Świeccy w Kościele

(228 - wrzesień - październik 2019)

z cyklu "Dusza mnie pyta"

Stały jak diakon

Błażej Kmieciak

W trakcie ostatniego długiego majowego weekendu wszedłem z moją rodziną do jednego z kościołów w Sandomierzu. Kończyło się właśnie „majowe”. Wierni mieli możliwość przyjęcia Komunii świętej. Okazało się, że mężczyzna, który prowadził nabożeństwo, a następnie rozdzielał Pana Jezusa, nie miał na sobie ani kapy, ani stuły. Wychodząc z świątyni moja najstarsza, nastoletnia córka spytała: „Kim był ten człowiek?” Dostrzegła brak kapłańskich oznak. 

Zaczęliśmy rozmowę, w trakcie której zacząłem głośno się zastanawiać, kim mógł być ów mężczyzna, który na koniec pobłogosławił wszystkich zaczynając od słów „Niech nas błogosławi, broni od wszelkiego zła…” Nie była to zatem forma, której używać może diakon lub kapłan. Kim był zatem ów „szafarz”? Wychodząc przez bramę odgradzającą teren świątyni od ulicy dostrzegliśmy informację, która wiele nam uzmysłowiła. Byliśmy bowiem w kościele należącym do sandomierskiego seminarium duchownego. Prowadzący nabożeństwo mężczyzna w albie był zatem prawdopodobnie klerykiem, zapewne po IV roku studiów, na którym to najczęściej przyszli księża już w sutannach przyjmują posługę akolity. Mógł on zatem śmiało udzielać Komunii, wcześniej prowadząc modlitwy. Nie było również niczym „złym” wypowiedzenie przez niego formuły błogosławieństwa, zapewne znanej chociażby z tekstów brewiarza. Czy jednak podobne działanie mógłby podjąć mężczyzna świecki? Więcej, czy gdyby podobna sytuacja się pojawiła, byłoby w tym coś nagannego? A może od innej strony: czy miejsce świeckich jest przy ołtarzu, czy też „w świecie”?

Opisana powyżej sytuacja zbiegła się z dyskusjami, jakie na terenie łódzkiej archidiecezji rozgorzały po decyzji abp Grzegorza Rysia w kwestii otwarcia Ośrodka Formacji Diakonów Stałych. Wiele dyskusji odbyłem na ten temat, samemu zastanawiając się, czy nie jest to również moja droga. Paradoksalnie to ze strony kałanów spotkałem się z pewną dozą rezerwy w tej kwestii. Rozmawiając z kolei z przyjaciółmi ze wspólnoty mocno zastanawialiśmy się, czy diakonat stały nie jest pomieszaniem powołań: kapłańskiego i małżeńskiego. Diakon może błogosławić związki małżeńskie, ma prawo prowadzić ceremonię pogrzebu, chrzci oraz głosi Ewangelię. W Polsce nie używa się zwrotu „proszę księdza” do stałych diakonów. Nie chodzą oni także pod koloratką: podobno w innych krajach jest już taka praktyka. Są oni jednak z mocy święceń Bożymi szafarzami. To jednak także mężowie, ojcowie, czasem dziadkowie. Jak połączyć obowiązki stanu wynikające z noszenia obrączki oraz stuły przepasanej w bok? 

Nie zamierzam tutaj podważać ani rozeznania Kościoła w kwestii diakonatu, ani decyzji ordynariusza diecezji, na terenie której mieszkam. Młodość tej instytucji sprawia, iż zastanawiam się jedynie czy wykonywanie zadań diakona stałego umieścić trzeba w obszarach pracy duchownego, czy też świeckiego? Monika oraz Marcin Gajdowie w ostatnich tygodniach odnieśli się w jednym ze swoich wpisów do wskazanego tutaj problemu. Marcin jest diakonem stałym na terenie archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej. Stwierdzili, że stan ten pokazuje nam rzeczywistość pośrednią, która znajduje się na styku de facto dwóch światów: świeckiego i kapłańskiego. We Włoszech widać jednak już pewne „przejście”. Kilka miesięcy temu na terenie diecezji rzymskiej wyrażono zgodę, by jedną z parafii kierował właśnie diakon stały, który na plebanii zamieszkał wraz z żoną i czwórką dzieci. Wikariuszem jest tylko jeden prezbiter. Trzech innych duchownych to także diakoni stali. Zapewne dla części osób podobne modyfikacje to nic innego, jak odejście „tylnymi drzwiami” od celibatu prezbiterów.

Diakonat stały został na nowo wprowadzony po Soborze Watykańskim II. Ojcowie soborowi dostrzegli w tej posłudze istotne elementy, kluczowe dla czasów, w których ewangelizacja nie jest już nawracaniem, ale świadectwem. Z całą pewnością diakon mający żonę, dzieci lub wnuki może być aktywnym świadkiem, podobnie, jak kapłan, który w wierności własnym ślubom służy Bogu. Doświadczamy ciekawych czasów, w których możemy obserwować, jak Kościół doświadcza „nowości”, które w istocie swej przypominają o tradycji. Lęk, obawy, pytania, ale także nadzieje są całkowicie naturalne. Żyjemy w okresie w którym szczególnie warto obserwować rzeczywistość Kościoła. Jak to czynić? To proste, z wiarą, nadzieja i miłością.