Święci

(229 - listopad - grudzień 2019)

z cyklu "Dusza mnie pyta"

Mięsień bliskości

Błażej Kmieciak

Kiedy ostatnio się przytulałeś? Kiedy ostatnio ktoś ciebie przytulał?

W niezwykle ciekawych czasach żyjemy. Było to widać w trakcie wakacji. Ludzie dookoła coraz częściej pokazują, jak świetną mają figurę. Dostrzegamy biegające pary oraz ćwiczących w parkowych siłowniach ludzi. Wyrzeźbione muskuły, szczupła figura stają się symbolem i marzeniem. Czy ćwiczymy jednak mięśnie odpowiedzialne za przytulanie? 

Nie będę teraz wnikać w dywagacje natury anatomicznej, wskazujące, które partie naszego ciała odpowiadają za bliskość. Myślę bowiem, że ta nie bierze się ze zdolności motorycznych, ale z pragnienia serca, pragnienia by być bliżej. Można przecież tulić się do kogoś i być myślami gdzieś indziej. Z bliskością jest jak z miłością, musi być decyzja i konkretne działanie. 

Miałem ostatnio niezwykłą możliwość uczestniczenia w spotkaniu, które zgromadziło studentów medycyny z całego kraju. Przyjechali oni na warsztaty, jakie kiedyś zaproponował nieżyjący od kilku lat ks. Jan Kaczkowski. To właśnie ten onkocelebryta – jak sam o sobie mawiał – podkreślał, że to bliskość i przytulenie są zachowaniami, które mają największą moc wyrywania ze smutku i cierpienia. Kaczkowski bardzo często podawał niezwykłe przykłady dotyczące właśnie podobnego gestu. Opisywał np. zakonnicę, która bała się umierających pacjentów. Raz na dyżurze została z mężczyzną w stanie agonalnym, który (co ciekawe) nie potrafił umrzeć. Jego ciało było bardzo napięte, jednocześnie wycieńczone długotrwałą chorobą. Mężczyzna ten w pewnym momencie zapytał zakonnicę czy… pomoże mu umrzeć. Nie chodziło wcale o eutanazję, ale o bycie blisko, gdy ten będzie odchodził. Siostra, całkowicie się przełamując, weszła do jego łóżka, przytuliła go, a on umarł.

Czy boimy się bliskości? Pewnie często tak. Będąc blisko, zawsze w jakimś stopniu się odsłaniamy, pokazujemy co mamy najcenniejszego, a zarazem najbardziej delikatnego. Wszak, gdy ktoś jest blisko, może zranić. Jest jednak także inny, dzisiaj ważny obszar związany z lękiem: dzisiaj obawiamy się, że przytulając się z kimś, zostaniemy posądzeni o „zły dotyk”, bądź o takie lub inne preferencje seksualne. Media dają nam niepojętą możliwość uzyskiwania informacji. Jednocześnie są one najlepszym narzędziem generalizacji. Widząc kapłana tulącego dziecko zapewne wiele osób zaczyna myśleć: czy tak powinno być, czy to „pewny” ksiądz!? Nie ma co w tym miejscu szukać winnych. Zło pedofilii ma tak ogromny charakter, że z trudem potrafimy niejednokrotnie wybić się ponad jego przerażające wyżyny. Ale jest to możliwe! Dla mnie taką wspinaczką jest wspomnienie kapłana, który widząc, jak moja znajoma coraz bardziej denerwuje się karmiąc dziecko, w pewnym momencie wziął je i nakarmił sam. Dziecko miało zespół Downa i nie było to chwilami łatwe. 

Mięsień bliskości jest tą częścią nas, która ma bezcenne znaczenie. Jak każdy mięsień może być on ćwiczony, może być w pełni sprawny i gotowy do reakcji. Im częściej jest uruchamiany, tym lepiej funkcjonuje. Jak jednak każdy mięsień może być on również zaniedbany, co więcej może zanikać, totalnie zapomniany. Pamiętam historię pewnej kobiety. Wychowywała ją bardzo surowa matka, tata miał mało do powiedzenia w domu. Kobieta ta nigdy nie słyszała pochwał, znała jednak wymagania. Mama była oschła, zaznaczając, że okazywanie uczuć nie jest „najważniejsza rzeczą w życiu”. Gdy miała osiemdziesiąt lat, spadła z drabiny. Buntowała się strasznie, nie zgadzając na uzależnienie od swojej córki i jej rodziny. Jej pobyt u nich nie trwał zbyt długo. Włączyły się coraz poważniejsze schorzenia całego organizmu. Córka przy niej ciągle była. W pewnym momencie, gdy smarowała jej dłonie, starsza kobieta nagle ją przytuliła. Gdy powiedziała „przepraszam” natychmiast pękła, zaczęła płakać, razem z córką. Nie żyła już potem długo. Przed śmiercią udowodniła jednak, że mięsień bliskości potrafi się całkiem i niespodziewanie odradzać.