Radość Ewangelii

(200 - czerwiec - sierpień 2014)

Spotkanie ze Słowem?

Katarzyna Marta

Czego nie lubię w homiliach

Homilia – przynajmniej w założeniach – stanowi bardzo ważny moment w sprawowanej liturgii. Papież Franciszek pisze o nim, że: „może być rzeczywiście intensywnym i szczęśliwym doświadczeniem Ducha, pokrzepiającym spotkaniem ze Słowem, stałym źródłem odnowy i wzrastania” (Evangelii Gaudium, p. 135). No właśnie: „homilia może być…”, ale nie zawsze (nawet „bardzo rzadko”, żeby nie powiedzieć „prawie wcale”) tym jest.

Czego ja – osobiście – nie lubię w homiliach? Co mi przeszkadza?

Po pierwsze – i najważniejsze – nie lubię jak nie są homilią. Wszelkiego rodzaju kazania i dygresje na tematy „około-religijne” nie są czymś, co stanowi dla mnie całość liturgii eucharystycznej. Wszystko, co – z założenia mówiącego – nie wynika z czytań i okresu liturgicznego jest dla mnie przeszkodą w skupieniu się na tej części Mszy Świętej.

Długość homilii. Mi osobiście nie przeszkadza, jeśli przekracza 10, 15 czy nawet 20 minut. Jednak długie i ciekawe homilie, których zdarza mi się słuchać, to te głoszone na „konkretnej” Mszy Świętej, czyli takiej, której uczestnicy, a przynajmniej ich większość, zdają sobie sprawę z tego, że na tej Mszy tyle to po prostu trwa. Na ogół wtedy pozostałe części Mszy św. są też odpowiednio rozbudowywane – zachowane są więc proporcje.

Często jednak długie homilie powstają kosztem liturgii. Bo przecież można skrócić psalm, wyciąć drugie czytanie, korzystać tylko ze skróconej wersji czytań i ewangelii, nie robić przewidzianych przerw, wyciąć pieśń na uwielbienie i korzystać tylko z drugiej modlitwy eucharystycznej – by stworzyć sobie czas na dwudziestominutową lub dłuższą homilię.

Zdaję sobie sprawę z tego, że nie zawsze i nie do wszystkich (np. małe dzieci) homilia dłuższa niż 15 minut jest wskazana. Jeśli oczywiście nie jest tak, że jestem „zmuszona” się wyłączyć – ale o tym za chwilę.

Bardzo nie lubię, jak homilia nie jest przygotowana. To naprawdę słychać, że głoszący nawet nie przeczytał wcześniej wszystkich czytań. Jak może wtedy zwiastować wiernym Dobrą Nowinę, pomagać im tłumaczyć i zrozumieć – gdy sam nie rozumie np. związku między czytaniami? Duch Święty? On jednak bazuje na naturze. Nie znajduję dla tego żadnego, absolutnie żadnego wytłumaczenia. Kapłan powinien być przygotowany! Za mało czasu? Za dużo zajęć?

 „«Nie jest rzeczą słuszną, abyśmy zaniedbywali słowo Boże, a obsługiwali stoły» – powiedziało Dwunastu, zwoławszy wszystkich uczniów. «Upatrzcież zatem, bracia, siedmiu mężów spośród siebie, cieszących się dobrą sławą, pełnych Ducha i mądrości! Im zlecimy to zadanie. My zaś oddamy się wyłącznie modlitwie i posłudze słowa»” (Dz. 6, 2-4). Koniec w temacie braku czasu! Jeśli chodzi o inne powody, w stylu: „nie wiem” czy „nie potrafię” – zawsze można skorzystać z tego, co już inni napisali, wygłosili! Trzeba oczywiście poświęcić czas, by wybrać to, co chce się przekazać, a i jeszcze – koniecznie pamiętać o tzw. prawach autorskich.

Są sytuacje, które niemal zmuszają mnie do tego, aby wyłączyć swoją uwagę. Np. wtedy, gdy homilię (jeśli w ogóle można, to tak nazwać) zaczyna się słowami: „Nie znam się na tym, ale…”. Po „ale” następuje mini wykład z historii, socjologii, statystyki, biologii, czy jeszcze innej gałęzi nauki, po którym – o ile nawet pobieżnie ktoś się w danym temacie orientuje, to zauważy, że „no, faktycznie się nie zna”. A przecież w kościele na Mszy są historycy, lekarze, matematycy itp. No i jaki mamy efekt? „Skoro myli się w tym, no to co do reszty…” Zresztą są kapłani, który otwarcie się do tego przyznają że pewną wiedzę posiedli na mocy samych święceń…

Są oczywiście księża, którzy znają pewną dziedzinę nauki, bo się tym pasjonują, kształcili w danym kierunku i mają oni pełne prawo korzystać z tej wiedzy podczas homilii. Muszą oni jednak używać tego z rozwagą, aby nie przesłonić przekazu, który płynie ze Słowa Bożego.

Drugi „wyłącznik” mojej uwagi nazwę: „Co tydzień o tym samym”. Doprawdy, nie ważne jak bardzo nie byłaby to istotna kwestia czy praktyka religijna – nie jest ważniejsza niż osoba Jezusa. Przecież nikt z samego słyszenia, że to ważne, nie ubogaci swego życia duchowego, jeśli najpierw nie przyjmie żywego Chrystusa – tylko gdzie ma o Nim usłyszeć?

I na koniec „mówienie do tych lub o tych, których nie ma na Eucharystii”. Rozwijać tego bardziej nie będę, pytam tylko: po co?

Nasuwa mi się jeszcze parę słów o kazaniach/homiliach dla dzieci. Nie wiem jaka jest proporcja (statystycznie) między głoszeniem kazań a homilii dla dzieci. Ale przyznam, że raczej rzadko zdarza mi się słyszeć sformułowanie „homilia dla dzieci”. Wiem tylko, że da się ją wygłosić i to jeszcze tak, że dorośli dużo z niej przyjmą dla siebie.

Tylko jaką tu głosić homilię, jak połowy czytań na tzw. „Mszy dziecięcej” często się nie czyta?

Homilia dla dzieci to też nie jest zejście z mikrofonem z prezbiterium i zwołanie tam wszystkich dzieciaków. To jest raczej przepis na harmider i brak skupienia wśród młodych (i stanowi swego rodzaju przerwę dla dorosłych).

We mnie rodzi się pytanie, dlaczego dzieci mają przyjść bliżej i gromadzić się wokół mikrofonu, a już cała reszta tej Mszy, to „siedźcie sobie na miejscach” – to wskazuje, że to jeden z najważniejszych momentów Eucharystii…

Homilią dla dzieci nie jest także zabawa w „zgadnijcie co mam na myśli” Po co tracić czas na takie zgadywanki? Z moich obserwacji tego typu rozmów z dziećmi w czasie Mszy Świętej – to zazwyczaj nie wychodzi i płynie w różnego rodzaju nieprzewidywalnych kierunkach.

Homilią dla dzieci nie jest zwrócenie się do nich preambułą „Drogie dzieci” a potem używanie takich słów i sformułowań, z którymi co drugi dorosły będzie miał problemy.

Homilią dla dzieci nie jest powtórzenie przez kapłana lub dzieci treści Ewangelii. To w zasadzie mógłby być wstęp. A zdarza się, że jest „przypomnimy sobie i …” koniec. Na zasadzie „dobrze słuchałyście” – no ale co dalej?!

Nie jest też tak, że homilii dla dzieci słuchają tylko te przygotowujące się do Pierwszej Komunii Świętej. Zdarza się tak, że rozmowę prowadzi się tylko z nimi, poziom dostosowuje do drugiej czy trzeciej klasy wzwyż. Tu trochę rozumiem problem, bo ciężko głosić Dobrą Nowinę dzieciom, z którymi nie ma się kontaktu. Dwu-, trzy-, czterolatek to też jest dziecko na Eucharystii. Czasami te maluchy mają chyba być na tej Mszy, żeby „nie przeszkadzać” na innych. A czy głosi się im na niej Jezusa? Wydaje mi się, że można by utworzyć coś w rodzaju rady parafialnej. Taka rada od kazań – nie, że świeccy mają głosić kazania, ale wspomóc kapłana w tym, jak głosić je dzieciom.

Jeszcze garść tego, co uznaję za niedopuszczalne w czasie homilii:

– Uprawianie wszelkiego rodzaju polityki, nagabywań lub manifestów

– Odpytywanie kogokolwiek z czegokolwiek

– Napiętnowanie kogoś (a już skandaliczne jest to, jeśli ten człowiek uczestniczy właśnie w danej Eucharystii)

Z moich obserwacji wynika, że duża część osób uczestniczących w Eucharystii nie za wiele rozumie z tego, co się na niej dzieje Dlaczego więc uważa za najnudniejszą jej część właśnie homilię? Czyli ten czas, w którym powinno im się głosić Jezusa, pomagać zrozumieć, prowadzić? Czy to rzeczywiście taka ignorancja i zeświecczenie ludzi?

 

I drugie moje pytanie. Są kapłani, których homilie się nagrywa, przepisuje, przygotowuje specjalne strony w internecie, gdzie można je pobrać. Ludzie wymieniają się linkami, polecają sobie te, które trafiły do ich serc. Dlaczego jest ich tak mało?