Kościół szukający drogi

(204 - marzec - kwiecień 2015)

z cyklu "Ze wszystkich narodów"

Stąpać po wężach

rozmowa z Alicją Kajak-Zięba

Afryka – pierwsza miłość?

Tak, od dziecka, od czwartej klasy szkoły podstawowej. Pamiętam dokładnie, na lekcji geografii pani opowiadała o wymierających Pigmejach. Ja już wtedy wiedziałam, że zostanę pielęgniarką i pojadę, aby ich ratować. Nie wiedziałam nawet, w jakim kraju żyją, to nie było ważne, chciałam po prostu jechać, by ratować Pigmejów. To było moje pierwsze zetknięcie się z powołaniem misyjnym. Nie chciałam zostać lekarzem, nie miałam takich planów ani marzeń, wiedziałam też, że nie zostanę siostrą zakonną, ale marzyłam o tym, by zostać pielęgniarką i pojechać na misje. Wiedziałam, że to nie będzie taki sobie wyjazd, ale właśnie wyjazd misyjny. Wiedziałam to już wtedy, w czwartej klasie.

Droga do Afryki

I to marzenie dalej konsekwentnie rozwijałaś czy ono ucichło?

Ani na chwilę nie ucichło, pod koniec podstawówki, kiedy wybierało się profile dla szkoły średniej, wielu rówieśników jeszcze nie wiedziało, co wybrać, a ja byłam zdecydowana na liceum medyczne. Oczywiście, były trudności. Najpierw w domu rodzinnym wszyscy mnie bardzo zniechęcali do zawodu pielęgniarki, zwłaszcza moje siostry. Przez lata musiałam wysłuchiwać argumentów przeciw. 

Najbardziej sensownie trudy tego zawodu ukazywał mi tata, żeby sprawdzić mnie, czy wytrwam w tym postanowieniu. Kiedy ja trwałam uparcie aż do końca podstawówki, wtedy tata pomógł mi dostać się do tego liceum, bo dyrektor nie chciał mnie przyjąć z racji niedowagi, skrzywienia kręgosłupa i marnego zdrowia. Wtedy były takie wymogi. Tato wkroczył, poszedł ze mną do pana dyrektora i dzięki temu mogłam rozpocząć liceum medyczne. Zresztą tata mnie wspierał zawsze. Potem, kiedy już byłam na misjach, to tata mnie podtrzymywał i, jak słyszałam, był bardzo dumny z córki. A pamiętam jeszcze, kiedy byłam mała i ksiądz przychodził na kolędę, to tato mawiał: mam cztery dziewczyny i chciałbym, żeby jedna poszła do zakonu. 

Jak dojrzewało Twoje powołanie?

W moim powołaniu misyjnym nie było żadnej luki. Po liceum medycznym zaczęłam studia teologiczne. Wiedziałam, że na misjach też będę prowadzić katechezę czy katechumenat, bo chciałam pracować w duszpasterstwie. Co ciekawe, miałam cały czas świadomość, że Kościół świeckich na misje nie wysyła. Kończąc V rok teologii nie miałam jeszcze żadnej nadziei, że wyjadę. To był rok 1987. Na początku tego roku Episkopat Polski ogłosił pierwszy nabór na przygotowanie świeckich na misje w Centrum Formacji Misyjnej. To był dla mnie czytelny znak. Wcześniej szłam w ciemno za głosem. Nagle kończę studia i słyszę: nabór, jest nabór! To dawało poczucie, że kroczę dobrą drogę, bo ja właściwie nic nie robiłam, o nic się nie starałam, wszystko samo się działo.

Zewnętrznie tak, ale wewnętrznie – nie miałaś obaw, czy to wszystko się uda? 

Był jeden taki moment. Miałam znajomego jezuitę, ojca Czesława Białka. On mnie popchnął na studia teologiczne. Chciał mnie wysłać na jezuicką misję do Zambii, tam była potrzebna katechetka. Ja byłam posłuszna, jednak po pierwszym roku studiów teologicznych ojciec Białek zmarł. A ja nikogo więcej wśród jezuitów nie znałam. To kto mnie teraz wyśle na misje? Ojciec Białek nikomu mnie nie przedstawił, nikt nic nie wie. To był taki moment, kiedy się trochę zachwiałam. Ale studia teologiczne bardzo mnie wciągnęły, bardzo mi się podobały. Żyłam nimi, nie myślałam o tym, co będzie później.

A jak wspominasz ten rok przygotowań w Centrum Formacji Misyjnej?

Uważam, że bardzo dobre miejsce na przygotowanie do wyjazdu misyjnego przede wszystkim ze względu na uczenie się współpracy osób świeckich z duchownymi i konsekrowanymi. Tworzyły się wtedy relacje, poznawaliśmy się, pomagaliśmy sobie nawzajem. To dawało poczucie bezpieczeństwa, że kiedy wyjedziemy na misje, też nie będziemy sami, zawsze będzie jakieś wsparcie. Tu w Warszawie w pewien sposób sprawdziliśmy się. Te relacje pozostały do dzisiaj. Mamy taki zwyczaj, że kiedy przyjeżdżamy na urlopy, to raz w roku organizujemy spotkanie naszego rocznika.

Czy tam podjęłaś decyzję o konkretnym kraju?

Nie, ta decyzja przyszła odgórnie. Wtedy, w roku 1987, świeccy byli przyjmowani do CFM tylko na zaproszenie biskupa misyjnego. Jeśli przyszło takie zaproszenie, to zgłaszające się osoby były przyjmowane. Mnie przyjęli, bo przyszło zaproszenie od biskupa z Kamerunu, aby przyjechać do… Pigmejów. Tak więc mimo, że nie miałam na to wpływu, to była właśnie odpowiedź na moje pragnienie z czwartej klasy. 

Zanim przeniesiemy się do Kamerunu, zdradź jeszcze, czy nie było jakichś miłości poza misjami? Czy nie było po drodze jakiejś pokusy, żeby zejść z tej drogi?

Miłości były, oczywiście! Ale pokusy nie było żadnej! Co nie znaczy, że rozstania nie były trudne. Ale zawsze jest tak, że łatwiej jest się rozstać osobie, która ma jakiś cel przed sobą, nawet niewiadomy, ale taki, który ciekawi, wciąga, zmienia życie. Trudnie jest osobie, która zostaje na miejscu. Tak jest, kiedy realizuje się swoje powołanie, marzenie. Po latach doświadczenia wiem jednak, że tęsknota jest doświadczeniem, jest bólem, ale jest też czymś pięknym. Jest to jakiś sprawdzian na wierność przyjaźni.

Na zawsze

Wyjechałaś zatem do parafii misyjnej z zamiarem, żeby być tam aż do śmierci.

Ja w ogóle wyjeżdżałam na misje z takim zamiarem, żeby zostać tam na zawsze, nie zdając sobie sprawy, że starszy, chory misjonarz jest kulą u nogi. Trochę inaczej jest w zgromadzeniach misyjnych – kiedy starsze siostry nie chcą już wracać z misji, to zawsze są młodsze, które mogą się nimi zaopiekować, natomiast świeccy już takiej wspólnoty, takiego zaplecza nie mają. Z czasem zdałam sobie z tego sprawę, że na starość będę musiała wrócić. Chociaż miałam takie zaprzyjaźnione wspólnoty, np. siostry od Ewangelizacji Karola de Foucauld, które chciały mnie przyjąć. 

Czy łatwo było się zaaklimatyzować w Afryce?

Co ciekawe, przyjeżdżając do Kamerunu, nie musiałam się przystosowywać, nic mi nie dolegało, nie miałam problemów żołądkowych ani upały mnie nie męczyły, tak jakbym od zawsze żyła w tym kraju. Taką miałam łaskę. Jedynym problemem był język. Francuskiego uczyłam się tylko w CFM. Moja praca pielęgniarki początkowo polegała głównie na edukacji sanitarnej, musiałam przygotowywać pogadanki, z którymi jeździłam po wioskach, więc języka uczyłam się w praktyce. 

Jaki był podział obowiązków, na ile byłaś katechetką a na ile pielęgniarką?

Na pierwszej misji miałam te pogadanki oraz w ramach duszpasterstwa prowadziłam poradnię rodzinną na temat naturalnego planowania rodziny. Na następnej misji byłam odpowiedzialna za centrum zdrowia, które było jedyną placówką medyczną w promieniu 20 km, więc obłożenie było ogromne. Szpital zajmował się zagrożonymi porodami, stanami malarii mózgowej w śpiączce, tężcem w stadium ostatecznym, szczególnie u dzieci.

Trzeba pamiętać, że w Afryce ludzie trafiają do takich przychodni dopiero po wypróbowaniu wszystkich innych środków, wizytach u uzdrowicieli, czarowników, ziołoleczników. Stan pacjentów najczęściej był bardzo ciężki. Często rodzina utrudnia leczenie. W wielu przypadkach rodzina groziła, że jak pacjent umrze, to podpalą misje. Czasami wywoziliśmy takich pacjentów do innych sióstr, po kryjomu, żeby rodzina ich nie wykradła. Zawsze liczyło się życie człowieka. 

Pamiętam takiego chłopca, Antoine’a, który wrócił od czarownika z zapaleniem opon mózgowych na skutek malarii. Przynieśli go nieprzytomnego i zmordowanego, z porozrywanymi ustami, usuniętymi wszystkimi zębami, w miejscach po korzeniach zębowych miał poutykane zioła – w ten sposób był leczony. On umierał, konał. Ja wiedziałam, że jeśli go nie wywiozę, to oni w nocy przyjdą i go zabiorą. Podłączyłam mu od razu kroplówki i zawieźliśmy chłopca do sióstr prezentek, aby go ukryć. 

Udało się go uratować?

Udało się! Kiedy dorósł, jako nastolatek wrócił do nas i poprosił o chrzest. To było piękne! To wszystko nie wynikało ze złej woli tych ludzi. Ale tamta misja była młoda, ludzie jeszcze nie znali chrześcijaństwa, nie mieli też wykształcenia. Byłam tam przez cztery lata i widziałam ogromne postępy w mentalności ludzi. 

Była taka historia z wężami, kiedy widziałam nawrócenie całej młodzieży z wioski. Leżałam chora, dziewczyny wyjechały na ewangelizację do innej wioski, a ja miałam za zadanie, jeśli nie będę miała gorączki i dam radę wstać z łóżka, pójść do dzwonnicy, żeby zwołać ludzi na celebrację słowa. Pomyślałam sobie, że dam radę przejść przez dziedziniec do dzwonnicy. Schodząc z metalowego łóżka poczułam, że na coś nadepnęłam. Myślałam, że to pasek od szlafroka. W świetle latarki zobaczyłam ogromnego węża, na którym stałam. Serce kołatało, nie wiedziałam, czy puścić nogę, czy stać. Wąż próbował się wydostać. Dlatego puściłam lekko nogę i wąż szybko uciekł pod łóżko. Wyszłam i powiadomiłam chłopców z wioski. Oni wzięli takie długie tyki od podpierania gałęzi mango i poszli za mną. Wtedy nadjechały dziewczyny, moje współmisjonarki. Można sobie wyobrazić ich przerażenie, kiedy w światłach reflektorów zobaczyły mnie uciekającą przed uzbrojonymi w tyki łobuzami… Żmija miała 128 cm i tak się broniła, że długo nie mogli sobie z nią poradzić. 

Od tej pory wszyscy złodzieje z wioski, które wcześniej nagminnie okradali naszą misję, oddali wszystko i już nigdy nie było z tym problemu. Nabrali do nas takiego szacunku, ponieważ okazaliśmy się tymi, którzy będą stąpać po wężach i żmijach i nic im się nie stanie. Uznali nas na ludzi Boga. Pewien chłopak Moris przyszedł i powiedział, że on nie jest w stanie już oddać tego, co ukradł, ale chce odpracować i był przez lata naszym pracownikiem.

Czyli z letnich katolików stali się gorliwymi…

Tak. I przez lata, o czym nie wiedziałyśmy, co noc wystawiali straże przy naszej misji. Bo na tej misji byłyśmy tylko w trzy kobiety, ponieważ starszy misjonarz musiał ze względów zdrowotnych wrócić do Francji.

Same kobiety na misji??? I to świeckie?

Tak, musiałyśmy sobie ze wszystkim radzić. Była Bogusia z Instytutu Chrystusa Króla z Warszawy (rolnik), Anka z Krakowa (zootechnik) i ja – z Poznania. Miałyśmy kaplicę. Zdarzało się, że we dwójkę jechałyśmy autobusem 120 km do stolicy, żeby przywieźć Pana Jezusa. Każda chciała oczywiście trzymać Pana Jezusa, więc po pół drogi się zmieniałyśmy. Oczywiście po kryjomu.

Czyli to była normalna misja, tyle, że akurat misjonarz się wykruszył? A kto odprawiał Msze?

Tak, naszym przełożonym był biskup. Przyjeżdżał do nas raz w miesiącu przełożony spirytynów, którzy pracowali w tej diecezji, odprawiał Mszę Świętą i spowiadał, a raz w miesiącu my jeździłyśmy, bo trzeba było często wymieniać Pana Jezusa ze względu na wilgoć. Co tydzień odprawiałyśmy celebrację Słowa Bożego. Mówiłyśmy kazania i rozdawałyśmy Komunię Świętą. Prowadziłyśmy katechezę w szkołach.

Czyli realizowałyście się w pełni jako misjonarki…

Oczywiście! 

Nauka wiary

A potem nastał czas trzeciej misji. 

Tam prowadziłam katechumenat dwóch wiosek pigmejskich przez ponad 4 lata. Piękne doświadczenie! Od maluszków po staruszków…  To było coś pięknego! Zaczęłam katechumenat na prośbę ludzi. To oni przyszli do proboszcza misji i powiedzieli: przyjdźcie do nas, chcemy być katechizowani i przyłączyć się do Kościoła. To była ich inicjatywa. Przyjeżdżało się w głąb lasu na taką wioskę, a tam już stała kapliczka z gliny. W kapliczce wisiał krzyż, Pan Jezus, jakiś resor od samochodu znaleziony w lesie jako dzwon. Oni już byli gotowi. 

Takiej ciszy podczas ewangelizacji, podczas katechumenatu, jak tam, nigdzie nie doświadczyłam. Nie wiem, skąd dzieci, nawet niemowlęta wiedziały, że należy być cicho w tym momencie. Żadne dziecko nie płakało. Słuchali z szeroko otwartymi oczami. To milczenie przerywały tylko odgłosy zadziwienia, zachwytu, przerażenia czy radości, wydobywające się z głębi ich serc. W ich kulturze takie odgłosy oznaczają, że oni coś bardzo głęboko przeżywają. A poza tym panowała całkowita cisza. 

Zostałam u nich jakiś czas w wybudowanym specjalnie domku. Oni zadbali o misjonarza od A do Z. Potrafili przez tydzień chodzić na polowania oraz zbiera

 owoce lasu, żeby zapewnić wszystko, co potrzebne. 

Pamiętam, jak przyjechałam do nich w Wielki Czwartek. W Wielki Piątek mówiłam o adoracji krzyża świętego. Przeczytaliśmy całą mękę Pana Jezusa i powiedziałam, że w tym momencie w Kościele katolickim w liturgii następuje adoracja krzyża; ja miałam mój krzyż misyjny i go ucałowałam, położyłam na pieńku i powiedziałam, że jeśli ktoś chce, może go również ucałować. Ja ten dzień pamiętam do dzisiaj, musiałam wyjść z kaplicy, bo nie mogłam powstrzymać łez… Tak płakałam, widząc tych pogan, gołych, biednych, chorych, o włosach pokręconych z brudu, jak podchodzili, brali ten krzyż, w wielkiej pokorze i z wielką miłością i mówili coś do Pana Jezusa – wtedy jeszcze na tyle nie rozumiałam ich narzecza, ale przetłumaczono mi, co mówili. Oni dziękowali Panu Jezusowi za zbawienie. Nie żalili się ani nie żałowali Pana Jezusa, tylko dziękowali za zbawienie. Potem całowali i przytulali krzyż. Tak pięknej adoracji krzyża nie widziałam nigdy wcześniej ani później w Polsce.

Oni wtedy pierwszy raz usłyszeli historię zbawienia?

Ci ludzie tak. Misja na tamtym terenie trwała dopiero od 16 lat, ale przy głównej drodze. W głąb lasu Dobra Nowina dopiero stopniowo docierała.

To jest dla mnie niesamowite, że nie mogłaś wtedy przeżywać Triduum tak zwyczajnie, w kościele, dla siebie, a jednocześnie przeżyłaś takie coś.

Tak, wtedy sobie uświadomiłam, jak to ja adoruję krzyż z tradycji, a nie z potrzeby serca, z miłości do Pana. To poganie mnie tego nauczyli. Zresztą wielu innych rzeczy mnie uczyli. Ufności. Pamiętam jedno zdarzenie, kiedy jechałam do nich ze szczepieniami. W połowie drogi woda mi sięgała po maskę samochodu. Pełna obaw i strachu, rozgoryczona, rozmawiałam z Panem Jezusem: jak to jest możliwe, tam przecież ciężko chorzy na mnie czekają, a ja nie wiem, czy przejadę? W pewnym momencie, kiedy szłam w bród w stronę wioski, usłyszałam głosy dzieci, piski i okrzyki radości. Zobaczyłam, że cała wioska jest zalana, wszystko pływa, różne bambusowe meble i sprzęty. Byłam bardzo smutna, bo widziałam, że wszystko, co zbudowali, zostało zniszczone. Natomiast ludzie stali na wyższych wzniesieniach i się cieszyli. Jak to możliwe? „Alicjo, my jesteśmy tacy wdzięczni Panu Bogu, że On zesłał tę wodę rano, kiedy wszyscy już wstali, bo gdyby to się stało w nocy podczas snu, to byś tu zobaczyła pływające trupy”. Oni potrafili we wszystkim zobaczyć dobro. 

To zaufanie było zresztą widoczne w wielu sytuacjach. Często musieli długo chodzić i polować, bo nie było zwierzyny w pobliżu. A nieraz było tak, że siedzieliśmy sobie przy ognisku i nagle przeleciało całe stado dzikich świń czy antylop. Oni nie reagowali, a ja mówię: dalej, po co macie iść jutro znów 30 km po zwierzynę, jak tu macie pod nosem. Dzidy szykować i na polowanie! Oni mówią: nie, dzisiaj mamy, dzisiaj nam Pan Bóg dał jedzenie! Nie bądź zachłanny, jutro też nam da, nawet jak będziemy musieli daleko iść, ale On nam da. Nie było w nich żadnej pazerności, ale głębokie zaufanie, że Pan Bóg jest ich Ojcem i On im da pożywienie.

Czyli u nich uczyłaś się prawdziwej wiary…

Tak, u nich poznałam, co to jest prawo naturalne. Uczyłam się wcześniej, że prawo naturalne jest w naszych sercach wlane i zapisane. Ale dopiero tam zrozumiałam te słowa. Ci ludzie na podstawie prawa naturalnego pojmują świat. Bóg jest ich Ojcem i Stwórcą i Jemu ufają. Wszystko co mają, zawdzięczają Jemu. Dobrym przykładem jest las. Oni są przekonani i mogą życie za to oddać, że las jest stworzony dla nich, z miłości do nich, żeby mieli pożywienie, żeby mieli gdzie się schronić. Skąd to wiedzą? Z prawa naturalnego. A my zatraciliśmy tę intuicję.

No tak, życie w betonie nie sprzyja temu… W ogóle człowiekowi, który nie ma kontaktu z przyrodą, trudniej chyba uwierzyć w Boga Stwórcę. Bo czy Pan Bóg stworzył ten blok, w którym mieszkam?

Dlatego oni często byli moimi apostołami. Ja jako misjonarka na pewno dzięki łasce Bożej przekazałam im miłość Pana Boga do nas, ale zyskałam stokrotnie więcej. Pojechałam dawać, ale otrzymałam jeszcze więcej.

Nowe powołanie

Z powodów zdrowotnych musiałaś wrócić do Polski. 

W Kamerunie byłam 10 lat i zostałam wywieziona bez mojej zgody, w ciężkim stanie malarii. Pamiętam pożegnanie. To, co oni zrobili dla mnie, kiedy opuszczałam misję, to było coś pięknego. Towarzyszyli mi w wyprowadzaniu się z misji tak dyskretnie i z taką miłością, że do dzisiaj to pamiętam. Nikt im nie mówił, że ja muszę wyjechać, bo moje koleżanki ukrywały to przed nimi (z obawy przed kradzieżą na placówce misyjnej), a oni i tak intuicyjnie wiedzieli. Ludzie to wyczuwają, kiedy istnieją takie głębokie więzi. 

Nie wiem, w jaki sposób powiadamiali inne wioski z misji, w każdym razie przez cały wieczór do czwartej nad ranem schodzili się ze wszystkich stron na teren podwórza misyjnego i siadali w kucki w małych grupkach i w skupieniu czuwali, niekiedy było słychać roznoszące się mormorando. Kiedy moja koleżanka wyprowadzała mnie do samochodu z odczynem zapalenia opon mózgowych, było jeszcze szaro, ja widziałam wokół ogromne tłumy ludzi zebranych w takiej właśnie ciszy, jak trwali przy mnie, czekając aż mnie położy do samochodu, przykryje. 

Nie potrafię nawet wyrazić tego, co oni zrobili, ta delikatność, wrażliwość, człowieczeństwo… Niektórzy nazywają ich dzikusami, a tutaj objawiło się w całej pełni ich człowieczeństwo. Do dzisiaj marzę, że wrócę i się z nimi pożegnam. Ja muszę wrócić, bo wyjechałam bez pożegnania.

Powiedz, jak Pan Bóg dalej prowadzi Cię w Twoim powołaniu?

Po Kamerunie byłam w Polsce 5 lat. Potem lekarz wyraził zgodę na ponowny wyjazd, ale nie do krajów z malarią. Dlatego miałam wyjechać do Tunezji, ale jednak trafiłam znów do czarnej Afryki, tym razem do Burundi. Stamtąd wróciłam do Polski świadomie, żeby opiekować się ciężko chorym tatą. Wtedy wydarzył się ciężki wypadek samochodowy, po którym już wiem, że nie mogę wrócić do żadnego kraju tropikalnego. 

Długo nie mogłam tego zrozumieć. Jak to, Pan Bóg dał mi od dziecka powołanie misyjne i teraz mi je zabrał? Swoje życie oddałam Panu Bogu, czy nie mógł spowodować, żeby nie doszło do tego wypadku? Było mi bardzo trudno. Ślubowałam przecież, że całe życie oddam dla misji, On potwierdzał to znakami. Nic nie robiłam sama z siebie. A tu nagle taki krzyż. Ale… to jest też z drugiej strony piękne, bo Pan Bóg dał mi nowe powołanie. Powołanie do małżeństwa. Muszę powiedzieć, że trudniejsze. Wbrew pozorom. Ktoś powie, że tam w Afryce jest tyle niebezpieczeństw, zagrożenie życia, choroby, w krajach nieustabilizowanych politycznie bombardowania i rozruchy. Teraz jednak z perspektywy widzę, że te trudności nie dotyczyły tak bezpośrednio mojego egoizmu. W małżeństwie jednak człowiek musi się nieustannie oczyszczać. Byłam szczęśliwa, wolna i nie musiałam się borykać ze zwalczaniem swojego egoizmu i swoich wad. W zjednoczeniu z drugą osobą dopiero się widzi, co we mnie siedzi.

Ale tam też było życie we wspólnocie. Czy te relacje nie były ważne?

Tak, na pewno. Ale tam zawsze na pierwszym miejscu była walka o kogoś trzeciego. Jest tyle pracy, że ta wspólnota, która jest na misji, jest po to, żeby się spotkać wieczorem, zjeść wspólną kolację, podzielić się tym, co się wydarzyło danego dnia i pójść spać. Wspólnota wspiera, ale raczej każdy pracuje dla dobra innych.

Pan Bóg nie pokazuje od razu wszystkiego, co dla człowieka przygotował, jednak prowadzi przez życie krok po kroku… Twoja historia uczy, że warto zaufać Panu i oddać Mu siebie. Życzymy owocnego dalszego wsłuchiwania się w Jego głos i realizowania misji!