W mocy Ducha Świętego

(206 - lipiec - wrzesień 2015)

z cyklu "Wieczernik dla Ciebie"

Między swatką a miłością

Krzysztof Jankowiak

Jakie małżeństwo ma większe szanse trwałości: małżeństwo z miłości czy małżeństwo kojarzone?

Pytanie może wydać się absurdalne – kto dzisiaj zawiera małżeństwa kojarzone? Wszyscy przecież pobierają się z miłości! Otóż po pierwsze nie jest to do końca prawda. W naszej kulturze rzeczywiście małżeństwa kojarzone nie zdarzają się wcale lub prawie wcale, jednak jest całkiem wiele współczesnych społeczeństw czy społeczności, w których nadal kojarzy się małżeństwa. Po drugie zaś, aby znaleźć odpowiedź na pytanie można sięgnąć do stosunkowo niedalekiej przecież przeszłości – kojarzono małżeństwa jeszcze w pokoleniach naszych pradziadków i można zastanawiać się, czy były one bardziej czy mniej szczęśliwe niż małżeństwa dzisiejsze.

A więc jaka jest odpowiedź na to pytanie? Jakie małżeństwo ma większe szanse trwałości: małżeństwo z miłości czy małżeństwo kojarzone? Odpowiedź brzmi: to nie jest przesądzone. Sposób dobrania danej pary wcale sam w sobie nie przesądza o tym, czy małżeństwo będzie szczęśliwe czy też nie.

Dlaczego tak się dzieje? Dlatego, że miłość to jest – wbrew pozorom – kwestia rozumu a nie uczuć. Miłość to wybór.

Kiedy dwoje ludzi się ze sobą spotyka, najczęściej ich relacja zaczyna się od wzajemnego zachwytu. Jest to czas, kiedy podstawową rolę odgrywają uczucia – druga osoba mi się podoba, czujemy się ze sobą dobrze. Z tego pierwszego zachwytu może zrodzić się miłość – czyli relacja, która ogarnie całego człowieka, nie tylko sferę uczuć, ale przede wszystkim sferę umysłu a także sferę seksualną. Miłość bowiem nigdy nie jest dana cała od razu – może zrodzić się dopiero po pewnym okresie istnienia relacji. I choć najczęściej zaczyna się od sfery emocjonalnej, może być również tak, że pierwsza będzie sfera rozumowa – dwoje osób będzie łączyć przyjaźń, wspólny świat wartości, będą rozumieć się właściwie bez słów – a potem ich relacja przekształci się w miłość. Najtrudniejsza jest trzecia droga – gdy zaczyna się od fascynacji seksualnej, gdy druga osoba pociąga kogoś przede wszystkim fizycznie. Jest to najtrudniejsza droga do miłości, bo jeśli sfera seksualna nie zostanie opanowana, może bardzo łatwo zdominować relację (to jest sfera wywołująca bardzo silne reakcje) – i wówczas miłość nie będzie miała szansy się rozwinąć.

Jak więc widać, choć najczęściej uczucia odgrywają kluczową rolę w początku miłości, to po pierwsze na nie musi być tak zawsze, a po drugie same uczucia nie są jednak miłością. Z tych wszystkich sfer człowieka najważniejszą rolę w miłości odgrywa rozum. Rozum w ogóle odgrywa kluczową rolę w życiu człowieka. Jeśli spotkalibyśmy kogoś, kto oświadczyłby że w życiu w ogóle nie kieruje się rozumem, bylibyśmy co najmniej zdziwieni i moglibyśmy mieć prawo podejrzewać go o brak równowagi umysłowej. Tak samo rozum jest najważniejszy w miłości.

I to właśnie rozum podejmuje decyzję. Bo choć zauroczenie innym człowiekiem może na kogoś „spaść”, to jednak ostatecznie my decydujemy, co z tym zauroczeniem zrobimy. Jeśli relacja będzie się dobrze rozwijać, jeśli będziemy widzieć, że coraz więcej nas łączy, że w relacji wzrastamy, to w którymś momencie podejmiemy decyzję, że chcemy być razem na zawsze. Przy szybkim rozwoju relacji, gdy wszystko dzieje się bardzo harmonijnie, decyzja może być niekiedy wręcz odruchowa, mało „wyrozumowana” – ale decyzja będzie zawsze! Dojdziemy do wniosku: tak, to jest ten! (to jest ta!)

Widać więc, dlaczego małżeństwa kojarzone również mogą być szczęśliwe. Jeśli dwoje ludzi podejmuje decyzję, że będą razem, że będą troszczyć się nawzajem o sobie, oddawać się dla czyjegoś dobra, to choćby ich małżeństwo było wynikiem układów rodzinnych, wzajemnych porozumień z majątkiem w tle, jak najbardziej może być szczęśliwe. Bo z takiej decyzji może zrodzić się prawdziwa, głęboka miłość.

Przez całe wieki małżeństwa zawierano wyłącznie lub prawie wyłącznie na skutek rozmaitych rodzinnych układów. To nie tylko porozumienia dynastyczne między królami, ale i majątkowe między rodzinami – od rodzin szlacheckich począwszy, poprzez mieszczańskie, na chłopskich skończywszy. To także mniej lub bardziej zinstytucjonalizowane swaty. Pannie przedstawiano kawalera a kawalerowi pannę i jeśli wyrazili zgodę, zawierali małżeństwo – choć mogli znać się bardzo mało (albo nawet nie znać w ogóle), na pewno zaś ich nie łączyło żadne uczucie. Niekiedy można było nie wyrazić zgody na małżeństwo z konkretną osobą, kiedy indziej decydowali rodzice i sami zainteresowani nie mieli nic do gadania.

Brzmi to mało zachęcająco. Jednak w takich warunkach naprawdę powstawały szczęśliwe małżeństwa! I nie mam tutaj na myśli braku lub mniejszej liczby rozwodów – wiadomo, że rozwody były do pewno momentu prawnie niedopuszczalne, a nawet gdy były dopuszczalne, była silna presja społeczna im się sprzeciwiająca – ale myślę o świadectwach naprawdę szczęśliwych małżeństw, u których początku wcale nie było romantycznych uczuć tylko ściśle wyrozumowana decyzja. 

Czy więc tamte sposoby kojarzenia małżeństw były lepsze? Niekoniecznie. Jeśli spotykało się dwoje osób, które się dobrze nie znały, mogło się okazać, że będą kompletnie niedopasowani charakterologicznie, że nie będą w stanie stworzyć żadnej głębszej więzi. Kojarzenie małżeństw mogło funkcjonować nieźle, gdy ostateczne zdanie należało do młodych i gdy młodzi jednak jakoś się znali, w innych wypadkach przypominało jednak trochę loterię. Wprawdzie ilość trafnych była duża (nie to co w grach liczbowych), ale zawsze to jednak była loteria.

Podkreślić jednak trzeba czynnik, który w zasadniczy sposób sprzyjał szczęśliwym małżeństwom: jeśli ludzie wchodzili w małżeństwo z dobrą wolą, budowali je jako trwały związek i angażowali się we wzajemne budowanie relacji. Może nie używali wielkich słów, ale wiedzieli że o współmałżonka powinni się troszczyć, dbać o niego. Do tego byli wychowywani w ówczesnych rodzinach, do takich ról przygotowywało ich ówczesne społeczeństwo.

Dzisiejsze dobieranie się par na bazie miłości należy uznać generalnie za lepsze. Ludzie sami się dobierają i dobierają się dlatego, że coś ich łączy. Dlaczego więc tyle małżeństw się rozpada? Dlaczego ludzie wręcz boją się zawierać małżeństwa? Myślę, że można wskazać tutaj dwa istotne momenty. Pierwszy to taki, że relacje zbyt często buduje się wyłącznie na uczuciach. Miłość traktuje się wyłącznie jako uczucie i sam fakt pobudzenia sfery emocjonalnej sprawia, że dwoje osób uważa, że są dla siebie przeznaczeni i na tym chce budować trwały związek w ogóle nie podejmując refleksji nad całością relacji. W efekcie mogą powstawać małżeństwa między ludźmi, których nie połączyła tak naprawdę miłość. Mówi się, że to małżeństwo „z miłości” mając jednak na myśli nie pełną, ogarniającą całego człowieka miłość a bardziej burzę uczuć łączących dwoje osób. Problemem bardzo istotnym jest także to, że często już przy pierwszych odznakach sympatii wchodzi się w zachowania bardzo intymne (czy wręcz małżeńskie) a dopiero potem zaczyna się zastanawiać, jak właściwie nazwać relację, która łączy dwoje osób. A z całego skomplikowania jakie powstaje na skutek intymnych zachowań niełatwo jest się wyplątać.

Drugi natomiast moment jest taki, że skoro przy zawieraniu małżeństwa obecne są silne uczucia, łatwo dojść do wniosku, że małżeństwo udane dokona się samo. Skoro wcześniej nie trzeba było się specjalnie trudzić – bo spotkało się ukochaną osobę, bo przyszła miłość, bo bez żadnej zasługi ani starania spotkało nas wielkie szczęście – to łatwo można ulec złudzeniu, że dalej będzie również tak samo. Tymczasem o miłość, o relację trzeba dbać, trzeba nad nią pracować. Zarówno przed ślubem, jak i – tym bardziej – po ślubie.

Gdy patrzymy na małżeństwa trwające po kilkanaście, kilkadziesiąt lat, małżeństwa, które cały czas są szczęśliwe, to pamiętamy – to nie jest tak, że im „się udało”. To są małżeństwa, które nad swoją relacją pracowały i cały czas pracują, które o swoją relację się troszczą.