ks. Wojciech Danielski

(189 - listopad - grudzień 2012)

Świadectwa o ks. Wojciechu Danielskim

Jak Chrystus z Ewangelii, chodził po ziemi i podawał każdemu spotkanemu rękę, by pomóc utrzymać się na powierzchni wiary i nadziei

Gdy starałem się sięgnąć pamięcią w tę odległą już przeszłość, by przypomnieć sobie coś z tych pierwszych spotkań z księdzem Wojciechem, to stanął mi przed oczyma z tym swoim przedziwnym, promieniującym głęboką radością uśmiechem. Można powiedzieć, że ów uśmiech był najlepszym dowodem na istnienie Boga, który jest miłością. Stanowił syntezę pierwotnego zachwytu dziecka doświadczającego miłości, z wielką nadzieją starca, który z całego serca pragnie spotkania z Przychodzącym. Uśmiech ks. Wojciecha przyciągał, budził zaufanie i otwierał na dar spotkania. Było coś takiego w osobie ks. Wojciecha, co w naturalny sposób rodziło chęć dzielenia się z nim nie tylko radością i osiągnięciami, ale również swym bólem i problemami. Z całą pewnością mogę zaświadczyć, że był osobą bardzo charyzmatyczną, promieniującą miłością i nadzieją. (…)

Bycie na co dzień z ks. Wojciechem umożliwiało mi poznawanie go jako wybitnego naukowca o różnorodnych zainteresowaniach, nie tylko liturgicznych i pastoralnych, ale historycznych, kulturowych czy psychoterapeutycznych. Poznawałem Go jako wrażliwego na piękno człowieka, który inspiruje i pomaga w osiągnięciu dobrego artystycznego smaku oraz jako domownika, który zatroskany jest o wszystko, co jest potrzebne do wspólnego życia. Był też dobrym gospodarzem, który w swoim domu często przyjmował różnych gości.

Krzysztof Leśniewski

 

Ksiądz Wojciech był człowiekiem, który przynosił pokój. Pamiętam dzień, w którym mieliśmy z mężem dość ostre spięcie. Atmosfera w domu była mocno napięta i nagle – dzwonek do drzwi – przyszedł ksiądz Wojciech. Byłam bardzo zdenerwowana i pomyślałam nawet – że też przyszedł akurat w takim momencie! Prawdopodobnie ksiądz Wojciech wyczuł nasze zdenerwowanie, ale nie dał nic po sobie poznać. Zachowywał się jakby nic się nie działo. Po chwili nasze negatywne emocje zaczęły się wyciszać. Zapanował w domu ogromy pokój, który był niemal fizycznie namacalny. I ten pokój pozostał z nami również po wyjściu księdza Wojciecha.

W czasie pobytu w naszym domu ks. Wojciech był zawsze taki zwyczajny. Rozmawiał o zwykłych, codziennych sprawach, dużo czasu poświęcał dzieciom; brał je na kolana, a dzieci opowiadały mu o swoich sprawach, pokazywały swoje rysunki, zbiory znaczków. Mówił też o swoich spotkaniach, tłumaczeniach, poszukiwaniach (między innymi fascynowało go, gdzie naprawdę zginął św. Wojciech). Kiedyś – w czasie jednej ze swoich wizyt – powiedział nam, że bardzo potrzeba mu takiego bycia w rodzinie, odetchnięcia takim zwyczajnym, rodzinnym życiem.

Często mówiliśmy, że ks. Wojciech to taki dobry duch naszego małżeństwa; wnosił ze sobą dużo pokoju, ciepła i uśmiechu.

Bożena Białopiotrowicz

 

Kochał dzieci. Nieraz widziałam, jak brał dzieci na ręce, jak je przytulał, jak się tym młodym życiem cieszył. Ksiądz Wojciech nie przeszedł obok nikogo obojętnie, nad każdym umiał się pochylić. Bardzo przejmujący był dla mnie obraz jego powitania z Mamą w rodzinnym domu. Ksiądz okazywał duży szacunek ludziom starszym, także tym spracowanym, żyjącym na wsi. Miał niejako wrodzoną kulturę osobistą. Po prostu ją miał, nie musiał się jej uczyć.

Grażyna Tokaj

 

Wielokrotnie miałam wrażenie, że czas liturgii jest dla ks. Wojciecha czasem rzeczywiście świętym. Wdzięczna mu jestem, że umiał nas, uczestników spotkań liturgicznych, wprowadzać niejako w swoje doświadczenie wiary. Od ks. Wojciecha uczyłam się dbałości o piękno liturgii w naszej studenckiej wspólnocie. Ks. Wojciech modlił się „całym sobą” – słowem, charakterystyczną tonacją głosu, melodią zdania, spojrzeniem, mimiką twarzy, gestem ręki, skłonieniem głowy, pochyleniem, przyklęknięciem. To nie były gesty teatralne, wyuczone, rutynowe. To była modlitwa. To był osobisty, „Wojciechowy” sposób, by siebie całego wyrazić w słowach i gestach liturgicznych, by stanąć w prawdzie o sobie przed Bogiem. Tak więc i tej staranności gestów, które mają wyrażać prawdę serca, a zarazem są drogą formacji chrześcijańskiej, mogłam – z łaski Bożej – uczyć się od ks. Wojciecha.

Wyraźnie pamiętam twarz ks. Moderatora, gdy podczas pewnej liturgii w Namiocie Światła odmawialiśmy Modlitwę Pańską – miałam wówczas wyraźne odczucie, że ten kapłan ma jakąś niezwykłą więź z Bogiem, że naprawdę wie, co i do Kogo mówi. Jak gdyby trwał w innym wymiarze rzeczywistości. Pamiętam też, że z wielką starannością, jakimś szczególnym pietyzmem, przybliżał w komentarzach i homiliach tajemnicę Kościoła, a zwłaszcza wartość Eucharystii i zwracał wielką uwagę na to, abyśmy troszczyli się o osobistą więź z Jezusem. Podczas jednej ze swych homilii (rok chyba 1984), komentując słowa św. Piotra: Pana Chrystusa miejcie w sercach za świętego, mówił o zakorzenieniu swojej nadziei w Bogu. Ks. Wojciech wypowiadał wtedy ten werset biblijny z tak wielkim osobistym zaangażowaniem, że do dziś trwa on we mnie jako zadanie, które mi zostawił do wypełnienia – abym dbała o to, by Chrystusa Pana mieć w sercu za świętego. Miałam wrażenie, że ks. Wojciech w tym co mówił, był bardzo autentyczny, że dzielił się tym, w co głęboko wierzy, czym sam osobiście żyje.

Anastazja Seul

 

W osobie ks. Wojciecha urzekła mnie niesamowita pobożność w modlitwie Liturgią godzin. Wielokrotnie dzwonił do mnie z zapytaniem, czy już odmawiałem nieszpory, czy możemy pomodlić się wspólnie, bo nie uchodzi by tą piękną modlitwą Kościoła modlić się samemu. I spotykaliśmy się na przemian, raz u Niego, raz u mnie. Przewodniczył tej modlitwie z wielką starannością, zachowując wszystkie przepisy prawa liturgicznego, które znał perfekcyjnie. Do tej pory, ilekroć zabieram się do modlitwy brewiarzowej, mam w świadomości jego postawę człowieka żywej wiary.

To co mnie najbardziej zdziwiło w postawie ks. Wojciecha i zarazem zaskoczyło, to jego wiara w moc kapłańskiego błogosławieństwa – ilekroć wychodził ode mnie z domu, klękał i prosił o błogosławieństwo. Byłem zawsze wielce speszony, ale i zbudowany jego wiarą. Były to dla mnie, wtedy młodego kapłana, najpiękniejsze rekolekcje, których przesłanie noszę do dnia dzisiejszego. Przy boku tak świętego i wielce konkretnego kapłana, który mocno stąpał po ziemi i trzymał się nieba, rozwijało się moje kapłaństwo.

ks. Czesław Grzyb

 

Miałem wrażenie, że nie wyobrażał sobie życia bez codziennej modlitwy Ludu Bożego, której nieodzowność starał się mi zaszczepić. Zapamiętałem, że podkreślał terapeutyczną moc modlitwy psalmami, dzięki której chrześcijanin jest wprowadzany w stan duchowej równowagi. Dzieje się tak, gdyż psalmy „podnoszą”, kiedy życie nas przytłacza i tracimy nadzieję oraz „ścierają” naszą pychę i próżność, gdy jesteśmy zbyt pewni siebie i ufni we własne osiągnięcia. Psalmy to przedziwna modlitwa, wyrażająca wszystkie stany ducha człowieka oraz wprowadzająca we wdzięczność i uwielbienie Boga, który jest Osobową Miłością.

Krzysztof Leśniewski

 

Ksiądz Wojciech był moim spowiednikiem i kierownikiem duchowym. Pamiętam jak spotkałam go w „zielonym pokoju” na Kopiej Górce i chciałam umówić się do spowiedzi, a on w tej samej chwili wskazał na pokój, w którym się zatrzymał i powiedział: „Proszę”. Odpowiedziałam, że nie jestem w tym momencie przygotowana, a on, że właśnie dlatego mogę się wyspowiadać teraz, bo każdy czas jest dobry na spotkanie z Panem. I nie było odwrotu. W tej chwili liczyłam się dla niego tylko ja – tak jakbym była jedyną osobą na świecie. Tak było zawsze przy spowiedzi. Ksiądz Wojciech zawieszał wszystko inne i był cały dla mnie.

Grażyna Tokaj

 

Dla niego każdy człowiek znajdował się na drodze do Chrystusa, do zbawienia. Ksiądz Danielski często spotykał ludzi, których droga była mocno zagmatwana. Zwierzył mi się kiedyś, że jednym z najbliższych mu obrazów w Piśmie Świętym był fragment, kiedy Jezus podaje tonącemu Piotrowi rękę.

Gdybym musiał najkrócej scharakteryzować postać księdza Danielskiego, to użyłbym tego właśnie obrazu. On, jak Chrystus z Ewangelii, chodził po ziemi i podawał każdemu spotkanemu rękę, by pomóc utrzymać się na powierzchni wiary i nadziei. Przeżywał przy tym nieukrywaną radość z każdego nawrócenia drugiego człowieka, podźwignięcia się z upadku. Nie zapomnę jak kiedyś w Częstochowie, po świadectwie jednego z członków AA, powiedział do mnie: „Jakie to niesamowite, kiedy Bóg wydobywa człowieka z takiego upadku!” Ta posługa podawania ręki tonącemu sprawiała mu największą radość, zwłaszcza w sakramencie pokuty, zwanym przez niego świętym słuchaniem.

Ryszard Wszołek

 

Często do swojej jutrzni czy nieszporów zapraszam ks. Wojciecha i niekiedy mam odczucie, że jego modlitwa towarzyszy mojej. Jak gdyby jego obecność związała się w mistyczny sposób z liturgią [tu – liturgią godzin], której był wierny „do ostatniej kartki brewiarza”. Wielokrotnie mam okazję pełnić funkcję lektora czy kantora i zawsze przedtem proszę ks. Wojciecha, by się modlił ze mną tekstami Słowa Bożego, które będę czytać czy śpiewać. Powierzam więc jego modlitwie tę chwilę świętej liturgii i dopiero wtedy podchodzę do stołu słowa Bożego. A potem, patrząc na twarze w kaplicy/kościele (a niekiedy słysząc komentarze po Mszy), przekonuję się, że Bóg dotyka tych serc, za które modli się ks. Wojciech.

Anastazja Seul

 

On żyje! Tak, z pewnością żyje, jak mi o tym powiedział we śnie po swym odejściu do Pana. Gdy w sennej wizji zobaczyłem ks. Wojciecha przybliżającego się do mnie przez rozświetlony przedziwną światłością pokój i zdumiony powiedziałem: „Jak to możliwe, że przychodzisz do mnie, przecież umarłeś…” W odpowiedzi usłyszałem: „Ja żyję o wiele bardziej niż ty”. Przebudziłem się zdumiony, z poczuciem wewnętrznego wyciszenia, ufnością, radością – choć przed położeniem się spać było we mnie wiele smutku, poczucia opuszczenia, lęku.

 

Krzysztof Leśniewski