Światło-Życie

(195 - wrzesień - październik 2013)

z cyklu "Na płytach"

Paradise

Jan Halbersztat

John Mayer nie jest w Polsce artystą bardzo popularnym, ale za oceanem już od ładnych paru lat cieszy się zasłużoną sławą jednego z najciekawszych muzyków – wokalistów i gitarzystów – „średniego pokolenia” (urodził się w 1977 r.). Ma na koncie ponad 20 milionów sprzedanych płyt, jest laureatem 7 nagród Grammy.

Karierę zaczynał od country i popu, później jego styl zaczął ewoluować w stronę bluesa, jazzu, blues-rocka i klasycznego rocka. I szybko okazało się, że w każdym z tych stylów ma coś do powiedzenia – o czym najlepiej chyba świadczy fakt, że wśród muzyków z którymi współpracował i nagrywał znaleźli się artyści tej klasy co B.B. King, Eric Clapton, John Scofield czy Herbie Hancock.

A jednak każda kolejna płyta Mayera – czy bardziej popowa, jak „Room for Squares”, czy wyraźnie bluesowa jak znakomite „Continuum” – nosi ślady jego fascynacji muzyką country. Słychać ją w sposobie grania, w klimacie niektórych utworów, w całej muzycznej estetyce tych albumów. Country ma – szczególnie w USA – dość szczególny status: z jednej strony przez wielu muzyków (zwłaszcza „prawdziwych” rockmanów) traktowane jest jako muzyka „gorsza”, bardziej prymitywna, przeznaczona dla prostego, niewyrobionego artystycznie odbiorcy; z drugiej – nie da się ukryć, że stanowi (obok bluesa) bazę, podstawę całej amerykańskiej muzyki popularnej. Najwięksi muzycy – rockowi, bluesowi, jazzowi, alternatywni – maja w swoich repertuarach utwory bezpośrednio lub pośrednio nawiązujące do tej tradycji, a nawet najwięksi krytycy country chylą czoła przed dorobkiem takich artystów jak Johnny Cash, Willie Nelson, Hank Williams czy Kenny Rogers.

 

„Paradise Valley”, najnowsza płyta Johna Mayera, to (podobnie jak poprzednia „Born and Raised”) zdecydowany powrót do korzeni. Cały album utrzymany jest w typowym klimacie country-folkowym – chwilami budzi skojarzenia z twórczością Boba Dylana czy Neila Younga. I choć znajdziemy na nim utwory nieco bardziej popowe (jak sympatyczna ballada „Who You Love” zaśpiewana w duecie z Katy Perry), typowo bluesowe („Call Me the Breeze” z kapitalną gitarą!) czy utrzymane w stylistyce rhythm and bluesa („Wildfire”, w którym Mayerowi towarzyszy Frank Ocean), to całość nie pozostawia wątpliwości – to jest country. Country w najlepszym wydaniu.