Miłosierni jak Ojciec

(211 - lipiec - sierpień 2016)

z cyklu "Z Kopiej Górki"

Majówka w Krościenku

Anna Grymuła

Jeszcze w lutym odpowiedzialna (z mojej tarchomińskiej wspólnoty) zapytała mnie, jakie mam plany na majówkę, „bo mam coś, co mogłoby ci się spodobać”. Planów nie miałam, więc w ciemno zgodziłam się jechać „na roboty do Krościenka”, nie za bardzo wiedząc, czym jest tajemnicza Xero Mountain (Kopia Górka) ani dlaczego wszyscy cieszą się z remontu Wieczernika. Logicznie rozumując stołówka – bo czym innym może być wieczernik – w remoncie oznacza przecież utrudnienia w spożywaniu posiłków, a to nie cieszy chyba nikogo. Choć byłam tu kilka dni, nadal nie znam wszystkich zaułków tej miejscowości. Wiem jednak jak dojść zza Cedronu na Kopią, gdzie jest kaplica Chrystusa Sługi; wiem także, że jadąc do Centrum Ruchu trzeba być gotowym na chodzenie po schodach, często niezbyt równych i szerokich. 

To właśnie schody były pierwszą rzeczą, którą zobaczyłam na Kopiej Górce. Także jakieś góry i trochę zieleni udało mi się zauważyć bladym świtem 30 kwietnia. Na szczycie tych schodów czekała statua Niepokalanej, Matki Kościoła, o której ostatnio tak dużo czytałam. Zaskoczyło mnie źródełko u jej stóp – bardzo wymowny symbol jej macierzyństwa, tego, że przekazuje życie. (Przebywając tu dłużej, doszłam do wniosku, że jedyną niesymboliczną rzeczą jest sama nazwa Kopiej Górki, chociaż wspominana już moja odpowiedzialna doszukiwała się (bezskutecznie) jej biblijnych korzeni…) 

Zaraz po przyjeździe udaliśmy się do kaplicy na mszę świętą. Figura Chrystusa Sługi razem z witrażem zrobiła na mnie ogromne wrażenie; w rzeczywistości wygląda o niebo lepiej niż na zdjęciach. Ksiądz Moderator Marek Sędek powitał nas w domu. Niezależnie od tego, czy jesteśmy tu po raz nasty, czy, jak ja, po raz pierwszy – jesteśmy w domu, jesteśmy u siebie. Rozwinął tę myśl jeszcze kolejnego dnia, mówiąc, że tu Ruch powstawał, tu bije jego źródło i tu jest jego centrum, jego serce. 

Dobrze wiedzieć, że ma się dom. Taki fizycznie istniejący i namacalny, a jednocześnie przesiąknięty duchem Oazy, Bożą obecnością. Inaczej nie mogę tego nazwać, ani czym innym tłumaczyć natychmiastowego przyjęcia tego faktu: Krościenko, Kopia Górka jest moim domem. 

Po śniadaniu pierwsza tura pracy. Trzy i pół godziny robót wszelakich: pielenia, skrobania, zamiatania, mycia okien, pakowania, oklejania świec oazy (naklejkami ze znakiem roku) i teczek roku, sadzenia kwiatów, szorowania dachów, malowania barierek, czyszczenia sadzawek, gotowania, zmywania, prasowania, noszenia i rąbania drewna, palenia go i pomagania na budowie. Dużo różnych rzeczy, a i tak wymieniam tylko to, co robiłam bądź widziałam. Po obiedzie powrót do przerwanych wcześniej prac, a po kolacji wyjście na lody „do Marysi”; słyszałam już wcześniej, że są pyszne i nie zawiodłam się. 

Jako że „majówki w Krościenku” należą do diecezjalnych tradycji (od kilku lat grupa z lepszej, tj. prawej strony Warszawy pakuje się w autokar i przyjeżdża porządkować Centrum Ruchu), zdążyłam przed przyjazdem nasłuchać się wspaniałych opowieści o tym miejscu. Jednak najlepsze świadectwo „Krościenku” wystawiał zapał oazowiczów – to niespotykane, by młodzi ludzie cieszyli się myślą o wyjeździe do pracy, a potem, po nieprzespanej nocy, ochoczo ruszyli do wyznaczonych zajęć. 

Następnego dnia była niedziela, więc do pracy poszedł tylko „dyżur kuchenny”, co wcale nie oznacza byczenia się pozostałych, gdyż najlepszy wypoczynek to aktywny wypoczynek. Z tego względu wyszliśmy w góry: część na Trzy Korony, a część na Błyszcz. Ta druga grupa w drodze powrotnej zabłądziła i zeszła nad sam Dunajec, w miejsce, z którego nie da się iść dalej. I nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że jakieś trzy lata temu podczas rekolekcji wakacyjnych grupa z naszej diecezji popełniła ten sam błąd i trafiła w to samo miejsce. Nie musieliśmy jednak powtarzać ich heroicznych wyczynów (marszu w górę rzeki jej korytem do pobliskiej przeprawy łódką) i bez przechodzenia na dziko przez Dunajec wróciliśmy do domu. 

Trzeci, a zarazem ostatni dzień naszego wyjazdu to kolejny dzień pracy. Męczący, ale przecież pracujemy dla Ruchu, dla czegoś, co jest dla nas ważne, więc z nieskrywaną przyjemnością. Trzeba przyznać, że takie „robienie na swoim” daje satysfakcję. Ksiądz Moderator urządził centrum zarządzania ludźmi w okolicach figury Niepokalanej, a potem obchodził stanowiska pracy, czasem włączając się w robotę. 

Podczas mszy świętej na zakończenie bardzo trafnie zauważył coś, co każdy w mniejszym bądź większym stopniu zaobserwował sam: wobec pracy wszyscy jesteśmy równi. Nieważne, czy szesnaście lat jesteś w Ruchu, czy na świecie, tak samo wyrywasz chwasty, tak samo malujesz płot i tak samo zamiatasz piach. Identyczne zadania miała młodzież, co Domowy Kościół – zarówno małżeństwa, jak i dzieci. Dla mnie samej bardzo budująca była praca ramię w ramię z ludźmi w wieku moich rodziców, ale też widok sześciolatki samodzielnie osuszającej sadzawkę dawał do myślenia: każdy z nas, niezależnie od swoich możliwości może się przydać, ba, jest bardzo potrzebny! Wystarczy tylko chcieć pomóc. 

Wszystko co dobre, szybko się kończy, więc i dla nas nadszedł czas powrotu do Warszawy. Trudne było rozstanie z Krościenkiem, z Kopią Górką, jej mieszkańcami i stylem życia (i świeżym powietrzem). Majówkę na pewno można uznać za udaną, bo choć zmęczeni, to też szczęśliwi wróciliśmy do głośnej i ciasnej Warszawy, planując już kolejne wycieczki do ukochanego Krościenka. (A żeby nie było zbyt patetycznie, dodam, że lody „u Marysi” są najprzedniejsze.)