Być mężczyzną

(137 - maj - czerwiec 2005)

On i praca

Jan Halbersztat

Męskości nie mierzy się grubością portfela
Kiedy nasi pra-pra-praprzodkowie mieszkali jeszcze w jaskiniach, a „utrzymanie rodziny” polegało przede wszystkim na zdobywaniu żywności, czyli polowaniu, podział ról między mężczyzną a kobietą był dosyć oczywisty - do polowania potrzebna była przede wszystkim siła i sprawność fizyczna, którą kobiety zwykle nie dys­ponowały. Jasne zatem było, że to ON zajmował się zdobywaniem żywności, a ONA w tym czasie doglądała jaskini, oprawiała resztki z poprzednich polowań, szyła ubrania ze zwierzęcych skór no i - oczywiście - zajmowała się dziećmi. To rzecz prosta dosyć uproszczony obraz, bo musimy pamiętać, że w czasach „jaskiniowych” rodzina nie żyła sama, ale niemal zawsze w większej społeczności, w której ONI polowali, a ONE zajmo­wały się „domowym ogniskiem” - ale sam schemat i „podział obowiązków” był właśnie taki. Potem, kiedy ludzie zaczęli uprawiać rośliny i hodować zwierzęta, wiele się zmieni­ło, ale zadania kobiety i mężczyzny pozostały takie same. Przez całe wieki - jeszcze do całkiem niedawnych czasów - oczywiste było, że to mężczyzna „utrzymuje” dom, czyli zdobywa pożywienie i środki do życia, a kobieta o ten dom „dba”, tworzy go „od wew­nątrz” i zajmuje się dziećmi. I nie wynikało to wcale - jak twierdzą dziś ideolodzy skraj­nego feminizmu - z uciemiężenia kobiety i jej wykorzystywania przez mężczy­znę, ale z bardzo prostej, czysto biologicznej zależności: „praca”, zdobywanie żywności bądź środków, za które można było ją kupić, wiązała się po prostu z koniecznością posiadania większej siły fizycznej, którą akurat w gatunku homo sapiens dysponuje samiec, czyli mężczyzna. Łatwo zapominamy o tym, że jeszcze dwieście - trzysta lat temu znakomita większość „zawodów” polegała na ciężkiej pracy fizycznej...

Dopiero w ciągu ostatnich dwustu lat rozwój techniki posunął się tak dale­ko, że dzisiaj czysto fizyczna praca stanowi zaledwie około połowy działalności człowieka (resztę robią za nas maszyny...). Dziś, na początku dwudziestego wieku, nikogo już nie dziwi (przynajmniej w naszym kręgu cywilizacyjnym i kulturowym), że kobiety podobnie jak mężczyźni pracują zawodowo, zara­biają na życie swoje i bliskich. Wciąż jednak w świadomości większości lu­dzi, to mężczyzna jest tym, który na dom zara­bia i go „utrzymuje”.

Oczywiście żyjemy w czasach, kiedy najczęściej oboje małżonkowie pracują zawodo­wo - także dlatego, że większość rodzin nie utrzymałaby się z „jednej pensji”. Kobiety osiągają duże sukcesy zawodowe, są (w Polsce) średnio lepiej od męż­czyzn wykształcone, pełnią odpowiedzialne funkcje - także społeczne czy polityczne. Jednak w życiu więk­szości rodzin prędzej czy później przychodzi decyzja o dzieciach - i siłą rzeczy kobieta na jakiś czas wyłącza się z życia zawodowego. Urlop macierzyński - ten „płatny” - jest dziś absurdalnie krótki, po trzech miesiącach wiele kobiet staje przed dylematem: wracać do pracy czy zostać w domu z maluchem, który przecież na tym eta­pie bardzo jeszcze potrzebuje mamy. Większość mam wybiera pozostanie na urlopie wychowawczym - co oznacza, że najczęściej w tym czasie nie zarabiają, a utrzymanie domu znowu - jak za czasów jaskiniowych - spada na barki mężczyzny. I co wtedy? Wtedy zdarza się, że wpadamy w kilka bardzo niesympatycznych pułapek związanych z rolą, jaka nam los przeznaczył...

Pułapka pierwsza: to, co pilne kontra to, co Ważne

W ciągu ostatnich trzech lat dwukrotnie zdarzyło mi się zmieniać pracę. Kiedy przegląda­łem ogłoszenia o pracy - w prasie i w Internecie - uderzyło mnie, że w znakomitej większości ogłoszeń, niezależnie od rodzaju proponowanego zajęcia, pożądanego wyk­ształcenia i kwalifikacji, jak refren powtarzało się jedno wymaganie: kandydat powinien być  w pełni dyspozycyjny. Co to znaczy w praktyce - wie większość osób pracujących zawodowo. Dyspozycyjny to znaczy: na pierwszym miejscu ma być firma, w której pra­cujesz i twoje w niej obowiązki. Cała reszta jest już twoją prywatną sprawą, pod warun­kiem, że nie przeszkadza w wykonywaniu tych obowiązków. Że dziś akurat wypada twoja rocznica ślubu? Trudno, przecież ten projekt musi być dokończony. Planowałeś urlop? Bardzo nam przykro, ale ta konferencja absolutnie wymaga twojej obecności. Urodziny twojego dziecka? Chyba nie chcesz powiedzieć, że są ważniejsze niż dokończenie tekstu, który masz na dziś napisać? Nie przesadzaj, w końcu urodziny są co roku...

I większość z nas, niestety, w takie układy wchodzi. Wchodzi, bo nie ma wyjścia. Bo żona na macierzyńskim, bo dzieci, bo przecież ktoś musi na dom zarabiać, bo jakoś się trzeba utrzymać... W dodatku wielu z nas łatwo wpada w schematy myślowe związane właśnie z tradycyjną rolą „mężczyzny utrzymującego dom”. Włącza nam się poczucie od­powiedzialności, chęć zapewnienia swoim bliskim jak najlepszego życia, często - nie oszukujmy się - wszystko to doprawione jest sporą szczyptą ambicji chęci „bycia kimś” (głównie zresztą we własnych oczach...). Efekt? Coraz częściej zdarza się, że kiedy psycholog dziecięcy chcąc przeprowadzić podstawowe badania prosi dziecko, żeby narysowało swoją rodzinę, kilkuletni malec rysuje siebie, rodzeństwo (jeśli je ma) i mamę. Na pytanie „...a gdzie jest tatuś?” odpowia­da zdziwiony „Jak to gdzie? W pracy...”. Ilu z nas widuje swoje dzieci niemal wyłącznie w weekendy - zakładając oczywiście, że akurat w weekend nie wypad kolejna Bardzo Ważna Konferencja...

Weź mnie, weź mnie na ręce - i nie potrzeba nic więcej (...) nie siedź w pracy go­dzinami!­ - śpiewają dzieciaki z Arki Noego w jednej z piosenek z najnowszej płyty. Problem polega na tym, że dla bardzo wielu z nas od „siedzenia w pracy godzinami” po prostu nie ma ucieczki. Że naprawdę żeby „utrzymać dom” musimy zasuwać od rana do nocy, że naprawdę nie możemy sobie pozwolić na ulgowe potraktowanie pracy zawodo­wej.

To naprawdę tragedia wielu współczesnych mężczyzn, którzy chcieliby spędzać wię­cej czasu ze swoimi bliskimi, którzy wychodzą rano do pracy ze ściśniętym sercem, że­gnani płaczem swoich dzieci: Nie idź, tatusiu! Pobaw się ze mną! - i wracają, kiedy dzieci już śpią... Wielu z nas naprawdę nie ma żadnego wyboru. Dla wielu z nas taka sy­tuacja to prawdziwy Krzyż, niesiony z miłości do swoich bliskich.

Warto jednak przynajmniej raz na jakiś czas zrobić uczciwy rachunek sumienia - czy rzeczywiście muszę, czy naprawdę  nie mam innego wyjścia, czy nie mógłbym wybrać innej drogi. Jest różnica między koniecznością „zarabiania na chleb” a „zarabiania na ko­lejne zabawki”. Jaka jest moja sytuacja? Czy moja praca nie staje się dla mnie celem sa­mym w sobie? Czy nie płacę zbyt wysokiej ceny za sukcesy zawodowe i pełny portfel? Czy dla moich najbliższych nie byłoby lepiej, żebym zarabiał nieco mniej, ale był z nim i częściej, mniej zmęczony i zdenerwowany? Jak mówi Księga Przysłów „Lepsze jest tro­chę jarzyn z miłością, niż tłusty wół z nienawiścią...” (Prz 15,17)

Pułapka druga: wart jestem tyle, ile zarabiam

Wszystko jest w porządku (mniej lub bardziej) dopóki praca jest. Niestety wielu z nas tak bardzo postrzega swoją wartość jako męża, ojca i „głowy rodziny” wyłącznie przez pry­zmat „utrzymywania domu”, że kiedy różne okoliczności życiowe sprawią, że pracy za­braknie - wpadamy w przygnębienie, zniechęcenie czy nawet depresję. Kogoś wyrzucą z pracy i długo, długo nie może znaleźć nowej. Ktoś zachoruje i leży w domu przykuty do łóżka. Niby nie jego wina, niby robi wszystko, co może - ale rola „żywiciela rodziny” tkwi tak głęboko w jego podświadomości, że nie potrafi w takiej sytuacji normalnie żyć. Zwłaszcza sytuacja długiego bezrobocia jest dla wielu mężczyzn prawdziwą tragedią. Świadomość, że moi bliscy na mnie liczą, że powinienem zapewnić im utrzymanie, a tymczasem siedzę w domu i „nic nie robię” - to ciężar nie do udźwignięcia dla wielu z nas. Co ciekawe - okazuje się, że taka sytuacja jest dla mężczyzny niezwykle trudna psychicznie także wtedy, kiedy rodzina de facto nie ma problemów finansowych (bo żo­na ma dobrą pracę, bo rodzina ma spore oszczędności etc.). Sam fakt, że nie spełniam roli, która „powinienem” spełniać jest trudny do zniesienia. Bezrobocie to jedna z naj­częstszych przyczyn nie tylko samobójstw, ale także alkoholizmu, depresji - i wszystkie­go, co z nich wynika, z przemocą w rodzinie włącznie.

Oczywiście - to jasne, że każdy z nas troszczy się o swoich bliskich, że sytuacja bra­ku pracy jest obiektywnie trudna. Często jednak wpadamy właśnie w pułapkę, która każe nam myśleć o sobie w takiej sytuacji jako o człowieku mniej wartościowym, nieudaczni­ku, słabeuszu. Następuje ogromne obniżenie poczucia własnej warto­ści - tak, jakby wartość i godność człowieka zależały od tego, ile za­rabia.

Pułapka trzecia: „To ja was utrzymuję”.

Trzecia pułapka to już nieco inny poziom świadomości swojej roli. Wielu mężczyzn bardzo dobrze się czuje w roli „żywiciela rodziny”. Tak dobrze, że zaczyna im się wydawać, że skoro to oni utrzymują dom (czytaj: przynoszą do domu pieniądze...), to mają pełne, wyłącz­ne prawo decydowania o tym, jak ten dom powinien wyglądać, jakie panują w nim zasa­dy, co komu wolno, a co nie... Taka postawa często wiąże się z lekceważeniem dla włas­nej żony: JA zarabiam na życie, a ONA tylko siedzi w domu i się dziećmi zajmuje... Tacy mężczyźni „wydzielają” żonom pieniądze, traktują je trochę jako służące, siebie postrze­gając jako „panów i władców”.

Choć efekty są zupełnie inne, wbrew pozorom mamy do czynienia z tym samym schematem myślowym, co w pułapce numer 2 - „Wart jestem tyle, ile zarabiam”. Ła­two przy takim nastawieniu zapomnieć o tym, że oboje małżonkowie w tym samym stopniu „utrzymują” dom i dzieci, że nie ma nic „większego”, „lepszego” czy „wyższego” w zarabianiu pieniędzy, niż w gotowaniu obiadów i przewijaniu pieluch. Tak bez jedne­go, jak bez drugiego dom nie będzie w stanie normalnie funkcjonować...

Nasi serdeczni znajomi, kiedy urodziło im się dziecko, podjęli decyzję, że po pierw­szych trzech miesiącach ona wróci do pracy, a on weźmie urlop wychowawczy. Wynika­ło to z bardzo prostego powodu - na skutek różnych losowych zdarzeń ona miała do­brą, stabilną pracę, w której zarabiała znacznie więcej, niż on. Zapytałem go kiedyś z cie­kawości jak sobie radzi i jak się czuje jako „domowy tata” kiedy żona chodzi do pracy. Jego odpowiedź zaskoczyła mnie zupełnie:

- Wiesz, co mnie najbardziej denerwuje? - spytał. - Ludzie, niestety także najbliż­si, którzy bez przerwy sugerują mi, że „coś jest nie w porządku” w tym, że kobieta zara­bia więcej niż ja, że musieliśmy podjąć taką decyzję ze względów finansowych. Że ja, ja­ko mężczyzna, powinienem to czy tamto, że to moje zadanie, że co ze mnie za facet. Czy naprawdę tym ludziom się wydaje, że męskość mierzy się grubością portfela?!

To jasne, że jako mężczyzna czuję się odpowiedzialny za byt mojej rodziny - także od strony materialnej. Staram się jednak nigdy nie gubić hierarchii wartości i waż­ności spraw w moim życiu. Jeśli muszę dużo pracować, żeby zarobić na życie, to pracu­ję, ale pamiętam, że moja praca ma służyć mojej rodzinie - nigdy odwrotnie. Robię to, co do mnie należy, staram się to robić dobrze, poświęcam na to tyle czasu, ile trzeba. Ale nawet w nawale pracy i natłoku obowiązków staram się zawsze pamiętać po co to robię. Próbuję być z moimi bliskimi zawsze wtedy, kiedy mnie potrzebują - uważam, że na tym także polega bycie mężczyzną. A pełna dyspozycyjność? Tylko wobec Jezusa.