ks. Franciszek Blachnicki

(165 - maj - czerwiec 2009)

z cyklu "W szkole animatora"

Przykazanie sympatii?

Ania Lipska

 

I we wspólnocie i na rekolekcjach trafiają się nam czasem osoby, które aż chce się nazwać bratnimi duszami. Sympatyczny ksiądz opiekun, ujmująca nas odpowiedzialna, uczestnicy aż ściskający za serce. No i pięknie. Ale w większej grupie na pewno zdarzy się człowiek, do którego nie poczujemy sympatii. Czasem nawet odrzuca nas od niego, bez powodu. Może przyczyna jest i jest bardzo konkretna - uczestnik nie dbający o higienę, animator zachowujący się nieprzyjemnie, ksiądz który jest niekompetentny, a wcale tego nie widzi... Może osoba upośledzona umysłowo, której się obawiamy i czujemy się przy niej obco? Albo po prostu ktoś, kto nas nie lubi i daje to po sobie poznać. I wtedy... cóż, wtedy my go też nie lubimy, zupełnie odruchowo. Możemy starać się polubić na siłę, ale czy to się uda? I czy tak koniecznie trzeba - lubić każdego?

Nie musimy lubić wszystkich, a już na pewno nie tak samo. Mamy swoich najbliższych, przyjaciół, rodzinę, i dobrze, że są dla nas wyjątkowi, bardziej lubiani. Nie każdy typ osobowości nam odpowiada, nie do każdego serce nas od razu, z łatwością ciągnie. To normalne, naturalne. Nie ma przykazania sympatii, ale... Ale jest przykazanie miłości. I wtedy już wszystko jasne. Nie muszę przepadać za każdym moderatorem, ale do każdego podchodzę w duchu otwartości, życzliwości i posłuszeństwa. Nie muszę lubić wszystkich współanimatorów w diakonii, ani nawet podzielać ich poglądów i stylu, ale do każdego żywię szacunek, współdziałam dla ich dobra, traktuję z miłością - jak siebie samego. I sympatia nie ma tu nic do rzeczy. No, może tyle, że łatwiej mi dbać o tych, których lubię. Ale to tylko ułatwienie dla mnie.

Chyba każdy wie, że postawa „nie będę z nią w grupie, nie wezmę go do swojej grupy, nie będę z nią dzieliła pokoju, nie będę słuchała księdza, nie pomogę członkowi mojej diakonii, nie będę współpracować z odpowiedzialną - bo ich nie lubię” to jakaś koszmarna diabelska pomyłka, skrajna nieodpowiedzialność. Niedojrzałością jest też jawne okazywanie komuś swej antypatii, lub uczuciowy bojkot. Hmm... Czyżbym namawiała do fałszu i dwulicowości? Nie chodzi o to, by być sztucznym, udawać. Chodzi o to, by całkiem świadomie i dobrowolnie pracować nad tą postawą miłości. Bo kochać kogoś, do kogo nie czuję sympatii, nie tylko mogę, ale i w myśl ducha chrześcijańskiego, oraz zasad wspólnoty, powinienem.

Znam takie osoby, które mnie drażnią, ale gdy przychodzą się przytulić nie odpycham ich, tylko obejmuję. Nie dlatego, że „ćwiczę swe cnoty”, ale dlatego, że pragnę dobra tej osoby, mimo że jej nie lubię. Są współanimatorzy, których sposób bycia, poglądy, poczucie humoru są dla mnie odpychające, oburzają mnie nawet. Ale gdy się ze mną witają, uśmiecham się do nich. Budzi to czasem zdziwienie osób, które znają moje odczucia. Ale przecież nie kłamię moim zachowaniem. Moja życzliwość i uśmiech są szczere. Nie mówię nimi „lubię Cię, Twoja obecność jest dla mnie przyjemna”, ale „jestem otwarta na nasz kontakt, chcę być przyjazna, chcę byś czuł się tu dobrze” i to jest prawda. Chcę tę osobę traktować tak samo dobrze, jak tę lubianą. Nie „chce mi się”, ale „chcę”. To swego rodzaju opanowanie emocji, a zdecydowanie się na postawę dojrzałej troski i dbałości o drugiego. I wtedy nie ma znaczenia, jakimi emocjami darzę innego animatora, po prostu pozostaję z nim w jedności, z zaangażowaniem i bez podkopywania go, bez czynienia mu szkody i przykrości.

Jednym z bardziej widocznych we mnie owoców tej postawy jest też wtedy emocjonalne „zwolnienie” innych z „obowiązku” lubienia mnie samej. Choćby w ramach elementarnego poczucia sprawiedliwości nie liczę na to, że moja diakonia, moja grupa, bierzmowani czy inne osoby, do których idę mają mnie lubić. Nie muszą, a ja wcale nie czuję się źle, gdy nie mam ich sympatii. Nie boli mnie to, nie rani, a jednocześnie daje wolność od cudzych opinii i emocji. Bo mogę wtedy w relacji z nimi dbać o pielęgnowanie dobra, a nie rozpaczliwie walczyć o to, by mnie polubili. I cele i motywacja mają szansę być wtedy dobre, nie egocentryczne. Nie musi ksiądz mnie lubić, sama się też czasem nie lubię, więc spokojnie, ale niech mi ksiądz dobrze doradzi. Wiem, że za mną nie przepadasz, i jak chcesz, to nie przepadaj dalej, ale współpracować musimy i to z pełną otwartością i zapałem, z całą pokorą i cichością, z cierpliwością, znosząc siebie nawzajem w miłości... Skąd to było...