Ekumenizm

(207 - październik - grudzień 2015)

Prawosławny katolik

świadectwo

Wydawałoby się, że przeprowadzając się do Poznania i opuszczając środowiska z natury rzeczy wielowyznaniowe, nie będę miał styczności z ekumenią

Tak to jest w naszym kraju pewnie jest, że jak się mieszka w strefie przygranicznej, to jest się skazanym na ekumenizm. W naszym zrujnowanym kościele mariackim w Chojnie przy granicy z Niemcami przeżywałem więc coroczne spotkania ekumeniczne z udziałem biskupa katolickiego i ewangelickiego z dwóch stron Odry, ekumeniczne drogi krzyżowe. Zawsze tylko się zastanawiałem, dlaczego najlepsze kazania (a właściwie homilie) głosili ewangelicy? Później studiując na międzynarodowym uniwersytecie we Frankfurcie nad Odrą nie sposób było nie zetknąć ze wszystkimi wyznaniami, nie mówiąc już o innych religiach. Na studiach byli duszpasterze katoliccy, ewangeliccy i prawosławni. Były wspólne modlitwy, działania, imprezy towarzyskie. 

Dzięki wzrastaniu w takim otoczeniu nie czułem nigdy jakoś wielkiego problemu z tym, że jesteśmy podzieleni (a czy właściwie jesteśmy podzieleni?) We wszystkich tych spotkaniach jedność w modlitwie była odczuwalna, a nikt nie dyskutował o tych drażliwych kwestiach, które interesują przede wszystkim teologów. 

Wydawałoby się, że przeprowadzając się do Poznania i opuszczając środowiska z natury rzeczy wielowyznaniowe, nie będę miał styczności z ekumenią. A jednak Pan Bóg zrobił mi niespodziankę. 

Ze względu na amatorskie zainteresowania muzyką, zawsze pociągała mnie muzyka cerkiewna ze swoja prostą, ale jakże dźwięczną harmonią, w którą można było się zatopić całym sobą. Prawie już dziesięć lat temu z przyszłą żoną trafiliśmy na zaproszenie na nieszpory prawosławne do cerkwi w Poznaniu (a to w Poznaniu jest cerkiew?) Trochę inaczej sobie wyobrażałem cerkiew (obrazy wielkich rosyjskich cerkwi pozostają w głowie), ale można poczuć się jak w domu. Chór śpiewał, nawet się zdziwiłem, że tak wielu prawosławnych jest w mieście. Największe zdziwienie ogarnęło nas na widok dyrygenta, bo był nim organista z kościoła św. Marcina, do którego codziennie chodziliśmy. Nawet zaczęliśmy się zastanawiać czy jest on katolikiem, który kieruje prawosławnym chórem czy prawosławnym, który gra na katolickich mszach ? Bo gra na organach w kościele najlepiej ze znanych mi organistów, a do tego dobiera pieśni liturgiczne wprost idealnie. No a po starocerkiewnosłowiańskiu to nawija z szybkością karabinu maszynowego bez zająknięcia. 

Po jakimś czasie zacząłem służyć na mszy w św. Marcinie i Miłosz (bo tak ma na imię organista) zapytał od razu, czy nie chciałbym pośpiewać w chórze prawosławnym. Kto by nie chciał pośpiewać ze dwadzieścia razy pod rząd Gospodi pomiłuj! Zawsze wiedziałem, że pan Bóg wie najlepiej, jakie są nasze marzenia. Okazało się, ze 90 procent śpiewaków łącznie z dyrygentem to katolicy z pasją śpiewania cerkiewnych pieśni. No i ze trzeba się nauczyć cyrylicy, bo słowa pod nutami nie są transponowane fonetycznie na polski. I już wiedziałem, dlaczego jako ostatni rocznik w mojej szkole podstawowej miałem jako język obcy przez cztery lata rosyjski. Łatwiej też zrozumieć, co się śpiewa, choć i tak czuje się o czym. 

A ze śpiewem tak jakoś już mam, że właśnie muzyka cerkiewna i wielogłosowe śpiewy dominikańskie wypełniają mnie całego, zaczynają krążyć w krwioobiegu i zaczynają żyć i śpiewać całym moim ciałem, całym moim jestestwem i pozwalają dotknąć Niewidzialnego. I tak to stałem się prawosławnym katolikiem.

Paweł