Pielgrzymowanie

(161 - listopad - grudzień 2008)

Ojciec w wierze

Nina Majek

ks. Marek Adaszek 1948-2008

Liturgista. Moderator. Nauczyciel. Wychowawca. Autorytet. Człowiek paschalny. Jakimkolwiek określeniem nie chciałoby się Go określić, żadne nie streści całej rzeczywistości, którą się z nami dzielił. On doskonale wiedział, co znaczy „czynić uczniów”. Żył liturgią, kochał liturgię i wielu z nas uczył ją kochać i nią żyć. Nie marnował żadnej okazji do formowania ludzi.

Tak było od początku Jego kapłaństwa, gdy w 1974 roku trafił zgodnie z dekretem biskupa wrocławskiego do mojej rodzinnej parafii w Dzierżoniowie. Już wcześniej spotkał się z ojcem Franciszkiem Blachnickim i „za-raził się” charyzmatem Ruchu Światło-Życie. Wielokrotnie pod-kreślał, że najbardziej pociągało Go, że to ruch biblijno-liturgicz-ny. Pozostawił po sobie wzorco-wo sprawowaną liturgię w parafii (zwłaszcza Triduum Paschalne) oraz prężnie działającą wspólno-tę Ruchu Światło-Życie.

Na pierwszym roku studiów trafiłam do zespołu animatorów, który wraz z Nim przygotowywał się do oazy II st. To, co jako animator wiem i umiem, właśnie w tym okresie ma swoje fundamenty. Do końca życia będę pamiętać pieczołowitość i perfekcyjność, z jaką pochylaliśmy się wspólnie w gronie animatorów nad materiałami części A i rozważaliśmy każde słowo. A najchętniej słuchaliśmy tzw. dygresji, czyli rozmów przy stole o wierze, liturgii, pierwszych wiekach chrześcijaństwa, które luźno dotyczyły tematu z materiałów, ale nam otwierały oczy na rzeczywistość Kościoła.

Bo On ten Kościół po prostu kochał. Mnie przynajmniej nikt wcześniej nie uczył tak szerokie-go spojrzenia na rzeczywistość. Detale, także te dotyczące liturgii, miały dla Niego swój głęboki sens i wytłumaczenie. Potrafił o tym mówić godzinami, a słuchało się Go z przyjemnością. Był kompetentny, ale też wymagający, zawsze mówił o budowaniu na mocnym fundamencie i konieczności rezygnowania z bylejakości.

Po powrocie ze studiów w Rzymie był ojcem duchownym w seminarium wrocławskim oraz wykładowcą liturgiki w semina-rium i na studiach teologicznych dla świeckich. Na 3. i 4. roku studiów teologicznych miałam z Nim wykłady z liturgiki. Nie zapomnę egzaminu, na którym odpytywał nas z Liturgii Godzin. O mały włos, a padłaby deklaracja, że zamiast tu gadać o teorii, to może pójdziemy się razem pomodlić. Fajny egzamin, nie? Ale On taki był. Chciał by wiedza u jego studentów stawała się życiem.

Czasem w różnych kręgach zadawaliśmy Mu pytania: skąd On to wszystko wie? Uśmiechał się wtedy często ze skromnością i mówił: „No wiesz, przecież to wszystko jest tu i tu napisane. Trzeba tylko umieć czytać.”

Wraz z utworzeniem diecezji legnickiej przeniósł się do pracy w tamtejszym seminarium, był bowiem rodem ze Zgorzelca.

W tym czasie już wiedział, że żyje na kredyt. Po pierwszej operacji nowotworu - chyba jakieś 15 lat temu - lekarze mówili Mu o kilku miesiącach życia. Miał świadomość, że jeśli Bóg zechce, to tak będzie. Z uśmiechem opowiadał o tym, że lekarze pokazywali Go studentom w charakterze przypadku niewytłumaczalnego. On także wiedział, że Jego organizm nie miał prawa funkcjonować prawidłowo, a jakimś cudem działał... Cud. W takich kategoriach na Jego życie patrzyliśmy.

Mimo choroby nie zwolnił tempa: praca ojca duchownego, wykłady, konferencje, rekolekcje, spotkania. Przez wiele lat był moderatorem diecezjalnym w Legnicy. Kiedy czasem widziałam, że praca jest ponad Jego siły nadwątlone chorobą, zwracałam Mu nieśmiało uwagę, żeby trochę zwolnił. Uśmiechał się wtedy  i mówił: „Nie mogę nie dzielić się tym, co poznałem.”

Uczył nas, jak cierpieć. Wielokrotnie widzieliśmy, że ból daje Mu się już bardzo we znaki i staje się nie do wytrzymania. Nie był człowiekiem, który by się użalał nad sobą. Chętnie wspierał ludzi i dzielił się wiedzą dotyczącą walki z nowotworem, bo jak mówił: „Wszystko przetestowałem na sobie.” Wiele razy, gdy umawialiśmy jakiś termin mówił: „Jak Pan Bóg pozwoli”. Miał świadomość, że Jego życie jest w rękach Boga i odczytywał je jako dar.

Przylgnęło do Niego określenie „ojciec” od ojca duchownego, ale tak naprawdę to od słów św. Pawła, który mówił o „ojcu w wierze”. Takim był dla wielu z nas.

Wielokrotnie prosiliśmy Go o poprowadzenie warsztatów liturgicznych w diecezji wrocławskiej. Mimo bardzo napiętego kalendarza nigdy nie odmawiał. Ostatnie warsztaty na temat Triduum Paschalnego poprowadził dla nas w marcu. Żartował - spojrzawszy na twarze osób na sali: „Przecież tu sami weterani. Przecież wy to już wszystko wiecie.” Po czym, gdy zaczynał mówić, okazywało się, że wiemy dużo, ale w porównaniu z tym, co On chce nam powiedzieć, to naprawdę niewiele.

Ostatni raz rozmawiałam z Nim telefonicznie zaledwie kilka dni temu. Nic nie wskazywało na to, że słyszę Go ostatni raz. Wśród żartów i wypominania, że dawno nie byłam w Legnicy, padło też moje pytanie o możliwość poprowadzenia wiosną przyszłego roku warsztatów na temat okresu wielkanocnego. Zareagował we właściwy dla siebie sposób: „O, chcecie się zająć tym okresem liturgicznym traktowanym w Kościele po macoszemu? No pewnie, że się zgadzam. Tylko musisz mnie przypilnować, żebym w kalendarzu wyszukał jakiś termin”. Nie zdążył.

Wciąż trudno uwierzyć w to, co się stało. Po ludzku strasznie trudno i żal. Wiele razy stan Jego zdrowia pogarszał się i... Bóg decydował, że jeszcze nie czas na Niego, że jeszcze jest nam potrzebny. Bóg nie uczynił cudu i Go nie uzdrowił. Cudem było to, że przez kilkanaście lat pozwolił Mu jeszcze żyć i służyć wśród nas.

Tyle razy z przekonaniem opowiadał nam o liturgii niebiańskiej, w której my - sprawując naszą - mamy już swój udział. Wierzę, że teraz już w niej uczestniczy.

Za Twoją wiarę i miłość do liturgii, za Twą obecność pośród nas - dzięki Ci, Ojcze Marku.