Ekumenizm

(207 - październik - grudzień 2015)

Ta krew nas łączy

Jan Halbersztat

Są tacy ludzie, dla których wszystkie różnice między nami — różnice w sprawowanej liturgii, różnice kulturowe, różnice doktrynalne — są kompletnie nieistotne

Spory pomiędzy wyznawcami Chrystusa toczyły się niemal od początku. Kiedy tylko nasz Pan odszedł, aby przygotować nam miejsce w Omu Ojca, zaczęliśmy się spierać. Jedni mówili: „Ja jestem Pawła”, inni „Ja – Apollosa”. „Ja jestem Kefasa”, puszyli się kolejni, uznając być może, że to zamyka dyskusję. „A ja jestem Chrystusa” — odpowiadali jeszcze inni, zapewne zirytowani jałowymi sporami o nic.

W tych pierwszych latach było jeszcze znośnie — bo byli Apostołowie, których większość (choć też nie wszyscy…) uznawała za gwarantów jedności i poprawności nauki.

Ale potem? Potem było coraz gorzej. Kolejne spory, kolejne kłótnie, kolejni „wiedzący lepiej”… Już pod koniec V w. dokonała się pierwsza poważna schizma, zwana akacjańską. W IX w. — schizma Focjusza. Połowa XI w. — ostateczny podział chrześcijaństwa na wschodnie i zachodnie. XVI w. — Reformacja, a potem, przez kolejne wieki, kolejne podziały Kościołów i wspólnot reformowanych… Niezliczonych sporów, quasi-schizm i pełnowymiarowych wojen między chrześcijanami różnych wyznań już nawet nie liczę.

Od przyjścia Chrystusa minęły już ponad dwa tysiące lat. Czy coś się zmieniło w kwestii jedności chrześcijan? Niewiele. No tak, na szczęście niemal nie toczymy już między sobą wojen… Ale nadal jesteśmy podzieleni. Nadal nie potrafimy być jednością, nadal nie jesteśmy w stanie przełamać naszych ludzkich uprzedzeń, sposobów myślenia i sporów, aby zrealizować wreszcie błaganie Chrystusa z Modlitwy Arcykapłańskiej: „Aby byli jedno, aby świat uwierzył” (J 17,21).

Nie jesteśmy jedno. Jesteśmy podzieleni. My sami nazywamy ten podział „skandalem”. Sami mamy świadomość, że jest on potężnym antyświadectwem, że tych, którzy jeszcze nie spotkali Chrystusa, zniechęca do tego spotkania.

I mimo dziesięcioleci dialogu ekumenicznego nadal bardzo często prawosławny patrzy nieufnie na katolika, katolik krzywi się na luteranina, luteranin — na metodystę… I bardzo często pytani o naszą wiarę odpowiadamy właśnie „jestem katolikiem”, „jestem prawosławny”, „jestem ewangelikiem” — zamiast (nie rezygnując oczywiście ze swojego wyznania) w pierwszym odruchu powiedzieć „Jestem chrześcijaninem”. Chrześcijaninem, czyli należącym do Chrystusa. Bo przecież najpierw jestem Chrystusa, a dopiero potem Pawła, Apollosa czy Kefasa…

A jednak okazuje się, że jest ktoś, kto tych różnic, sporów i podziałów między nami po prostu nie widzi. Są ludzie, dla których my wszyscy jesteśmy właśnie po prostu chrześcijanami. Ludzie, którym kompletnie nie robi różnicy, czy ktoś jest katolikiem, protestantem, prawosławnym czy anglikaninem.

Naprawdę: są tacy ludzie, dla których wszystkie różnice między nami — różnice w sprawowanej liturgii, różnice kulturowe, różnice doktrynalne — są kompletnie nieistotne. Dla tych ludzi ważne jest tylko jedno — właśnie to, że jesteśmy wyznawcami Chrystusa. Czyż to nie wspaniałe?

O kim mówię? Na przykład o fanatycznych terrorystach z „Państwa Islamskiego”. Ich naprawdę nie obchodzi, czy krzyżyk, który nosisz na szyi, jest „katolicki” czy „prawosławny”. Dla nich nie ma znaczenia, czy uznajesz prymat biskupa Rzymu, czy autokefalię poszczególnych Kościołów, czy w ogóle odrzucasz ideę hierarchii kościelnej. Powiem Ci więcej: nie obchodzi ich, czy uznajesz Niepokalane Poczęcie Matki Jezusa, czy nie; czy Twoim zdaniem sakramentów jest siedem, czy mniej albo więcej; czy za źródło Objawienia uznajesz tylko Pismo, czy także Tradycję Kościoła; czy modlisz się przez wstawiennictwo świętych, czy odrzucasz taką formę. Uwierz mi: to dla nich nie ma najmniejszego znaczenia!

Znaczenie ma wyłącznie to, czy jesteś wyznawcą Chrystusa. A jeśli jesteś — to zasługujesz na śmierć. Proste.

Według niektórych statystyk — co pięć minut (!) gdzieś na świecie jakiś chrześcijanin ginie za swoją wiarę. Za to, że jest chrześcijaninem. Nie za to, że jest katolikiem, prawosławnym czy metodystą. Za to, że jest wyznawcą Chrystusa.

Czy naprawdę dopiero w obliczu męczeństwa możemy stać się jednością? Czy dopiero kiedy będą przelewać naszą krew, zapomnimy na chwilę (tę ostatnią…) o tym, co nas różni, a uświadomimy sobie, co nas łączy? Czy musimy spojrzeć na siebie oczami naszych oprawców, aby uświadomić sobie, że ponad tym wszystkim, co nas dzieli, jesteśmy chrześcijanami, braćmi, dziećmi jednego Ojca?…

„Krew męczenników jest posiewem chrześcijan” — mówił Tertulian na przełomie II i III w. Może krew tych, którzy giną dzisiaj ¬— rozstrzeliwani, kamienowani, ścinani, rozrywani w wybuchach, paleni żywcem — będzie posiewem jedności? Może patrząc na ich męczeństwo, wzmocnieni ich ofiarą, będziemy kiedyś w stanie przełamać „skandal podziałów”?

***

W przesłaniu na organizowany w Phoenix (USA) Dzień Jedności Chrześcijan, papież Franciszek powiedział między innymi:

Ten kto dzisiaj prześladuje chrześcijan, wie o tym, że są oni uczniami Chrystusa. Wie, że są jednością, że są braćmi. Dla niego nie jest ważne czy są prawosławnymi, luteranami, katolikami, ewangelikalnymi… Dla niego to nie jest ważne! Ważne, że są chrześcijanami. Ta krew nas łączy. Jestem przekonany, że osiągniecie jedności między nami nie jest sprawą teologów, oni mają tylko pomagać. Jeśli będziemy czekać aż teolodzy dojdą do porozumienia, to wtedy ta jedność urzeczywistni się dopiero dzień po Sądzie Ostatecznym. Jedność jest dziełem Ducha Świętego. Łączę się z Wami w przekonaniu, że mamy jednego Pana: Jezus jest Panem (cytat za stroną internetową Radia Watykańskiego, podkreślenie – J.H.).