Czyńcie uczniów

(159 - lipiec - sierpień 2008)

Moje ProChrist - Trójmiasto

Jacek Chytła

Czas mknie tak szybko. Przelatują w pośpiechu kolejne dni mojego życia. Minuta za minutą umyka nieubłaganie wyznaczony dla mnie odcinek ziemskiego wędrowania. Mój własny cień chyba już wyprzedził mnie w tym zwariowanym pędzie, pozostawiając samotnego na drodze....Wszystko drga jeszcze tym wspomnieniem tętniącego prędkością życia, mojego własnego życia....

I właśnie w takim zabieganiu, wciśnięty w wir obowiązków, niemożliwości i dobrych chęci wpadłem z rozpędu w ostatnie przygotowania tuż przed ProChrist, moim ProChrist.

Jeszcze coś trzeba było przygotować, załatwić, zorganizować, wreszcie zaufać innym w tej krzątaninie, mocno pomodlić się by nie zwątpić... właśnie nie zwątpić....

ProChrist dla mnie znaczy za Chrystusem - intelekt przyjął takie tłumaczenie, a serce wciąż broniło się przed zwątpieniem.

Jako przedstawiciele Ruchu Światło-Życie z Trójmiasta, z wieloma obawami włączyliśmy się w to ekumeniczne dzieło udostępnienia naszego czasu i umiejętności dla pomocy przy organizacji transmisji ośmiu wieczorów ewangelizacyjnych ProChrist. Hasłem tegorocznego spotkania było Zwątpienie - Zdziwienie. I faktycznie Pan Bóg z każdym dniem otwierał nam oczy, od sceptycznego zwątpienia w Jego możliwości, do szerokiego zdziwienia Jego mocą. W zasadzie porwaliśmy się z motyką na słońce, bez szczególnego przygotowania i doświadczenia. Wzięliśmy jedynie udział w szkoleniu przed prowadzonym przez organizatorów. A potem - do dzieła. Wiele obaw miotało naszymi sercami, począwszy od nieufności do dzieł ekumenicznych, a skończywszy na braku umiejętności w organizowaniu takich imprez. Jednak przed samym przekazem, okazało się, że to właśnie Ruch Światło-Życie w Trójmieście jako jedyny zjednoczył bardzo wiele osób przy organizacji tych wieczorów. Faktycznie wtedy odczuliśmy, na kogo można liczyć i jak bardzo potrzebna jest jedność we wspólnym dziele.

Pierwszego dnia spotkań z ProChrist kaplica Św. Wojciecha w Sopocie nie wypełniła się całkowicie. Mimo to jednak okazało się, że przekaz z katowickiego Spodka, skąd transmitowano spotkanie, niesie ze sobą nie tylko dobrą muzykę „chrześcijańską” i nie tylko rodzaj show na wysokim poziomie. Niesie ze sobą konkretne przesłanie, oparte na Słowie Bożym przekazane w taki sposób przez głównego kaznodzieję - pastora Ulricha Parzanego i tłumaczone na żywo przez księdza Czyża, że nie da się przejść obok tego obojętnie. Całość skonstruowana była tak, że spotkanie kończyło się modlitwą oraz decyzją tych, których słowa  głoszone dotknęły, pójścia za Jezusem i rozpoczęcia wspaniałej przygody odnowienia własnego zbawienia. Nikt nikogo nie przymuszał. W Kaplicy zrobiło się ciemno, podświetlony był tylko krzyż Jezusa, pozostał czas na decyzję, czy zrobić ten symboliczny gest i podejść do krzyża czy nie... Wielu z nas skorzystało, a na koniec spotkania wszyscy, każdy indywidualnie otrzymywali błogosławieństwo wraz z krótką modlitwą wstawienniczą od uczestniczących w spotkaniu księży. Niesamowite, zastanawiałem się, czemu tak rzadko korzystamy z tego przywileju bycia błogosławionym przez naszych kapłanów. Jak wielu łaskom Bożym sami blokujemy dostęp do naszych serc? I tak już było każdego dnia. Spotkanie kończyło się modlitwą pod krzyżem i błogosławieństwem.

Muszę przyznać, że przekaz z katowickiego Spodka codziennie nas zaskakiwał. Każdego dnia inny temat, każdego dnia dobra muzyka, etiuda teatralna lub mocne świadectwo osób takich jak każdy z nas, ułomnych, słabych, niedoskonałych, ale pełnych wiary w miłosierdzie i Bożą moc.

Osobiście obawiałem się trochę, że będzie dużo protestantyzmu, że zbyt wiele komercji, że nie tak odbierzemy język niemiecki głoszącego. Ale to wszystko z każdym dniem mocniej pękało we mnie. Kulminacją było nauczanie drugiego dnia, gdzie Urlich Parzany tak pięknie wspominał bohaterstwo Św. Ojca Maksymiliana Kolbe i gdzie przez chwilę odczułem cierpienia Polaków i Niemców, wciąż nie mogących do końca uporać się z wspólną przeszłością, tak często spłycaną do relacji ofiar i katów. Jeszcze brzmią mi słowa kaznodziei „przepraszam” za zbrodnie wojenne i „wybaczcie w imię Chrystusa”, który cierpiał wraz z Polakami i Żydami w Oświęcimiu w czasie drugiej wojny światowej.

Oto nagle każdego dnia w ciągu tych spotkań dowiadywałem się ze zdziwieniem,  jaki jest mój Bóg i że własnoręcznie zaszufladkowałem Go, zamiast codziennie na nowo odkrywać...

Usłyszałem też, że to, iż przeczytałem książkę o miłości lub znam jej definicję, wcale nie dowodzi, że już umiem kochać drugiego człowieka. Widziałem też każdego wieczoru, że ponad sto osób decyduje się świadomie oddać swoje życie Jezusowi, jako jedynemu Zbawicielowi. Taki widok jest umocnieniem mojej wiary, nie jestem sam, jest wielu, którzy poszukują głębszej relacji z Bogiem, którym zwykła religijność nie wystarcza, którzy pragną poznawać bardziej swojego Zbawiciela i żyć Jego nauką na co dzień, bez obłudy i półśrodków.

Było tylko osiem wieczorów z ProChrist. U nas cztery odbyły się w Kaplicy Św. Wojciecha w Sopocie i pozostałe cztery w parafii Św. Trójcy w Gdyni Dąbrowie. Nie były one doskonałe. Mieliśmy problemy techniczne czwartego dnia, gdy padający śnieg uniemożliwił nam odbiór przekazu. Było wiele stresu organizacyjnego i niedociągnięć. Ale teraz mi czegoś brakuje, bo wiem, że warto było i że szybko się skończyło. Teraz, jak po wszystkich rekolekcjach, codzienne życie weryfikuje moje obietnice i przyjęte prawdy.  Cieszę się, że nasze lęki i obawy oraz fobie co do możliwości współpracy wielu kościołów chrześcijańskich przy jednym dziele, zostały zastąpione wiarą w to, że Bóg potrafi jednoczyć ludzi i ich wspólna praca przynosi błogosławione owoce. Głęboko wierzę, że tym razem właśnie tak jest. Miło było patrzeć na zjednoczenie i zaangażowanie wszystkich organizatorów, warto podziękować gospodarzom tych miejsc, bez których ProChrist w Trójmieście nie udałoby się. Dzięki nim ponad 800 osób mogło doświadczyć mocy żywego Boga i zbliżyć się do Niego. Nie będzie więc zwątpienia, a będzie następne  ProChrist 2009.