Sprawy ostateczne

(133 - listopad - grudzień 2004)

Płacz i radość

Wojciech Gałązka

Kiedy umierała moja mama, trzymałem ją za rękę i modliliśmy się na różańcu razem z nią, ojcem i moją żoną. Wiedziałem, że również moi przyjaciele, w swoich domach, modlą się za nią, aby w ostatniej próbie nie zgubiła się w drodze do Ojca.

Gdzieś w połowie odeszła po cichu i bez słowa.

Bardzo wtedy chciałem, aby po drugiej stronie było prawdziwe życie, bo tutaj nigdy więcej się nie spotkamy. Smutek… i pusto. Coś ściągało mi serce do żołądka… ostatnio bardzo cierpiała i wyglądała ukojenia w śmierci, mówiła nam o niej, ale kiedy ta nadeszła, wydała mi się nierealna i bez sensu. Jeszcze minutę wcześniej żyła. Ostatnia myśl, że może zaraz otworzy oczy. To bez sensu… nie zdążyłem powiedzieć tylu rzeczy swojej mamie. Nie wiem czy miała świadomość, że zawdzięczałem jej podwaliny swojego chrześcijaństwa; relacji do świętych w niebie, bliskości Matki Bożej i świadomości Boga w moim życiu. Teraz znalazła się tam, gdzie ja nigdy nie byłem i wierzę tylko, że ten świat istnieje.

— A co jeśli cała moja wiara jest tylko moim wymysłem? — gdzieś z tyłu głowy ktoś próbował straszyć mnie wątpliwościami. Teraz stały się bardziej realne i bardziej bolesne.

Nie mogę z nią iść… odprowadzić do pociągu, którym odjedzie…

Pamiętam jak kilkanaście lat temu odprowadzaliśmy ją do samolotu, kiedy odlatywała na rok za granicę. Wiedziałem, że wróci, ale właśnie wtedy czułem się tak, jakby umierała. Świadomość spotkania za rok była niewielką pociechą. Dostęp do telefonów był mocno ograniczony, a listy szły po kilka tygodni. Wiedziałem że żyje, ale była za daleko i nie było jej przy mnie. To był najdłuższy i najsmutniejszy rok tęsknoty i wyczekiwania na spotkanie w moim dziecięcym życiu…

Teraz przypomniałem sobie ten sam ucisk w brzuchu i odrętwienie w oczekiwaniu nie wiadomo na co. Dla mojej mamy zaczęła się nowa podróż, ale dla nas zaczął się smutek i tęsknota za nią.

Swego czasu bardzo dużo wyjeżdżałem i początek drogi w „nieznane”, z mapą lub atlasem zawsze przepajał mnie tajemnicą i przynaglał do drogi. Dla chrześcijanina śmierć jest wprawdzie przejściem do nowego życia — ale to moja śmierć będzie dla mnie wielką wędrówką do nowego życia. Śmierć kogoś bliskiego jest JEGO podróżą… ja mogę się za niego modlić, ale dla mojego życia oznacza jedynie rozstanie i tęsknotę na kilka, kilkanaście lub kilkadziesiąt lat. Ziemskie rozstanie jest tylko czasowe… ale trwa lata, a to powód do płaczu, żałoby i tęsknoty. Najgorszym wspomnieniem był zawsze dla mnie odjazd pociągu z przyjaciółmi, na który ja nie zdążyłem.

Jeśli wierzę w życie wieczne, to moja mama właśnie zaczęła swoją najpiękniejszą wędrówkę, a ja zobaczyłem tylko jak odjeżdża… Mimo to coś ściska mnie w dołku gdy o tym pomyślę, bo wierzę, że żyje w niebie i na pewno jest szczęśliwa, ale wśród nas jest po niej puste miejsce…

Moja żałoba to moja tęsknota za bliskimi. Gdy wyjeżdżają na krótko, tęsknota jest mniejsza, ale jeśli odchodzą do nieba i rozstajemy się na wiele lat… tęsknię i jest mi smutno.

Nie potrafię racjonalizować sobie śmierci. To jak najczulsze pożegnanie, z którym nie mogę zdążyć. Pół roku po naszym ślubie zmarł nagle tata mojej żony, nawet nie zdążyliśmy się pożegnać, a tak uwielbialiśmy spędzać wieczory na rozmowach… Mam nadzieję i chrześcijańską pewność, że spotkamy się w niebie, ale dziś brakuje nam jego rady, uśmiechu i rozmowy.

Pierwszy raz usłyszałem od o Aniołach od swojej mamy i właśnie w święto Aniołów Stróżów odeszła, jakby odprowadzona ich orszakiem… Anielski orszak niech twą duszę przyjmie, wysoko wzniesie na wyżyny nieba….
A my tu zostaniemy jeszcze…

Ale jeśli ze śmiercią gaśnie się jak żarówka… jeśli umieramy jak zwierzęta i nasze abstrakcyjne myślenie i wolna wola nie oznacza nieśmiertelnej duszy? — to człowiek byłby najpodlejszym szyderstwem ewolucji natury…

Gdy nachodziły mnie takie myśli, bardzo modliłem się do Pana Boga, aby był prawdziwy i aby Jego świat był prawdziwy. Nigdy nie miałem pretensji o zło świata do Pana Boga, ale wraz ze śmiercią najbliższych, doświadczyłem opuszczenia. Chciało mi się wołać „Boże mój Boże czemuś mnie opuścił”. Doświadczenie czułości Boga, który kocha przemieszało się ze skargą na niesprawiedliwą rzeczywistość. Z wątpliwościami i strachem, że moja wiara to nie wiedza i że wierzę w życie wieczne, ale nie widziałem i nie dotknąłem — i nie wiem… Tak myślę, że w czas śmierci bliskich diabeł potraja wysiłki, aby mieszać mi w głowie. Bo wiara jest zaufaniem. Wiara jest darem i wtedy, gdy ogarnęły mnie wątpliwości, zacząłem się modlić o wiarę.

Przypomniał mi się płaczący Pan Jezus, nad grobem swojego przyjaciela — Łazarza.

„Gdy więc Jezus ujrzał jak płakała ona i Żydzi, którzy razem z nią przyszli, wzruszył się w duchu…” Pomimo swej boskości i udziale w całej mocy zmartwychwstania, współuczestniczy w bólu bliskich. To wyjątkowo wzruszająca scena, pełna czułości, miłości i więzi rozdzielonych przez śmierć.

— Gdy się rodziłeś wszyscy się cieszyli, a ty płakałeś. Tak żyj, aby kiedy będziesz umierał wszyscy płakali, a ty żebyś się cieszył — powiedział mi ktoś kiedyś…

— Jeśli śmierć jest przejściem do życia wiecznego, to nie ma co płakać — pomyślałem wtedy.

Płakać należałoby, gdyby po śmierci pustka i nicość beznadziejnie gasiła wszystko.

Dziś zrozumiałem, że PRZEDE WSZYSTKIM ludzie płaczą z tęsknoty i żalu po rozstaniu z ukochanym przyjacielem — nie z beznadziei na przyszłość.

Z beznadziei łatwiej przeklina się rzeczywistość niż płacze. Żałoba jest wyrazem czułości i płaczem osamotnionego.

„A Jezus ponownie, okazując głębokie wzruszenie, przyszedł do grobu”. Jezus uczestniczy w bólu rozstania i właśnie w tym bólu udowadnia istnienie ciągłości życia i władzy nad śmiercią jako PRZEJŚCIEM, a nie końcem życia, które zmienia się, ale się nie kończy…

Jakby odpowiedzią na smutek jest: „Ojcze, dziękuję Ci żeś mnie wysłuchał…” „Ja wiedziałem, że mnie zawsze wysłuchujesz…” — bo w ból tęsknoty mogłem włożyć nadzieję.

– i dziś mogę powiedzieć: Panie, gdy Ty tam będziesz, moja miłość nie umrze…

Pan Bóg właśnie w tej chwili pokazuje śmierć jako przejście, a nie koniec. Udowadnia swoją władzę nad nią, bo rozumie wątpliwości i strach, które opadają w samotności człowieka.

— „Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. WIERZYSZ W TO? — Pyta bardziej opanowaną Martę.

— „Tak, Panie! Ja mocno wierzę, żeś Ty jest Mesjasz” — nie wiem co chcesz powiedzieć ale ufam Ci – oddaje mu swoje życie Marta

A zapłakaną Marię pyta po prostu: — „Gdzieś go położyliście?”

— „Panie, chodź i zobacz!” – przytul mnie i bądź ze mną w mym bólu i cierpieniu.

„Jezus zapłakał…” Oto jak ich miłował…

Małe dziecko spędza dziewięć miesięcy wewnątrz niewielkiego worka wypełnionego cieczą. Pokarm i tlen dostarczany jest pępowiną, słyszy bicie swego serca i obok — bicie serca najbliższej mu w tej chwili osoby, którą wprawdzie wyczuwa i wierzy w jej obecność, ale nie widzi i niedokładnie wie skąd dochodzi głos. Słyszy pewne odgłosy ze świata poza workiem, ale bardziej wyczuwa jego obecność niż poznaje piękno świata poza obecnym miejscem swego przebywania. Dopiero po przejściu — po bólu narodzin — rozpozna znajomy głos, jako głos matki — zobaczy ją twarzą w twarz. Pozna świat takim jaki jest naprawdę, a jakiego nie oddały mu żadne wcześniejsze dźwięki, będące tylko niejasnym odbiciem prawdziwego świata. Przez dziewięć miesięcy przygotowywał się na spotkanie z fizycznością, ale dopiero teraz nauczy się wszystkiego.

Strach przed przejściem do kolejnego etapu życia, ból opuszczania swojego małego świata słychać w głośnym płaczu. Ale taka jest natura życia człowieka Źle, jeśli dziecko nie płacze, nie zachłystuje się powietrzem — bo choć życie człowieka w tym momencie zmienia się, ale się nie kończy…

Dopiero teraz człowiek pozna dlaczego posiadał ręce, nogi, oczy, usta — zupełnie nieprzydatne w życiu płodowym. Może nieraz przyglądał się swoim kończynom, zakończonym dziwnymi pięcioma wyrostkami, zadając sobie pytanie, kto i dlaczego tak go wyposażył.

Dziś mija nasze kolejne, tym razem kilkadziesiąt lat spędzane na ziemi. Wiem już po co Ktoś wyposażył mnie w moje ciało. Nauczyłem się swojej cielesności i zaczynam radzić sobie jakoś w moim świecie. Czasem jednak, być może, zastanawiam się po co mam tak głębokie, wewnętrzne, pragnienie zatopienia w poznaniu miłości, czułości, pokoju i zrozumieniu, skoro ciągle są to niezaspokojone pragnienia i niezaspokojone będzie moje pragnące nieskończoności i nieśmiertelności serce — aż do śmierci .

Miałem dziewięć miesięcy, aby moje ciało rozwinęło się i przygotowało się do życia w świecie materii — mam teraz kilkadziesiąt lat, aby mój duch się rozwinął i przygotował się do życia w świecie ducha.

Wprawdzie, jak kiedyś w życiu płodowym, słyszę pewne odgłosy ze świata poza workiem mojego zamieszkania, ale bardziej wyczuwam jego obecność niż poznaję piękno świata.

Dopiero śmierć, tak jak poród, jest przejściem, do kolejnego, ostatecznego już etapu — do pełnej formy mego życia, ale na myśl o niej czuję strach i wzruszenie.

Największy strach jest jednak, kiedy dziecko rodzi się za wcześnie. Wtedy wszystkie obawy o bezpieczeństwo są największe a żal po rozstaniu łączy się ze szczególną troską modlitwy – duchowego ratownictwa dusz w czyśćcu cierpiących — z podłączonymi w kroplówkach lekami duszy — w inkubatorach Bożego Miłosierdzia walczą ze śmiercią wieczną, przygotowując się do życia w wieczności.

Pociesza mnie, że jak każdego ojca, narodziny dziecka przyprawiają o strach i wzruszenie, tak Panu Bogu te uczucia też nie są obce i niejeden raz płakał przy śmierci niejednego Łazarza…

Bo skąd uczucia niepewności szczęścia i troskliwej obawy, jeśli nie od wzruszonego swoim stworzeniem Stwórcy — który wie, że zawsze przez wąską bramę wchodzi się na świat, a każde przejście na drugi brzeg będzie niosło smutek i żal rozstania z dotychczasowością.

Zanim dotrę do radości spotkania z Ojcem, wymieszają się wcześniej łzy tęsknoty zostawionych bliskich z radością i wzruszeniem przechodzącego podróżnika.