Wspólnota

(136 - kwiecień 2005)

Między ideałem a rzeczywistością

Magdalena Trybus

O problemach, na jakie może natrafić wspólnota oazowa

Wspólnota jest czymś, za czym większość z nas tęskni. Nieistotne czy będzie to wspólnota mała, jak rodzina, paczka przyjaciół, czy większa, chociażby oazowa. Podświadomie pragniemy być w grupie ludzi, z którymi rozumiemy się, lubimy się, dobrze się czujemy, od których doznajemy wsparcia i ciepłych uczuć. Jednak to nie tylko wsparcie, dobro i miłość, to także trudności, które muszą się pojawić, jeśli wspólnota jest „zdrowa” i pragnie wzrastać.
Warto sobie uświadamiać nieustannie, że nie ma idealnej wspólnoty, że dopiero nasze pokonywanie trudności, przeżywanie ich prowadzi do ciągłego dorastania do tej wspólnoty idealnej. Myślę, że jest to pierwszy i jeden z podstawowych problemów, z którymi muszą się zmierzyć członkowie jakiejkolwiek wspólnoty, szczególnie ci młodzi, wchodzący w życie z głową pełną ideałów i marzeń, co jest charakterystyczne dla ich wieku. Ważne, aby na tym etapie idealizacji nie poprzestawać, bowiem nie będzie możliwe podjęcie rozwiązywania kolejnych trudności, jakie się pojawią.
Spróbujmy przyjrzeć się teraz tym problemom, na jakie może natrafić żyjąca wspólnota oazowa. Początkowo przyszedł mi do głowy obraz umierającego Mojżesza (Lb 27,12nn), naznaczającego na swego następcę Jozuego, który ma dalej prowadzić naród żydowski w imieniu Pana. A więc odchodzi lider i ktoś ma go zastąpić. Popatrzymy na tę sytuację jednak od początku. Zanim Mojżesz naznaczył przewodnika ludu po sobie, sam musiał się nim najpierw stać. Pamiętamy z historii biblijnej, że wcale nie było Bogu tak łatwo i prosto „przekonać” Mojżesza, żeby poprowadził Izraela z Egiptu do Ziemi Obiecanej. Podobnie może być w naszych wspólnotach. Nie mamy tego, który by nam przewodził, który by słuchał dla nas głosu Pana i przekazywał Jego nakazy. Często wydaje się też, że jeśli jest już wspólnota, to sama potrafi się organizować i prowadzić. Biblia po raz kolejny przychodzi z pomocą w rozbijaniu takiego mitycznego myślenia o wspólnocie. Przypatrzmy się co czyni Jezus, kiedy widzi, że zbliża się godzina Jego odejścia do Ojca. Ustanawia Piotra, jako pierwszego z Dwunastu. Co czynią Apostołowie w nowo powstających gminach chrześcijańskich — ustanawiają im prezbiterów i zalecają wybór biskupów. We wspólnocie chrześcijańskiej musi być ktoś, kto będzie jej przewodził w autorytecie Chrystusa i do Chrystusa. Zaznaczam, że Chrystusa, dlatego, że może zdarzyć się tak (szczególnie kiedy liderem jest kapłan), że nieświadomie będzie prowadził wspólnotę do siebie, a nie do Chrystusa. Dopiero kiedy odchodzi, widać po zachowaniu członków wspólnoty, do kogo ich prowadził. Jeśli do siebie — wspólnota rozpada się, jeśli do Chrystusa — będzie żyć dalej, choć najprawdopodobniej inaczej.
Przy okazji zatrzymania na osobie lidera wyłonił się nam problem dojrzałości. Patrząc na życie wspólnotowe zawsze będziemy spotykać się z niedojrzałością jej członków. Przejawy tego mogą być bardzo różne, począwszy od tego, że ktoś z kimś nie chce lub chce być w małej grupie, ktoś chce być animatorem a ktoś nie, po poważniejsze. Jednym z nich jest niepodejmowanie posług, wręcz chroniczne unikanie ich. Dalej, to zrzucanie wszelkich działań wspólnotowych na tych, którzy zawsze są chętni do pomocy, co skutkuje najczęściej „wypaleniem”, zniechęceniem i nierzadko odejściem, jeśli nie pokaże się tym ludziom celu, sensu i źródła mocy do dalszej posługi. To też wynika z nieumiejętności rozdzielania posług i pewnego rodzaju wygody, gdy nie chce nam się zachęcać innych do podjęcia jakiejś odpowiedzialności, bo łatwiej wziąć kogoś, kto na pewno to zrobi.
Ważna jest tu także dojrzałość animatorów. Od ich dojrzałości zależy jak będą rozwiązywać spięcia, spory i problemy w swoich grupach. Od nich też zależy czy będą potrafili rozpoznać dojrzałość uczestników i to, jaki „pokarm” na danym etapie formacji jest dla nich najlepszy — to też jest trudnym zadaniem. Dojrzałość animatorów widoczna jest w budowaniu jedności, kiedy potrafią zasiąść razem do stołu i prowadzić dialog o problemach pojawiających się we wspólnocie i szukać w duchu modlitwy i przebaczenia właściwych rozwiązań. Jest to ważne, kiedy wspólnota rozrasta się i co chwila pojawiają się nowi ludzie. Wówczas ważne jest, aby animatorzy jako kolegium wraz z liderem mówili o tym co dzieje się w poszczególnych grupach, dzielili się doświadczeniem, radościami i trudnościami, aby próbowali zobaczyć gdzie są i jak Chrystus chce ich na dany czas prowadzić. Nie jest to obojętne, ponieważ gdy nie ma budowania jedności i rozeznawania przez zasiadanie kolegium animatorów, dzielenia i wspólnej modlitwy odpowiedzialnych może zdarzyć się tak, jak w pierwszych gminach chrześcijańskich, że „ja jestem Apollosa, ja Pawła, a ja Kefasa”, a przecież wszyscy jesteśmy Chrystusowi. I tu wracamy jakby do początku. Jaka bowiem jest dojrzałość lidera, jak dba o dojrzałość animatorów, taki będzie wzrost dojrzałości pozostałych osób we wspólnocie. Wraz ze wzrostem dojrzałości minimalizują się problemy związane z tym, że nie nikt się mną nie zainteresował, gdy przyszedłem do wspólnoty, nie było nikogo, kto by mnie wysłuchał, kiedy potrzebowałem, nikt nie podał mi dłoni, gdy byłem w potrzebie, gdy nie szło mi w szkole, gdy było źle w domu, gdy nie miałem pieniędzy na oazę letnią, gdy umierała mi matka. To są bardzo realne i częste sytuacje, które bagatelizujemy, a przecież są sprawdzianem dojrzałości naszego życia wspólnotowego — otwartość na każdego w mojej wspólnocie.
I jeszcze jedno, co pokutuje w mentalności ludzi Kościoła, a z czym wypada nam się zmierzyć: wspólnota oazowa to grupa wzajemnej adoracji. Z takim zarzutem spotykamy się wielokrotnie i sądzę, że nie do końca należy go bezrefleksyjnie odrzucać, bo wydawało by się, że nie dotyczy on tego, co dzieje się we wspólnocie. A jednak dotyczy. Zdarzyć się może bowiem tak, że jest nam na pewnym etapie tak dobrze ze sobą, że trudno zauważyć tych, którzy są obok. To tak, jak z zakochanymi na początku ich relacji. Są tak zapatrzeni w siebie, że świata wokół nie widzą. Ale może być też inna przyczyna. Tak jesteśmy przywiązani do tego czym żyjemy i co mamy, że ciężko otworzyć się nam na nowe.
Na koniec taki drobiazg. Pozwólmy ludziom przychodzić i odchodzić. Wspólnota to jak rodzina. Ludzie się w niej rodzą, wzrastają, a potem zakładają swoją rodzinę i odchodzą, ale nie zrywamy z nimi więzi. Zaczerpnęli ile było im potrzeba i odeszli, aby dalej żyć tak, jak rozpoznali. Niech nasze wspólnoty też takie będą — dające tyle ile trzeba i kiedy trzeba tym, którzy tego w danej chwili potrzebują.