Kobiecość

(197 - styczeń 2014)

z cyklu "Wieczernik Domowy"

Modlitwa rodzinna

Tomasz Białopiotrowicz

Rodzina to, jak wiemy, mały Kościół, Kościół Domowy. Jednym z zadań rodziny jest przygotowanie najmłodszych jej członków do dorosłego, samodzielnego życia. W ogóle do samodzielnego życia w świecie, a jednocześnie do samodzielnej  umiejętności postępowania na drodze do Boga. Można powiedzieć, że rodzina jest dla dzieci katechumenatem.

Dziecko musi być doprowadzone do dojrzałego chrześcijaństwa. Jest to zadaniem rodziców.  Aby mogli to zadanie wypełnić, muszą zakorzenić życie całej rodziny w Jezusie, pamiętając o Jego słowach: „Beze Mnie nic nie możecie uczynić”. Fundamentem tego, podstawowym, codziennym obowiązkiem jest wspólna modlitwa całej rodziny. 

Modlitwa rodzinna jest więc podstawą. Na modlitwę rodzinną zbierają się rodzice,  dzieci, czasem dziadkowie, niekiedy  goście obecni w życiu rodziny w danym dniu.

Modlitwa rodzinna może przybierać bardzo wiele form. Modlitwą rodzinną jest również modlitwa przed posiłkiem i po posiłku. Modlitwą rodzinną to jest także wspólne pójście na Mszę – tu rodzina włącza się w modlitwę całego Kościoła.

Modlitwa rodzinna, o czym się często zapomina, może mieć miejsce w najróżniejszych okolicznościach. Może to być np. moment czyjegoś wyjazdu. Pamiętam, jak ks. Wojciech Danielski uczył nas wspólnego modlenia się przy wyjściu z domu. Mówił, że gdy ktoś opuszcza mieszkanie, można się wziąć za ręce i odmówić krótką chociażby modlitwę – z nim razem odmawialiśmy „Pod twoją obronę”. Jest to takie wzajemne ofiarowanie się Bogu na czas rozstania. Możemy praktykować modlitwę rodzinną w momencie kiedy nabywamy do naszego domu jakiś przedmiot, szczególnie kiedy jest to przedmiot luksusowy. Te przedmioty mają takie dziwne właściwości, że potrafią nami zawładnąć. Można się zgromadzić przy takim sprzęcie i poprosić Boga, żeby nam pomógł go używać.

Aby modlitwa rodzinna mogła mieć miejsce,  najpierw każdy z rodziców musi mieć osobisty kontakt z Jezusem. To jest chyba bezdyskusyjne. Nie wyjdzie żadna modlitwa rodzinna, jeżeli osobiście nie będziemy nawiązywać kontaktu z Jezusem. Jeżeli małżonkowie razem nie będą się modlić, jeżeli każdy z nas osobiście nie będzie się modlić. Codzienne pogłębianie więzi z Jezusem warunkuje prowadzenie i codzienne praktykowanie modlitwy rodzinnej.

Modlitwa rodzinna wymaga szczególnych umiejętności. Jest ona bowiem praktykowana z dziećmi,  które mają rok i mniej, ledwo zaczynają chodzić, ale jest to również modlitwa z dziećmi nastoletnimi czy dorosłymi. I każdy wiek wymaga innego podejścia do tej modlitwy.  Największym problemem jest modlenie się z dziećmi wtedy, kiedy jest duża rozpiętość wieku, np. od roku do dorosłości. Ja jestem w takiej sytuacji, więc wiem, ile czasem trzeba wysiłku i cierpliwości, żeby modlitwa dochodziła do skutku i żeby była dostosowana do wszystkich.

Nie może być modlitwy nudnej. Można zakatować dosłownie różańcem, można zakatować modlitwą wstawienniczą. Sam pamiętam dwa tygodnie modlitwy wstawienniczej. Wszystko jest idealnie. Dzieci są naprawdę wprowadzone w tę modlitwę, wszystko płynie samo z siebie.   I któregoś dnia nic nie idzie. Koniec zainteresowania. Trzeba zmienić formę. Dziecko wymaga, co chyba wszyscy wiemy, urozmaiceń. Najbardziej atrakcyjnym dla dzieci urozmaiceniem jest modlitwa śpiewana. Szczególnie dociera ona do dzieci malutkich. Moje córeczki jeszcze nie potrafiły mówić, ledwo chodziły i gdy myśmy śpiewali, one tańczyły. Przy czym ten taniec naprawdę był inny. Był to, można powiedzieć, taki taniec liturgiczny, chociaż one przecież nie były do końca świadome co się dzieje.

Chciałbym teraz zwrócić uwagę na problemy modlitwy rodzinnej wtedy, gdy dzieci wchodzą w wiek dojrzewania. Wówczas naprawdę zaczynają się trudności z modlitwą rodzinną. To dotyczy  zarówno tych, którzy modlą się od dawna z dziećmi, tak że ich dzieci są wdrożone niejako do tej modlitwy, ale może szczególnie ten problem dotyczy tych, którzy odkryli Boga w trakcie swojego małżeństwa, wówczas kiedy ich dzieci już są w jakiś sposób dojrzałe. Nagle my zaczynamy wzrastać w wierze, zaczynamy się modlić i nasze dzieci mogą nie rozumieć, co się dzieje. Myślę, że to jest najtrudniejszy moment, wymagający od nas najwięcej delikatności. Albowiem odruchowo zdarza się nam myśleć, że skoro uznaliśmy modlitwę za coś ważnego w naszym życiu, to dzieci muszą postępować tak samo jak my. „Masz z nami się modlić. Bo to jest dobre”. A dziecko pyta: „A dlaczego?” 

Tu trzeba pamiętać, że dziecko to jest człowiek obdarzony wolną wolą, człowiek który również może Panu Bogu powiedzieć: „Nie”. I nam nie wolno go złamać. 

Jeżeli prawdziwie swoje dziecko kochamy, to pozwolimy mu na ten okres buntu, pozwolimy, by samo wadziło się z Bogiem. Pozwolimy przede wszystkim Panu Bogu prowadzić nasze dziecko. Jego drogą, nie zaś naszą drogą, którą sami wymyśliliśmy dla naszego dziecka. Dziecko nie jest naszą własnością. Pozwolimy Panu Bogu przeprowadzić  je przez okres burzy i niepokojów drogą najlepszą. 

Z doświadczenia wiem, że jak się każe dziecku przyjść na modlitwę w takim momencie buntu, to ono mówi: „Nie, a dlaczego? Ja nie pójdę”. A jak się podejdzie i przytuli, i przygarnie, to nawet jeśli ono potem nie pójdzie na tę modlitwę, to tak jakby zmienia się relacja między rodzicami i dziećmi – coś się wycisza, coś łagodnieje.

Myślę, że tajemnica tkwi w tym, czy my naprawdę kochamy nasze dzieci. Jeśli naprawdę  je kochamy, to będziemy potrafili tolerować tę ich odmienną drogę do Pana Boga. Jeśli natomiast bardziej kochamy siebie, to będziemy restrykcyjni, będziemy kazać i okaże się potem bardzo szybko, że tracimy jakąś łączność,  jakiś kontakt. Bo dziecko zauważy, że po prostu nie warto z nami dyskutować. My jesteśmy silniejsi, my swoją wolę przeprowadzimy, ale dziecko nie będzie juz szukać u nas zrozumienia.

Na koniec chciałbym zwrócić na jedną sprawę, o której może trochę zapominamy. Wielu z nas zauważyło pewnie niejednokrotnie, że w momencie kiedy mamy przystąpić do modlitwy, nagle trzy, cztery minuty wcześniej w domu wybucha jakieś spięcie, którego źródła i początku nie jesteśmy w stanie zlokalizować. Otóż pamiętajmy o tym, ze szatan, jak lew ryczący krąży patrząc kogo by pożreć. Zapominamy często o istnieniu, realnym istnieniu osobowego złego, który chce nam zaszkodzić. I który pojawia się oczywiście tam, gdzie jest łaska Boża, bo on stara się wyrwać dla siebie to, co traci. Często zdarza się, że w takich spięciach staramy się ustalić, kto zawinił, kto tu jest odpowiedzialny. A ten prawdziwy odpowiedzialny jest niewidzialny i się z nas śmieje. Szczególnie w takim momencie należy zawierzyć Bogu, który nas przez to przeprowadzi.