ks. Wojciech Danielski

(189 - listopad - grudzień 2012)

z cyklu "W szkole animatora"

Terapia

Anna Lipska

Nie ma ludzi bez problemów, ale czasem problemy – czy to oko­liczności zewnętrzne czy trudności wewnętrzne – nawar­stwiają się znacząco. Jest to cecha danej osoby albo kon­kretny okres życia lub sytuacja zdają się przerastać człowieka, który nie ma pomysłu i/lub sił na poradzenie sobie z tym, co go dręczy.

Czasem zdawać by się mogło, że we wspólnocie lub na rekolekcjach roi się od takich ludzi. I to prawda. Osoby z problemami często szukają wspólnoty (zwykle gdyby nie miały problemów, nie potrzebowałyby oazy i by do niej nie trafiły). Poza tym grupa konfrontuje nas z samy­mi sobą, obnażając nasze niedostatki lub stwarzając takie warunki, że wyciągamy na wierzch to, co długo tkwiło w naszym środku. Choro­bliwa nieśmiałość, niskie poczucie własnej wartości, niedojrzałość, lęk przed oceną innych, obniżony nastrój, nieumiejętność brania odpo­wiedzialności za swe życie, nawiązywania i utrzymywania relacji, ra­dzenia sobie ze stresem, złością i innymi emocjami negatywnymi, zra­nienia z domu rodzinnego, syndrom DDA, kłopoty małżeńskie, roz­czarowania i urazy. I wiele innych problemów, dotykających wszystkie grupy, od Dzieci Bożych do Domowego Kościoła.

Czy uczestnictwo w oazie może być terapią dla osób przeżywają­cych tak poważne problemy? Tyle razy małżeństwa w kryzysie słyszą radę, by włączyć się w DK, bo przecież i rozmowy i dialog małżeński, i przykład innych… Dzieci z rodzin dysfunkcyjnych zgłasza się na ODB, a młodzież liczy na to, że gdy trafi do grupy oazowej jej problemy jakoś miną. Są animatorzy, księża, wreszcie grupa – czy oni pomogą?

Oaza nie jest wspólnotą terapeutyczną i NIE – nie jest terapią i nie ma nią być. Ma inny cel i inne możliwości. Grupy są, ale formacyjne i dzielenia, a nie terapeutyczne. Ani moderator ani animator nie może i nie powinien być terapeutą oazowicza, nawet jeśli posiada takie uprawnienia zawodowe. Po prostu to inna rola i nie powinno się tego mieszać. Nie ten czas, nie to miejsce i nie te osoby. Próbując terapeu­tyzować najczęściej poważnie szkodzi się danej osobie, nie tylko zanie­dbując właściwy cel oazy, ale też rozgrzebując sprawy, które wymaga­ją pieczołowitości i fachowości, żeby się nie rozogniły i nie przytłoczy­ły „nosiciela”.

Czy to znaczy, że dla osób z problemami nie ma miejsca w Ruchu? Nie, po prostu poważne problemy wymagają terapii, zgłoszenia się do specjalisty, a nie oazy ZAMIAST tego. Owszem, oaza prócz swego charyzmatu może być dodatkowo specyficzną grupą wsparcia, emo­cjonalnie bezpiecznym środowiskiem w którym człowiek może się wy­gadać, powoli ośmiela się wyjść ze swojej skorupki i być sobą, pono­sić ryzyko zmian. Tu można znaleźć siłę, dobre przykłady, nauczyć się rozmawiać i być przyjmowanym przez innych. Ale jest to raczej wsparcie, a najczęściej nawet edukacja i profilaktyka różnorodnych dysfunkcji, a nie terapia. Oaza, wiara, religijność, modlitwa nie chro­nią przed problemami, czy przed różnorodnymi zaburzeniami typowo społecznymi i psychologicznymi, ani ich nie leczą. Ciężkie dzieciń­stwo, depresja bądź trudności w komunikacji, tak jak niedosłuch, grypa lub złamanie ręki może się przytrafić każdemu, bez względu na „stopień świętości” i zaangażowanie we wspólnotę. Od konkretnych problemów są konkretni fachowcy, na choroby są lekarstwa – a na za­burzenia terapeuci. Nie ma co się bać i zwlekać w zadbaniu o siebie oraz swój rozwój w sposób trafny i skuteczny, we właściwym miejscu.