Rodzice i dzieci

(203 - styczeń - luty 2015)

Planowanie...

świadectwo

Wszyscy naokoło delikatnie sugerowali, że to na pewno „wpadka”. My wiedzieliśmy swoje i cieszyliśmy swoim rodzicielstwem

Chcę się podzielić doświadczeniem, jakie jest udziałem moim i mojej rodziny. Wiem, że nie wolno mi milczeć o tym, co Bóg zdziałał w naszym życiu.

Jesteśmy z mężem nauczycielami naturalnych metod planowania poczęć. Od kogo jak od kogo, ale od nas szczególnie powinno się wymagać, by nasze dzieci były przyjęte bezwarunkowo a nawet korzystnie dla nich i dla nas zaplanowane. Zawsze chcieliśmy mieć albo liczne potomstwo albo rodzinny dom dziecka. Ot, takie pomysły na nasze rodzicielstwo. 

Nasze pierwsze dziecko planowaliśmy zgodnie z wszelkimi prawidłami metody i nic. Kolejny miesiąc… znowu nic. O co chodzi, co z nami jest nie tak? Przecież znamy się na tym świetnie. Trzeci miesiąc… wreszcie test pozytywny. Trochę spokornieliśmy, Pan dał nam pstryczka w nos i pokazał, kto naprawdę jest dawcą życia. W tym czasie dowiaduję się, że całe szczęście, że córcia nie poczęła się miesiąc czy dwa wcześniej, ponieważ w placówce, w której pracuję, do remontu użyto bardzo toksycznego środka chemicznego, o którym nikt nikogo nie powiadomił. Uff, dzięki Panie, że nie dopuściłeś do tego, byśmy poczęli córkę w tym czasie. Mogło by się zdarzyć, że w pierwszym trymestrze chemiczne świństwo doprowadziłoby do uszkodzenia małej w moim łonie. Córcia urodziła się w ósmym miesiącu, ale mimo to poza niewielkimi trudnościami można ją było uznać za zdrową. Zrobiła mamusi prezent i urodziła się całe 30 dni wcześniej, za to w moje urodziny… To się nazywa wyczucie czasu.

Plan na kolejne dzieci był przez nas dość mocno sprecyzowany: dla dobra pierworodnej dobrze byłoby, gdyby różnica wieku wynosiła ok. 3 lat. I tego się trzymaliśmy… do czasu . Córka jeszcze nie raczkowała, gdy w moim sercu zrodziło się ogromne pragnienie, byśmy zaplanowali kolejne nasze dziecko już teraz a nie za 2 lata. To nie zgadzało się z naszym rozsądnym planem, ale było dla mnie tak ważne i silne dążenie, że zapytałam męża co on na to. I mój, praktycznie i logicznie myślący mąż mówi: nie ma sprawy. I podjęliśmy się realizowania naszego „powtórnego rodzicielstwa”. Syn nie począł się w pierwszym planowanym terminie, ale krótko potem. Jego narodziny przypadły dokładnie półtora roku bez czterech dni po urodzeniu córki. Wszyscy naokoło delikatnie sugerowali, że to na pewno „wpadka”. My wiedzieliśmy swoje i cieszyliśmy swoim rodzicielstwem.

Gdzieś po półtora roku zaczęliśmy się zastanawiać nad kolejnym maluchem. Jednak sytuacja „wymknęła się nam spod kontroli” i w krótkim czasie doznałam krwotoku. Od lekarza w szpitalu dowiedziałam się, że jestem chora na raka, mój guz ma wielkość pomarańczy (5x6 cm) i trzeba natychmiast mnie pozbawić nerki z tym łobuzem, bo jeszcze chwila i ściany nerki pękną, rak przerośnie ściankę nerki, rozsieje mi się i nikt nie będzie mógł już mnie uratować. 

Nie wiedziałam, o czym on mówi – jaki guz, dlaczego chcą mnie pozbawić nerki? Przecież ja chcę planować dziecko! W dwa tygodnie było po wszystkim. Wróciłam do moich maluchów (3 lata i 1,5 roczku) do domu, obolała, trochę rozżalona. Tym bardziej, że lekarz bardzo dobitnie wyraził się, że raczej kolejnych dzieci mieć nie powinniśmy. Nie rozumiałam, dlaczego mnie to spotkało. Do czasu… gdy Bóg z całą siłą pokazał mi logikę ostatnich wydarzeń. I z przerażeniem zobaczyłam, że Bóg wlał w moje serce potrzebę poczęcia nowego życia wcześniej niż planowaliśmy i syn urodził się półtora roku przed planem, bo Pan chciał, żeby w ogóle się urodził i zamieszkał z nami. Gdybyśmy sztywno trzymali się naszych zamierzeń, synka w ogóle by nie było, albo mogłoby się okazać że trzeba byłoby wybierać w czasie trwania ciąży: on czy ja…

Gdy dziś o tym myślimy, nie mamy wątpliwości, że planowanie, owszem jest potrzebne, ale zawsze trzeba zostawić Panu Bogu możliwość złożenia aneksu, możliwość korekty. On widzi więcej, dalej, kocha mocniej i nie chce nas skrzywdzić. Nawet metody kazał nam się nauczyć po to, by teraz, gdy nie powinniśmy mieć więcej dzieci, razem mogli żyć bez lęku i w zgodzie z Jego prawami, jakie we mnie wpisał. 

A poza tym, chyba nie raz ma niezły „ubaw”, gdy słyszy o naszych zamierzeniach i planach. 

Ja już wiem, jeśli coś mocno mnie porusza, wchodzi w serducho i nie chce odejść, to czym prędzej biegnę do Niego i pytam czy to jego wołanie… Jeśli tak, to staram się być posłuszna… i nieźle na tym wychodzę. I za to chwała Panu. 

I co z tym planowaniem dzieci…?

Monika