Idźcie i głoście

(152 - lipiec - sierpień 2007)

Otwórzcie drzwi!

ks. Zbigniew Snarski

O przyjęciu Jezusa jako Pana i Zbawiciela

O potrzebie i konieczności przyjęcia Jezusa Chrystusa i uznania Go za Pana i Zbawiciela mówimy w kontekście ewangelizacji. Chodzi o ewangelizację rozumianą ściśle, to znaczy jako głoszenie Dobrej Nowiny tym wszystkim, którzy jeszcze jej nie słyszeli lub tym osobom, które chociaż słyszały orędzie zbawienia, to jednak nie odpowiedziały na jego wezwanie. Celem bowiem tak pojętej ewangelizacji jest nawrócenie, to znaczy radykalne opowiedzenie się za Chrystusem i zerwanie z przywiązaniem do grzechu1. Tak rozumiane nawrócenie jest również koniecznym etapem w drodze rozwoju życia duchowego.

Bóg jako miłość jest źródłem wszelkiego życia, toteż inicjatywa powołania człowieka do życia duchowego, do przyjaźni z Chrystusem, a tym samym do uczestnictwa w życiu Boskich Osób, należy do Boga Stwórcy i Odkupiciela. To powołanie dokonuje się w określonym środowisku, czyli we wspólnocie wierzących, jaką jest Kościół - czyli Mistyczne Ciało. Wszczepienie w to Ciało dokonuje się w chwili Chrztu. Obiektywnie więc od tego momentu Duch Święty „działa” w człowieku. Moment Chrztu niekoniecznie jednak pokrywa się z początkiem świadomego życia duchowego nawet w przypadkach, kiedy jest on przyjmowany w wieku późniejszym. Tym bardziej nie pokrywa się tam, gdzie ma on miejsce w wieku niemowlęcym, a taka jest w większości praktyka Kościoła, której nie ma powodu podważać. Wiadomo, że od najwcześniejszych lat dziecko jest w stanie nawiązać kontakt z Bogiem. Często jest to oparte na wierze rodziców i najbliższego środowiska. Nie dochodzi jednak jeszcze do refleksji nad swoimi aktami religijnymi.

Potrzeba więc pewnego stopnia dojrzałości (i czasu), aby człowiek zdał sobie sprawę z owego uświęcającego działania. Moment pierwszego doświadczenia obecności Boga, czyli „odkrycie” - dzięki wierze - w sobie Ojca i Syna posyłających Ducha Świętego, zwykło się określać właśnie mianem nawrócenia.

Praktyka życia chrześcijańskiego pokazuje, że po otrzymaniu wychowania religijnego w dzieciństwie nie wszyscy jednak dochodzą do głębokiego nawrócenia.

Duszpasterze dość powszechnie wyczuwają, że pomimo ogromnego trudu, jaki wkładają w swoją pracę, coś w tej pracy nie funkcjonuje. Nie bardzo jednak mogą określić, gdzie leży tego przyczyna, nie bardzo wiedzą, gdzie jest źródło tych wszystkich zjawisk. Wydaje się, że sedno tego problemu zawiera się w pewnym fakcie, z którego bardzo wielu świeckich, a także spora liczba duchownych nie zdaje sobie sprawy. Chodzi o to, że cała rzesza chrześcijan jest nimi tylko z nazwy, z imienia. Noszą oni etykietę chrześcijan, ale w gruncie rzeczy, wewnętrznie chrześcijanami nie są, nigdy naprawdę nie weszli w chrześcijaństwo. Nie są oni właściwie świadomi tego, że głównym kryterium, na podstawie którego można kogoś nazwać chrześcijaninem, nie jest czyjaś pobożność, spełnianie praktyk religijnych, troska o potrzeby parafii. Nie jest nim także to, że ktoś jest porządnym człowiekiem, że wstąpił do zakonu lub otrzymał święcenia. Tym kryterium jest pewne wydarzenie, które nazywa się nawróceniem. Jeśli ktoś je przeżył, można go nazwać prawdziwym chrześcijaninem. Jeśli to wydarzenie nie nastąpiło, taki człowiek (mimo, że jest ochrzczony) wewnętrznie nie jest chrześcijaninem, a gdy go tak nazywamy - to jest to tylko etykietka. Albo, mówiąc mniej drastycznie, jest on chrześcijaninem w stanie nierozwiniętym, niedojrzałym, zalążkowym2.

Nawrócenie jest zatem startem do wielkiej osobistej historii zbawczej, a wielu ochrzczonych nigdy nawet do tego początku nie dochodzi. W nawróceniu bowiem nie chodzi tylko o zerwanie z grzechem, jest to jeden z aspektów nawrócenia. To nie tyle „odwrócenie się” od zła, co przede wszystkim „zwrócenie się” do Chrystusa, który jest „drogą prawdą i życiem” (J 14, 6).

W tym doświadczeniu nawrócenia działają te same mechanizmy, jak w relacjach osobowych, a Bóg jest przecież osobą. Oryginalnie na temat wiary, która jest relacją człowieka do Boga, wypowiadał się żydowski filozof i teolog Martin Buber. Zwraca on uwagę, że ktoś drugi staje się dla nas rzeczywiście osobą dopiero przez wypowiedziane słowo, przez dialog. Ktoś, do kogo nigdy nie odzywaliśmy się, a zwłaszcza ktoś, kto nigdy nie przemawiał do nas, nigdy nie będzie dla nas naprawdę osobą. Ktoś, o kim mówimy, ale kto sam do nas nie mówi i do kogo my się nie odzywamy, nie jest właściwie dla nas kimś, ale raczej czymś, nawet jeśli teoretycznie wiemy, że posiada on - jak my - byt osobowy. Jedynie „ty”, z którym rozmawiam, jest dla mnie kimś, a zwłaszcza „ty”, które samo do mnie przemówiło3. Takim właśnie „Kimś” objawiającym się człowiekowi jest osoba Boga, do którego można zwrócić się i być w relacji. Relację tę nazywamy wiarą. W ten sposób określa ją Katechizm Kościoła Katolickiego: Wiara jest odpowiedzią człowieka daną Bogu, który mu się objawia i udziela (KKK 26). Podobnie o wierze wyraża się Benedykt XVI:

Wiara nie oznacza jedynie przyjęcia określonego zbioru prawd dotyczących tajemnic Boga, człowieka, życia i śmierci oraz rzeczy przyszłych. Wiara polega na głębokiej, osobistej relacji z Chrystusem, relacji opartej na miłości tego, który nas pierwszy umiłował, aż do ofiary z siebie (homilia podczas Mszy Świętej w Warszawie dnia 26 maja 2006 r.).

Inaczej mówiąc wiara jest wejściem w komunię i przymierze z Bogiem, który daje się poznać w osobie Jezusa Chrystusa.

Jeśli zatem wiara jest komunią z Bogiem, objawiającym się w osobie Jezusa Chrystusa, to musi się ona w jakimś momencie życia człowieka rozpocząć. Rozpoczyna się zgodnie z zasadą działania Boga w stosunku do wolnego człowieka: Bogu, wychodzącemu z inicjatywą, działającemu i objawiającemu się, człowiek może odpowiedzieć pozytywnie przyjęciem Bożej propozycji. W sposób bardzo wyrazisty ta propozycja Boga jest zawarta chociażby w następujących słowach: Oto stoję u drzwi i kołaczę. Jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze mną (Ap 3, 20). Słowo to jest zaproszeniem Boga, który oczekuje na odpowiedź. Jest wezwaniem, które powinno znaleźć wyraźny oddźwięk.

Praktycznie powinien to być konkretny akt zgody i akceptacji osoby Jezusa Chrystusa i Jego nauki; akt który jest nie tylko mocnym postanowieniem poprawy lub zmianą moralną, lecz zmianą życia na życie Jezusa. Ta akceptacja Jezusa w sercu jest jakby duchową komunią, w której świadomie otwierają się drzwi życia i całego ludzkiego istnienia na Jezusa Zmartwychwstałego, aby On mógł wejść i pozostać na zawsze w sercu. Czyż nie o to wołał Jan Paweł II w homilii na rozpoczęcie swego pontyfikatu (22 października 1978 r.):

Nie lękajcie się! Otwórzcie, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi! (...) Nie lękajcie się! Chrystus wie, „co jest w człowieku”. On jeden! A dzisiaj człowiek tak często nie wie, co w nim jest, co jest w głębi jego umysłu i serca. Tak często jest niepewny sensu swojego życia na ziemi. Szarpie nim niepewność, która przeradza się w rozpacz (...) pozwólcie Chrystusowi mówić do człowieka. On jeden ma słowa życia - tak, życia wiecznego.

1Chmielewski M., Sto jeden pytań o życie duchowe, Lublin 1999, s. 29.
2Czerwiński Z., Wspólnoty neokatechumenalne, RTK, 26 (1979), z. 6, s. 8.
3Zob. Bouyer L. Wprowadzenie do życia duchowego, Warszawa 1982, s.15.