz i celebrans szanuję Słowo, przygotowuję się do Jego czytania, czy noszę je w sercu? Ile razy już w drodze na śniadanie nie pamiętam jaki czytałem fragment Ewangelii?

Mam wtedy przekonanie, że to Słowo pada na ziemię, że jest deptane i... nikogo to tak naprawdę nie obchodzi.

A co byśmy zrobili biedni bez Słowa? Gdzie byłaby nasza wiara - wszak: Wiara rodzi się z tego, co się słyszy, tym zaś, co się słyszy, jest słowo Chrystusa (Rz 10,17). Właśnie dlatego Słowo (które było na początku) jest także na początku liturgii każdego sakramentu. Nie jako wstęp, rozgrzewka i rozbieg przed zasadniczą częścią, ale jako jej niezbędna, integralna część.

Cezary z Arles wołał o szacunek dla Słowa. Widział, że Ciało i Słowo to jedno - nie da się tych spraw oddzielić. Miał rację.

Takie samo pojęcie równości ciała i słowa miało Prawo Starego Testamentu, które skazywało na śmierć dziecko, które uderzyło ojca: Kto by uderzył swego ojca albo matkę, winien być ukarany śmiercią” (Wj 21,15) i dziecko, które... nie słuchało rodziców: Jeśli ktoś będzie miał syna nieposłusznego i krnąbrnego, nie słuchającego upomnień ojca ani matki, tak że nawet po upomnieniach jest im nieposłuszny, ojciec i matka pochwycą go, zaprowadzą do bramy, do starszych miasta, i powiedzą starszym miasta: Oto nasz syn jest nieposłuszny i krnąbrny, nie słucha naszego upomnienia, oddaje się rozpuście i pijaństwu. Wtedy mężowie tego miasta będą kamienowali go, aż umrze. Usuniesz zło spośród siebie, a cały Izrael, słysząc o tym, ulęknie się (Pwt 21,18-21).

Tak samo traktowano ciało ojca, matki, jak ich słowo.

Tak samo jak Ciało Chrystusa traktujmy Jego Słowo.

Nie sposób wymienić wszystkich fragmentów Biblii, które mówią o słuchaniu Słowa, które upominają, ostrzegają, zachęcają wzywają. List do Hebrajczyków przypomina słowa zapisane w Starym Testamencie: Dziś, jeśli głos Jego usłyszycie, nie zatwardzajcie serc waszych (Hbr 4,7b) A Ewangelia Mateusza uściśla, że chodzi nie tyle o słyszenie co posłuszeństwo: Każdego więc, kto tych słów moich słucha i wypełnia je, można porównać z człowiekiem roztropnym, który dom swój zbudował na skale. (...) Każdego zaś, kto tych słów moich słucha, a nie wypełnia ich, można porównać z człowiekiem nierozsądnym, który dom swój zbudował na piasku (Mt 7,24.26).

     Wracając jeszcze na chwilę do Starego Testamentu warto zauważyć że najpierwsze przykazanie (wcześniejsze niż „miłuj...”) jest przykazanie „słuchaj...” Księga Powtórzonego Prawa mówi: SŁUCHAJ, Izraelu, Pan jest naszym Bogiem - Panem jedynym. I dopiero potem dodaje: Będziesz MIŁOWAŁ Pana, Boga twojego, z całego swego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił (Pwt 6,4-5).

Słuchajmy Słowa. Bez Słowa wiara ślepnie, marnieje, staje zabobonem. Bez Słowa liturgia staje się pustym rytualizmem. Bez Słowa wkraczamy w duchową śmierć.

Dla całości potrzeba nam CIAŁA i SŁOWA, kontaktu z jednym i drugim, słuchania Słowa i dotykania Ciała: To wam oznajmiamy, co było od początku, cośmy usłyszeli o Słowie życia, co ujrzeliśmy własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego DOTYKAŁY nasze ręce - bo życie objawiło się. Myśmy je widzieli, o nim świadczymy i głosimy wam życie wieczne, które było w Ojcu, a nam zostało objawione - oznajmiamy wam, cośmy ujrzeli i USŁYSZELI, abyście i wy mieli współuczestnictwo z nami. A mieć z nami współuczestnictwo znaczy: mieć je z Ojcem i Jego Synem Jezusem Chrystusem. Piszemy to w tym celu, aby nasza radość była pełna (1 J 1,1-4).

Nie dajmy upaść Ciału, nie dajmy upaść Słowu.