ks. Wojciech Danielski

(189 - listopad - grudzień 2012)

Świadectwo

ks. Wojciech Danielski

Gdy biednemu człowiekowi muszę dać jakąś księgę po­ciechy, to mu daję Pierwszy List św. Jana. Czło­wiekowi, który nie może sobie ze sobą poradzić i ma takie trud­ności, że mu się żyć odechciewa, daję Drugi List do Ko­ryn­tian

Ministrantem zostałem dzięki Tatusiowi. Jedyny rę­ko­pis, jaki został po nim, to były naczynia i szaty liturgiczne (pro­roctwo o liturgiście? nie wiem). Cóż, dwanaście lat mia­łem, gdy od­szedł. To, co dostał od księży w Rzeszowie, to przekazywał swojemu synowi małemu, żeby biegał pół­to­ra km do księży z Po­morza, którzy się pod Warszawą tam, w Zalesiu, ukrywali. Był taki dwudziesty piąty sier­pnia czterdziestego czwartego roku, gdy strze­lanina była bar­dzo blisko; dziecko nawet nie rozumiało, w jakiej sy­tu­a­cji biegnie na mszę św. Ale ten mi­nistrant zaczął zazdroś­cić koledze Stefano­wi na kolonii sióstr Loretanek i na ko­lonii księży Salezjanów, że on codziennie do komunii św. cho­dzi. Nauczył się tej komunii codziennej tak naprawdę do­piero przed samym pójściem do se­mi­narium. Ale już pier­w­sza wizyta w domu ze seminarium spowodowała, że gdy braciszek odpro­wadzał – nie wiem, jak to się stało – to mu mówiłem, że wszyscy mu­simy być koniecznie świę­ci. I Antoś kolega, który już odszedł do Pana, ten An­toś, który jako diakon i jako młodziutki ksiądz gromadził kle­ryków ze wszyst­kich seminariów polskich na spotkania „Ig­nis Ardens” (i księża rektorzy mu przy­syłali kleryków, takie mieli do niego i do naszej władzy seminaryjnej war­szaws­kiej zaufa­nie), ten Antoś wciągnął mnie w adorację Pana Jezusa.

Minis­t­rant to lubi robić coś przy ołtarzu. Rzeczywiście lubiłem sie­dzieć obok księdza, nieraz sam jeden w nie­dzie­lę, i śpiewać nieszpory. I w tej adoracji semi­na­ryjnej, gdy wszyscy byli na kolacji, Pan Jezus zaczął być bardzo blis­ko. Tak jak w drugiej księdze „Naśladowania”, tak jak w książ­ce o. J. Schrywersa jako „Boski Przyjaciel”. Ojciec duchowny kazał czytać Nowy Testament. I właściwie do­pie­ro z parafianami na Grochowie od­krywałem Dzieje Apo­stolskie coraz głębiej i głę­biej, i zoba­czyłem, że wszystko się powtarza. Najpierw mi się zdawało, że jestem podobny do św. Piotra, a potem, nie umiem powiedzieć, tak jak papieże ostatnio nie umieją powiedzieć, czy bar­dziej do Jana czy bardziej do Pawła, dlatego wolą obydwu imion uży­wać. Ale przecież w tym jest cały właśnie bardzo osobisty sto­sunek do Pana Jezusa.

Dobrych kapłanów Pan Jezus dał, przez dobrych się po­ka­zał. Tak przecież już i wtedy było. Łukasz Antio­cheń­czyk zbudował się tym, że tylko rok wystarczyło, by dwaj słudzy Jezusowi – Paweł i Barnaba – razem zgodnie pra­co­wa­li w An­tio­chii, i tak go to pociągnęło: dwóch księży przez jeden rok na jednej para­fii zgodnie pracować. A Ty­mo­teusza, którego ojciec był niewierzący, dlatego on wiarę dostał od matki i babki, pociągnęło to, że ojcem dla niego stał się ksiądz, tak by krótko powiedzieć – Paweł. A Piotr, gdy patrzył Panu Jezusowi w oczy, to szedł nawet po fa­lach; a gdy tylko pomyślał, jaki on sam jest ciężki i jakie straszne są odmęty morza pod nim, to zaczął tonąć. (Kto się spowiadał u o. Piotra Rostworowskiego kiedyś na Bie­la­nach, to zna często przez niego powtarzane to zdanie.) A św. Jana zachwycił Pan Jezus, że nawet godzinę pamię­tał. Ja nie pa­mię­tam, ale na pewno zostałem zachwycony. I bar­dzo mnie przejmują ciągle słowa: chcę, aby trwał tak, aż przy­jdę (J 21, 22. 24). Przecież Jan był naj­młod­szy, a dowiedziałem się, że jest patronem wierności powołaniu, ta­kiej oso­bo­wej, osobistej.

I gdy biednemu człowiekowi muszę dać jakąś księgę po­ciechy, to mu daję Pierwszy List św. Jana, i gdy czło­wiekowi, który nie może sobie ze sobą poradzić i ma takie trud­ności, że mu się i żyć odechciewa, to mu daję Drugi List do Ko­ryn­tian – bo Paweł to przeszedł i wszystko nam dokładnie opisał, jak to prze­szedł.

I pamiętają księża siedleccy, jak nam się przydały te słowa św. Piotra na rekolekcjach: wszelką troskę swojąóżcie na Niego, bo Jemu zależy na was (1 P 5, 7). Był jeszcze stan wojenny i księża katowiccy pamiętają znowu św. Piotra, kiedy powiedział: bardziej jeszcze starajcie się utwierdzić wasze powołanie i wybór. To bowiem czyniąc, nie upadniecie nigdy” (2 P 1, 10).

I tak nieraz słowo Boże nam Pan Jezus otwiera, i mnie ot­wie­ra rzeczywiście – wszędzie: w Prawie, w Prorokach, w Psal­mach, gdzie jest On. Otwiera mi sło­wo Boże na sie­bie i mnie. I Ten, który jest w słowie Bożym, daje się spot­kać w tajemnicy sakramen­tów. W Eucharystii – tak, ale jak­że i jakże ogromnie w konfesjo­nale, którego tak się ba­łem, że nie będę umiał pora­dzić trudnym grzechom ludzi. A ks. Aleksander Biernacki z Ra­dości uspokajał, że Pan Je­zus wszystko podpowie sam. I gdy ja nie mam odpowiedzi od spowiednika na moje pytania – księża to znają – przy­cho­dzi biedny człowiek do spowiedzi i zaczynam mu mó­wić coś, co z prze­rażeniem prawie stwierdzam, jest prze­cież także i do mnie. A gdy przychodzi coraz większa odpo­wiedzial­ność i coraz większa świadomość swojej nie­udol­ności, to Pan Jezus wskazuje zło do rozpozna­nia z da­leka, że się człowiek łatwo nabrać byle czemu i byle komu nie da. Czy to już jest rozeznanie duchów? – może jeszcze nie.

I tchórzowi Pan Jezus nie daje się bać, i człowiekowi łatwo zapalczywemu nie da nie­nawidzieć, i człowiekowi nie da być w niczym, nawet w najwięk­szym złu, bez­rad­nym. Bo wiem, że On zwy­ciężył we mnie, i wiem, że mnie potrzebuje do swo­jego zwycięstwa. Dlatego otrzymamy moc z wysoka, jeśli damy otwierać Mu nasze umysły, bo Jego nauka to jest nauka z mocą, jak nas nauczył Marek Ewan­gelista (1, 27). Bo On, Jezus, już dawno wszystko zło zwy­ciężył, i to, któ­re jest, i to, które jeszcze będzie, a my mamy się pod Jego zwycięstwo podłączyć, mamy wszyst­ko poddać pod Jego stopy (Ef 1, 22).

Chrystus Pan, kiedy stanie się dla nas Panem i Zba­wi­cie­lem każdej rzeczy i każ­dej sprawy, kiedy mu zawierzać wszystko bę­dziemy, to „dla miłujących Boga nic nie ma trud­nego”. I to, że ta Kongregacja jest, i to, że referat na dziś był (szczegó­łów nie opowiadamy), to jest jeszcze je­den dowód, że Jezus chce być moim Panem i Zbawicielem.

Kiedy wypowiadam, że przyj­muję Jezusa jako mojego Pana i Zbawiciela? Ci, którzy byli choćby tego lata na oazie w Krościenku, chyba wiedzą, że nie pozwalam sobie za­raz po odśpiewaniu „Baranku Boży” podnosić Hostii Najświętszej i mó­wić: „Oto Baranek Boży”, ale tak do­słownie traktując przepisy, po cichu czy pół­głosem mówię tę modlitwę tak ważną: „Panie Jezu Chryste, Synu Boga ży­­we­go… nie dozwól mi nigdy odłączyć się od Ciebie”, nawet tak dosłow­nie jak tam jest: „spraw, abym na zawsze przylgnął do Twoich przykazań i nie dozwól mi nigdy oder­wać się od Ciebie”. A co roku, na KUL-u właśnie przy Najświętszym znaku Pana naszego Umęczonego i Zmar­twych­wstałego odnawiamy przymierze, i tak jak Papież Pa­weł VI prosił, żeby wszystkie śluby, wszystkie przy­rze­cze­nia, wszystkie zobowiązania dodać do tego, zanim przyj­mie­my pokropienie. Cały rok, potem cała pokuta wiel­ko­pos­tna, potem całe Triduum zmierza do tego momentu, któ­ry był kiedyś zbiorową rocznicą chrztu św. dla wszyst­kich, który był kiedyś przyjęciem Jezusa z całego serca dla katechumenów i dla już ochrzczonych – ponowieniem. Oby­śmy pojęli, że w życiu naszym wewnę­trznym, w życiu na­szym chrześcijańskim ten moment co roku cały Kościół prze­żywa jako przyjęcie Jezusa w swoje życie i w swoje ser­ce jako Pana i Zbawiciela, przypieczętowane zaraz ko­mu­nią św. prawdziwie wielkanocną.

Ukochani, złączcie się w tej modlitwie przy­jęcia Jezusa jako mojego Pana i Zba­­wiciela. Nie będę improwizował, ja tę modlitwę tylko odmówię z całego serca.

 

„Panie, Jezu Chryste, Synu Boga żywego, który z woli Ojca, za współ­działaniem Ducha Świętego przez śmierć swo­ją dałeś życie światu, wybaw mnie przez to Najświęt­sze Ciało i Krew Twoją, przez wszystkie sakramentalne zna­ki, od wszyst­kich nieprawości moich i od wszelkiego zła. Daj mi na zawsze przy­lgnąć do Twoich przykazań i nie dozwól mi nigdy oderwać się od Ciebie. Jezu, Tyś Pa­­nem, Tyś Zbawcą moim. Amen”.