Cierpienie

(149 - luty - marzec 2007)

Prorok, który cierpiał

Karol Madaj

Ziemskie życie Jeremiasza było w jego odczuciu pod każdym względem zmarnowane

Niech Jahwe podniesie z upadku" - tak można przetłumaczyć imię Jeremiasza. Życzenie zawarte w imieniu nie spełniło się jednak za życia proroka. Na ziemi doświadczył on bowiem mnóstwa cierpień i nic nie wskazuje na to, by umarł w szczęściu. Mimo iż był wierny Bogu, jego życie było zaprzeczeniem słów Psalmu 128: był nieszczęśliwy i wiodło mu się beznadziejnie, nie miał żony i nie mógł się cieszyć ze swoich dzieci. Bóg mu nie błogosławił. W swoim życiu prorok musiał oglądać klęskę bliskiej jego sercu Jerozolimy. Nie doczekał się też tego, czego tak bardzo pragnął: pokoju w Izraelu. Hiobowi Bóg przynajmniej wynagrodził jego cierpienia w dwójnasób... Tymczasem ziemskie życie Jeremiasza było w jego odczuciu pod każdym względem zmarnowane (Jr 20,14) i szczerze mógł modlić się słowami Psalmu 88.

Kim był najbardziej doświadczony z proroków? Za co cierpiał ten, który w tak przejmujący sposób wykrzykiwał Bogu swój ból?   W jakich czasach i układach politycznych przyszło mu głosić Słowo Boże? Na te pytania postaramy się odpowiedzieć, przyglądając się tej tragicznej postaci.

     Jeremiasz pochodził z prowincjonalnej rodziny kapłańskiej. Nic nie wskazuje na to, by syn Chilkiasza sprawował kiedykolwiek funkcję kapłana. Być może nie zdążył, gdyż gdy był zaledwie młodzieńcem (mógł mieć dwadzieścia parę lat), kiedy Bóg powołał go na proroka (Jr
1,5-10). Jeremiasz, podobnie jak Mojżesz (Wj 4,10), niechętnie przyjął swoje powołanie. Zupełnie jakby przeczuwał, co niesie ono ze sobą. Bóg jednak zapewnił go o swojej pomocy (Jr 1,8.19; 20,11) i dał mu nie tylko ducha przemawiania (1,9), ale także władzę niszczenia i budowania (1,10). Odtąd słowa Jeremiasza będą młotem walącym w twarde serca Ludu Wybranego (Jr 23,29, por Oz 6,5).

Jeremiaszowi przyszło żyć w bardzo ciężkich czasach. Dookoła ciągle toczyły się wojny, królowie zmieniali się często, a lud i dostojnicy mieli swoją własną wizję przeprowadzenia Izraela przez zawirowania historii. Przyjrzyjmy się przez chwilę tej politycznej zawierusze:

 W roku 626 p.n.e. gdy Jeremiasz został prorokiem, królestwem Judzkim, skrawkiem potężnego niegdyś państwa Salomona (obszar pokoleń północnych sto lat wcześniej został zagrabiony przez Asyrię), rządził małoletni Jozjasz. Przeprowadził on nie tylko reformę religijną, ale i zbuntował się przeciw zwierzchności upadającego imperium asyryjskiego. Zapoczątkowane przez niego dzieło odnowy państwa zostało przerwane, gdy zginął w bitwie z faraonem, który stanął w obronie Asyrii. Z woli Egipcjan królem Judy został religijnie obojętny Joakim.

Jeremiasz, który wcześniej spoglądał życzliwie na reformę Jozjasza (22,15n), teraz musiał z całą stanowczością wystąpić przeciw fałszywemu kultowi promowanemu przez Jojakima. Za swoje nauczanie został wychłostany i zakuty w dyby (20,2). Przez konflikt z monarchą pozbawiono go prawa wstępu do świątyni (36,5), a gdy mimo to nie ustawał w krytyce poczynań króla, ten odpłacił się prorokowi spaleniem zwoju z jego proroctwami (36,23) oraz zmusił go do ucieczki i ukrywania się (36,26).

Prześladujący proroka Jojakim zbuntował się najpierw przeciw Egiptowi, a potem przeciw królowi babilońskiemu Nabuchodonozorowi (który wcześniej pokonał Asyrię i zajął jej miejsce „północnego mocarstwa" zagrażającego Judzie). Gdy na wojnie z Babilonem zginął Jojakim, jego następcą został Jojakin. Ten jednak poddał się Babilończykom (Chaldejczykom) i został deportowany do Babilonu wraz z żydowskimi dostojnikami. Nabuchodonozor nie chciał niszczyć państwa judzkiego i na tronie posadził lojalnego wobec siebie Sedecjasza, który jednak nie miał poparcia ludu. Sedecjasz był człowiekiem pobożnym, ale słabym. Pozbawiony mądrości doradców deportowanych do Babilonu, uległ namowom polityków z frakcji proegipskiej i przystąpił do koalicji przeciw mocarstwu z północy. W odpowiedzi Babilończycy natychmiast wyruszyli przeciw Judzie i oblegli Jerozolimę.

W tym okresie Jeremiasz intensywnie zaangażował się w politykę. Sedecjasz był mu przychylny, prorok mógł więc znów bez przeszkód pełnić swoją misję ratowania żydowskiego państwa i religii. Zdaniem Bożego posłańca, Jerozolima mogła ocalić się tylko przez poddanie się najeźdźcy. Wzywanie do kapitulacji miasta zostało przez mieszkańców odczytane jako zdrada, za którą Jeremiasz został uwięziony (37,11-16), a następnie skazany na śmierć przez utopienie w błocie
(38,1-6). Z cysterny uratował go jednak obcokrajowiec i prorok na powrót znalazł się w areszcie (38,7-13).

Gdy w lipcu 586 roku Babilończycy przedarli się przez mury Jerozolimy, jej los był przesądzony. Świątynia została spalona, a miasto zburzone. Większość ludności deportowano do Babilonu („niewola babilońska"), a nad niedobitkami w Judzie ustanowiono zarządcą Godoliasza. Jeremiaszowi dano wybór albo udać się do Babilonu i cieszyć się opieką króla, albo pozostać na miejscu z resztką Żydów (40,4). Jeremiasz postanowił czuwać nad życiem religijnym w ruinach Izraela. Przy namiestniku zaczęli zbierać się ludzie gotowi pracować nad odbudową kraju. Niestety wraz z zamachem na Godoliasza (40,1-41,7) prysły resztki nadziei na unormowanie życia państwa. Po krótkiej wojnie domowej niedobitki Judejczyków, w obawie przed zemstą Babilonu, zbiegły pod opiekę faraona, przy okazji zabierając przemocą Jeremiasza (42,1-43,7). Prorok, widząc religijny upadek swojej trzódki, nie ustawał w wykazywaniu grzechów ludu. Jednak i tam opór przeciwko niemu nie słabł (44,16). Prorok do końca przekazywał ludowi wyrocznie Pana, wieszcząc zagładę Żydów w Egipcie (44,27). Śmierć Jeremiasza nie została przez Barucha opisana. Bo i pewnie nie było o czym pisać. Prawdopodobnie zmarł pogrążony w beznadziei, opłakując religijny i państwowy upadek swojego ludu.

Ocierpieniach Jeremiasza dowiadujemy się z relacji jego sekretarza, ale i sam prorok w swojej księdze zamieścił opisy przeżywanych przez siebie duchowych cierpień. W nich właśnie możemy zobaczyć, jak rozpaczał nad klęską Jerozolimy i jej zabitymi synami (4,19;
8,21-23). Jego misja niszczenia (1,10) wcale go nie cieszyła, on wolał budować i pocieszać (por. rozdziały 30-33). Mimo to był przepełniony gniewem Pana (6,11). Ciągłe obwieszczanie ruiny było dla niego przekleństwem. Ludzie szydzili i śmiali się z niego. Słowo Boże było mu niewygodne, paliło jego serce jak ogień, którego nie był w stanie ugasić (20,8n). Jeremiasz buntował się przeciw swojemu powołaniu, nie chciał być prorokiem. Chciał cieszyć się życiem i śmiać z przyjaciółmi (15,17). Pan jednak nie zaakceptował jego buntu przeciw powołaniu i wezwał go do nawrócenia (15,9). Kazał mu być twardym i przygotować się na jeszcze większe cierpienia (12,5). Samotny Jeremiasz trwał więc przy Bogu i przy Jego Słowie. Ono stało się jego jedyną rozkoszą (15,16) i sensem życia. Nawrócony prorok stał się twierdzą nie do zdobycia. (15,20). Pan był przy nim jak potężny niewidoczny wojownik (20,11). Jeremiasz nie złamał się, wytrwał do końca przy swojej wyniszczającej misji.

Trzeba zauważyć, że prorok pozostał wierny, mimo iż nie mógł liczyć na nagrodę po śmierci. Oczywiście jeśli spojrzymy na to przez pryzmat teologii czasów Jeremiasza. Nie było wtedy nauki o zmartwychwstaniu, niebie i odkupieńczej misji Chrystusa. Jeremiasz umierał ze świadomością, że pójdzie do Szeolu i nic dobrego go tam nie spotka. (Ps 88,11-13). Jakie musiało być jego zaskoczenie, gdy Chrystus, zstąpił do otchłani (1 P 3,19) i zaprowadził Jeremiasza prosto do Nowej Jerozolimy (Ap 21). W oczach Jeremiasza jego męka nie miała żadnego znaczenia. Nie przyszedł przecież jeszcze Mesjasz, który nadał sens cierpieniu. Jeremiasz nie mógł świadomie powierzyć swojego krzyża Jezusowi. Zresztą zapewne i tak nie zmieściłoby mu się w głowie, że Bóg będzie cierpieć podobnie jak on (11,19).

Zauważmy jeszcze, że Jeremiasz był prześladowany za rzecz, którą dziś wielu uznałoby za błahą: za poglądy polityczne. Prorok był przekonany, że Bóg, posługując się Nabuchodonozorem, dokona przebudowy stosunków politycznych na świecie, tak że również Żydzi będą poddanymi babilońskiego króla (27,6n). Walka z najeźdźcą była w jego mniemaniu walką ze sługą Boga. Tego niepoprawnego poglądu nacjonaliści Jerozolimy nie zamierzali tolerować. Ich zdaniem wzywanie do kapitulacji i niszczenie ducha walki w narodzie było przestępstwem zasługującym na śmierć.

Jeremiasz nie miał do dyspozycji żadnych spektakularnych znaków, którymi mógłby przekonać do swoich poglądów mieszkańców Jerozolimy. Nie miał, jak Mojżesz, laski zamieniającej się w węża ani innych „magicznych" przedmiotów. W opisywanych przez Barucha cierpieniach Jeremiasza nie ma światła żadnego cudu. Zdaje się, że Bóg nie kieruje wypadkami, nie ma anioła w piecu ognistym, nie ma garnka z nieskończoną ilością mąki ani kruka, który by karmił proroka w lochu. Jeremiasz jest całkowicie bezsilny, wydany na pastwę wrogów, na których nie robi najmniejszego wrażenia. Jego historia nie ma też jakiegoś pomyślnego czy choćby dramatycznego zakończenia. Jeremiasz odchodzi cicho, bez nimbu chwały, być może zapomniany i opuszczony

Można zapytać: co z tego miał? Czy Bóg odpłacił mu w jakikolwiek sposób za jego cierpienie? Współczesny Jeremiaszowi powiedziałby, że nie, że jego życie nie miało sensu, że nic mu się w życiu nie udało. Jeremiasz, tak jak bliższy naszym czasom błogosławiony Karol de Foucauld, zmarł nie widząc żadnych owoców swojego życia. Karol napisał regułę zgromadzenia, do którego nikt nie przystąpił za jego życia, a Jeremiasz napisał księgę, którą nikt się nie przejął. Ziarno zasiane przez obydwu musiało obumrzeć, by wydać plon (por. J 12,24). Nauka Jeremiasza przetrwała, jego dzieło jest częścią Pisma Świętego, drogowskazem dla milionów. Czy Jeremiasz, gdy kawałek po kawałku palono jedyny rękopis jego księgi (36,23), mógł w ogóle marzyć o tylu czytelnikach? Czy prorok mógł mieć świadomość tego, jak wielkie rzeczy zapowiada? Jeremiasz przepowiedział przecież zawarcie nowego przymierza z domem Izraela (Jr 31,33). To Nowe Przymierze, zostało ustanowione przez krew Chrystusa (Łk 22,20). Dzięki Chrystusowi my, poganie, także zostaliśmy wszczepieni do domu Izraela i mamy udział w obiecanych mu błogosławieństwach.

Orygenes w cierpieniu Jeremiasza widział cierpiącego Zbawiciela. Gdy my, podobnie jak współcześni Jeremiaszowi, nic sobie nie robimy z cierpienia proroka i nie żyjemy nakazami Słowa Bożego, przyczyniamy się do cierpienia samego Boga.