Pytania o Kościół

(230 - styczeń - luty 2020)

Poza Kościołem?

ks. Krzysztof Mierzejewski

Niewłaściwe jest zarówno pozostawanie z dala od wspólnoty wierzących, jak i formalne trwanie w jej centrum bez osobistego zaangażowania

Kręgi przynależności do Kościoła

To nowe podejście nie mogło jednak być zaprzeczeniem samej doktryny. Można powiedzieć, że ojcowie soborowi szukali sprawnego połączenia dwóch tematów: starożytnej zasady Cypriana oraz przekonania, że osoby znajdujące się poza widzialnymi strukturami Kościoła katolickiego mogą osiągnąć zbawienie. Owe połączenie nie stanowiło jedynej i najważniejszej myśli całego Soboru, dlatego też Ojcowie nie udzielili ostatecznej odpowiedzi. W Konstytucji dogmatycznej o Kościele „Lumen gentium” znajdziemy odpowiedź częściową: Sobór mówi, że w pełni do Kościoła należą członkowie Kościoła katolickiego, trwający w jedności z następcą Piotra, ponadto – co stanowi ogromny krok naprzód – do Kościoła należą także tzw. bracia odłączeni, a więc ochrzczeni, wierzący w Jezusa, należący do wspólnot prawosławnych czy protestanckich. O niechrześcijanach – wyznawcach judaizmu, islamu, dalej innych religii Konstytucja mówi, że są do Kościoła jakoś przyporządkowani. Takie stwierdzenie pozostawia duże pole, na którym wyrosły rozmaite interpretacje.

Jedną z nich były tzw. kręgi przynależności do Kościoła. Teza, którą graficznie można było oddać właśnie za pomocą kilku mniejszych okręgów wpisanych w jeden duży, który w domyśle oznaczał cały rodzaj ludzki. Jak łatwo się domyślić, centralny okrąg symbolizował Kościół katolicki z papieżem na czele, dalej wspólnoty prawosławne i protestanckie – i do tej pory nie widać rozbieżności z myślą wyrażoną przez Sobór. Kolejne kręgi oznaczały najpierw wyznawców judaizmu, potem islamu, w końcu wyznawców innych religii i osoby niewierzące. Takie ujęcie zaznacza wprawdzie pewne pierwszeństwo chrześcijan w porządku łaski, jednak stwarza błędne przekonanie, jakoby osoby niewierzące w Chrystusa należały do Kościoła. Pozornie takie przekonanie wyjaśnia możliwość zbawienia każdego człowieka, co jest zgodne z wolą zbawczą samego Boga, ale zauważmy, że Sobór nie mówi o przynależności do Kościoła niechrześcijan, jedynie o jakimś przyporządkowaniu. 

Zanim czytelnik stwierdzi, że powyższe rozważania mają charakter wyłącznie akademicki, warto przyjrzeć się konsekwencjom, jakie wynikły z rozpowszechnienia teorii o kręgach przynależności do Kościoła. Najważniejszą z nich był dostrzegalny regres działalności misyjnej Kościoła. Skoro wszyscy ludzie jakoś należą do wspólnoty wierzących, wszyscy mogą być zbawieni, to podstawowy sens misji został poważnie uszczuplony, jeśli nie całkowicie zaprzepaszczony. Upraszczając: po co realizować wielki nakaz misyjny Chrystusa, skoro każdy człowiek może osiągnąć zbawienie nie należąc do Kościoła widzialnego, więcej, nie wierząc w samego Jezusa? 

Dla uczciwości trzeba zaznaczyć, że konsekwencją pozytywną tej samej teorii było zakwestionowanie chrześcijańskiego prozelityzmu: po Soborze katolicy w dużej mierze zaprzestali „nawracania” prawosławnych i protestantów w przekonaniu, że choć w sposób niepełny, jednak należą oni do tego samego Kościoła Chrystusa. To z kolei stworzyło odpowiednie warunki do prowadzenia dialogu ekumenicznego. Z drugiej jednak strony, rozszerzanie tych samych zasad na wyznawców innych religii, a zwłaszcza na osoby niewierzące jest zaprzepaszczeniem ewangelicznego nakazu i pierwszą drogą do pluralizmu religijnego – przekonania, że wszystkie religie są sobie równe i w równy sposób otwierają dla swoich wyznawców drogę do odkrycia prawdy i osiągnięcia zbawienia.

 

To tylko fragment artykułu, całość w drukowanym Wieczerniku.