Ten obcy

(223 - wrzesień - październik 2018)

z cyklu "Perły liturgii"

Początek spotkania

Jan Buczyński

Gdyby spytać przeciętnego wiernego: co rozpoczyna mszę świętą? – odpowiedź byłaby pewnie w większości jedna: znak krzyża i słowa W imię Ojca…; ewentualnie na drugim miejscu znalazłby się może dźwięk sygnaturki (dzwonka przy zakrystii). Prawidłowa jest jednak inna odpowiedź: liturgię mszalną rozpoczyna śpiew na wejście. Spóźnialscy nie wiedzą, co tracą.

Według Ogólnego Wprowadzenia do Mszału Rzymskiego śpiew na wejście ma rozpocząć akcję liturgiczną, pogłębić jedność zgromadzonych, wprowadzić ich myśli w misterium okresu liturgicznego lub obchodu świątecznego oraz towarzyszyć procesji kapłana i asysty (OWMR 25). Dzwonek sygnaturki informuje jedynie, że rozpoczęła się procesja kapłana do ołtarza, natomiast znak krzyża to tylko początek dialogu celebransa z wiernymi. A więc to nie kapłan rozpoczyna Mszę św. – ale wszyscy wierni, śpiewając pieśń, która może zacząć się nawet przed procesją do ołtarza! Dlatego nie można być biernym widzem i słuchaczem, ale należy włączyć się (wedle swoich możliwości) w ten śpiew – inaczej zrezygnujemy z niesamowicie zaszczytnej roli: rozpoczynania Eucharystii.

Skoro śpiew na wejście ma pogłębić jedność zgromadzonych, to powinien być wszystkim znany oraz odpowiednio długi. Niestety, często kończy się na jednej zwrotce – wtedy o pogłębieniu jakiejś jedności można tylko pomarzyć. Tymczasem każdy wspólny śpiew łączy i rzeczywiście zbliża ludzi do siebie – ale musi odpowiednio trwać (nie mówiąc już o zaangażowaniu uczestników). Najprostszy przykład, pozaliturgiczny: wspólne śpiewanie hymnu na stadionie albo Sto lat na początku wesela. W takich zgromadzeniach wręcz dziwnie wygląda ktoś, kto nie włącza się w taki śpiew. Natomiast na Eucharystii śpiewamy, żeby wyrazić jedno serce i jednego ducha, nie być w przypadkowym tłumie anonimowych ludzi, ale we wspólnocie braci i sióstr, dążących do jednego, wspólnego celu, spotykających się w poczuciu święta i radości ze swoim Bogiem.

Czasami zdarza się (szczególnie w mszach uroczystych), że liturgii towarzyszy śpiew chóru, scholii albo innego zespołu muzycznego: wtedy wykonuje on pieśń jakby reprezentując, zastępujących pozostałych wiernych. Słuchanie w takim wypadku śpiewającego chóru jest równie ważne, jak samodzielne śpiewanie – wówczas jak najbardziej również uczestniczymy, jesteśmy obecni, wchodzimy w Tajemnicę.

Jednak najistotniejsza według mnie funkcja śpiewu na wejście, to bycie swoistą uwerturą, a więc wprowadzanie w tajemnicę przeżywanego dnia. Pieśń musi się treściowo zgadzać przede wszystkim z introitem (antyfoną na wejście) z formularza mszalnego (który zastępuje), a także z innymi częściami danej mszy, z okresem liturgicznym, czytaniami itp. W tej materii pojawia się też najwięcej błędów, typu: śpiew na wejście pieśni maryjnej, podczas gdy formularz mszalny nie jest o Najświętszej Maryi Pannie ani nie ma tego dnia żadnego święta czy wspomnienia. Niektórym się wydaje, że na początku można zaśpiewać cokolwiek – tymczasem jest to najważniejszy śpiew w całej mszy; źle dobrany może już na samym początku ustawić liturgię w złym świetle, wypaczyć jej myśl przewodnią, błędnie ustawić skojarzenia wiernych.

Ostatnią funkcją śpiewu na wejście jest towarzyszenie procesji kapłana i asysty do ołtarza. Może się niektórym wydawać, że taka procesja jest wyłącznie podczas uroczystych liturgii, gdy przez cały kościół kroczy kadzidło, świece, krzyż i cała gwardia mężczyzn ubranych w przeróżne stroje. Otóż nie: procesja wejścia jest w czasie każdej mszy – nawet jeśli składa się z samego księdza (bez choćby jednego ministranta), a do pokonania ma nie więcej niż kilka metrów, dzielących drzwi zakrystii od ołtarza. W każdym razie zawsze (poza mszą recytowaną) towarzyszy jej śpiew, ewentualnie odczytanie antyfony. Wyobraźmy sobie jakąkolwiek procesję (zwłaszcza uroczystą) bez śpiewu: byłoby to sztuczne, puste, z pewnym brakiem – jedynym takim przypadkiem jest Wielki Piątek i procesja w ciszy, ale to zupełny wyjątek, rządzący się swoimi prawami. Śpiew ożywia procesję, nadaje jej pewien charakter – najlepiej, gdy jest on w pewien sposób dostojny, nie za szybki, porządkujący rytm nie tylko muzyki, ale wszystkiego wokół, uspokajający, naprowadzający wszystkich na liturgię. 

Śpiew na wejście – niby nic takiego, a jak wielkie znaczenie się w niej mieści! Początek każdego wydarzenia jest zawsze bardzo ważny, co dopiero, gdy mówimy o Eucharystii, najważniejszym wydarzeniu na ziemi. Rozpoczęcie wspólnego spotkania z Bogiem nie może być byle jakie, niezauważone, przypadkowe – musi pociągać, zachęcać, zapraszać dalej. Dlatego nie miał racji pewien ksiądz, który na kazaniu stwierdził, że jeśli ktoś nie zdąży na znak krzyża rozpoczynający mszę świętą, popełnia poważny grzech zaniedbania i powinien to wyznać w konfesjonale – dotarcie na znak krzyża to już spóźnienie, msza trwa od jakiegoś czasu.