Formowanie następców

(218 - listopad - grudzień 2017)

z cyklu "Dusza mnie pyta"

Niewidomy master

Błażej Kmieciak

Mój niewidomy Master

 

Pismo święte ma to do siebie, że czytasz pewne fragmenty kolejny raz, a i tak nadal wzbudzają w Tobie dreszcze.

Gdy byłem dzieckiem, oglądałem film „Ślepa furia”. Uwielbiałem bohatera granego przez Rutgera Hauera. Wcielił się on w postać niewidomego weterana, który w Wietnamie stracił wzrok. Spędził tam dwadzieścia lat, w trakcie których nauczył się perfekcyjnie posługiwać samurajskim mieczem na co dzień schowanym w lasce, której używał zupełnie nic nie widząc. Patrzyłem z wielkimi oczami na niesamowite sceny, w których wydawałoby się poważnie niepełnosprawny człowiek jakąś niezwykłą mocą wyczuwał ruchy swoich wrogów, by następnie zadać im mistrzowskie ciosy mieczem. 

Postać ta była dla mnie ważna także z innego powodu. Sam od urodzenia byłem osobą niewidomą. Pierwsze blaski światła cudem zobaczyłem dopiero po skończeniu czwartego roku życia, co było zaskoczeniem nie tylko dla mojej mamy, ale i lekarzy, którzy nie dawali moim oczom żadnych szans. 

Gdy nieco dorosłem, miejsce pana Hauera zajęła inna postać, stał się nią pewien niewidomy od urodzenia, który żył dwa tysiące lat temu.

Wspomina o nim św. Jan Ewangelista. W dziewiątym rozdziale spotyka pewnego człowieka, który nie widzi od urodzenia. Najmłodszy z Apostołów przypominając tą historię stwierdza, że Jezus: „splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego i rzekł do niego: «Idź, obmyj się w sadzawce Siloam (…) On więc odszedł, obmył się i wrócił widząc”. Niesamowite rzeczy się potem działy. Nikt nie chciał na początku uwierzyć, ze to właśnie on zaczął widzieć. Wszyscy powtarzali sobie, że skoro był niewidomy, to pewnie w jego rodzinie ktoś mocno nagrzeszył. Całą sprawę skomplikował do tego fakt, że uzdrowienia dokonano w szabat, co dla członków synagogi było najzwyczajniej w świecie złamaniem Bożego prawa.

 Mój bohater nie znał wcześniej Jezusa. Św. Jan nie wspomina, by wołał Go niczym kananejska kobieta prosząc o ulitowanie. Ślepiec po prostu siedział i zaciekawił uczniów. Doznał uleczenia od Chrystusa w swoistym bonusie. Wyzdrowienie powoduje, iż trafia przed surowy sąd. I tutaj właśnie pojawia się prawdziwy mój, tytułowy master. Czemu? Każdy kto był w sądzie wie, że nie panuje tam rodzinna atmosfera. Zaczyna się przepytywanie, czasem oskarżanie. Doświadczył tego niewidomy od urodzenia. Słyszy, że jest cały w grzechach. Zapewne nie jedna, ale wiele osób na niego krzyczało. Spokojnie mógł się bać nie tylko o swoje zdrowie fizyczne, ale także przyszłość duchową: mógł zostać uznany za heretyka. On jednak „podnosi rękawice” i mówi: „W tym wszystkim to jest dziwne, że wy nie wiecie, skąd pochodzi (Jezus – przyp. BK), a mnie oczy otworzył”. Kapitalnie staje on w prawdzie pokazując niepodważalny fakt. Następnie dodaje: „Od wieków nie słyszano, aby ktoś otworzył oczy niewidomemu od urodzenia. Gdyby ten człowiek nie był od Boga, nie mógłby nic czynić”. 

Podziwiam odwagę tego człowieka. Myślę, że i Jezus ją podziwiał. Myślę, że chciał go spotkać na drodze. Nie pamiętam, jak to jest nie widzieć. Czasem tylko uświadamiam sobie, że idąc sprawdzam stopą, czy nadal mam grunt. Zdarza się, że czuję skąd wiatr zacznie wiać. Jakoś tak mi zostało. Opisana przez św. Jana historia powoduje, iż niekiedy przenoszę się w czasie do chwil opisanych przez apostoła. Łączę je z moją chorobą. Być może i dla mnie Jezus przed uzdrowieniem uczynił niewidzialne błoto. Kto wie, może i ja przed lokalnym Sanhedrynem stanę. Jak ja bym chciał wtedy umieć powiedzieć: „Czy On jest grzesznikiem, tego nie wiem. Jedno wiem: byłem niewidomy, a teraz widzę”.