Eucharystia

(146 - wrzesień - październik 2006)

Trwajcie mocni

Krzysztof Jankowiak

Refleksje liturgiczne po pielgrzymce Papieża do Polski

Minęło już kilka miesięcy od pielgrzymki papieża Benedykta XVI do Polski. Mogliśmy przeczytać wiele podsumowań, słowa Papieża pewnie jeszcze długo będą przedmiotem analiz i refleksji (mam w każdym razie nadzieję, że tak będzie). Ja - patrząc jakby od drugiej strony - chciałbym podzielić się kilkoma refleksjami liturgicznymi, które zrodziły się we mnie dzięki uczestnictwu w Eucharystii sprawowanej w Krakowie na Błoniach.

Na pierwszą rzecz zwróciłem uwagę już w chwili otrzymania modlitewnika. Jakie śpiewy zaproponowano na liturgii?  Wielkanocne. „Nie zna śmierci Pan żywota”, „Wstał Pan Chrystus z martwych ninie”, „Zwycięzca śmierci”, „Otrzyjcie już łzy płaczący”. Od Wielkanocy mijało w tym czasie dokładnie sześć tygodni. Przypomniało mi się w tym momencie kazanie na pogrzebie ks. Stanisława Hartlieba, moderatora Ruchu Światło-Życie, wybitnego liturgisty, proboszcza Konarzewa. Tak go wspominano: „Tłumaczył że zmartwychwstanie Pana jest najpotężniejszym źródłem radości i nadziei. Pilnował, aby święta wielkanocne i Pięćdziesiątnica radości, jaka następuje po nim, nie została przysłonięta przez «łąki zielone i cieniste gaiki», ale żeby prowadziła ku spełnieniu w Uroczystość Zesłania Ducha Świętego”.

Od czasu gdy ks. Hartlieb wprowadzał w swojej parafii odnowę liturgiczną, wiele się zmieniło (także dzięki jego pracy). Mniej pewnie jest już parafii, w których w maju śpiewa się pieśni maryjne, ignorując tematykę liturgii i trwający okres wielkanocny. W jak wielu jednak są obecne pieśni wielkanocne? Właśnie te typowe, wszystkim znane, wszystkim jednoznacznie kojarzące się z Wielkanocą? Czy nie jest tak że z biegiem czasu śpiewy wielkanocne zanikają i są zastępowane przez zwykłe pieśni eucharystyczne?

Zasady dobierania śpiewów są jasne. „Nie wystarcza by pieśń była «eucharystyczna»; jest rzeczą właściwą, aby śpiew odpowiadał części Mszy świętej, świętom lub okresom liturgicznym” - mówi instrukcja „Musicam sacram” (n. 36). A „List okólny o przygotowaniu i obchodzeniu Świąt Paschalnych” wydany przez Kongregację Kultu Bożego stwierdza: „Śpiewy w celebracjach, zwłaszcza w Eucharystii, a także w nabożeństwach, niech będą zgodne z charakterem tego okresu i jak najbardziej odpowiadają tekstom liturgicznym” (n. 19).

Dobierając śpiewy na liturgię w pierwszym rzędzie sięgamy do śpiewów wiążących się tajemnicą danego dnia czy święta, na drugim miejscu do pieśni danego okresu liturgicznego. Oczywistą jest rzeczą, iż w praktyce zawsze będzie trzeba sięgnąć do pieśni okresowych - raczej nie zdarzy się, by było tyle śpiewów, które podejmują temat danego dnia. W okresie wielkanocnym powinno się więc śpiewać pieśni wielkanocne, choć czytania mszalne w dalszych tygodniach już wprost o zmartwychwstaniu nie mówią.

Dokładnie tak było w Krakowie. Na wejście zaproponowano pieśń mówiącą o tajemnicy dnia a więc o Wniebowstąpieniu, oprócz tego śpiewano niemal wyłącznie pieśni wielkanocne. Marzyłoby mi się, by ta liturgia stała się wzorem dla Mszy świętych w naszych parafiach. Zdaję sobie sprawę, że wielu organistów i kapłanów nie mogło jej śledzić - była to przecież niedziela i w tym czasie odprawiano msze parafialne - mam jednak nadzieję, że na ten przykład będzie można się powoływać i że będzie to przykład przekonujący.

Druga refleksja wiąże się z językiem papieskiej liturgii - odprawiano ją w znacznej części po łacinie. We Mszy łacińskiej uczestniczyłem na tyle dawno, iż mogę mówić, że było to dla mnie nowe doświadczenie. Co mi przyniosło to doświadczenie? Na pierwszym miejscu ogromną wdzięczność za to, że obecnie możemy uczestniczyć w liturgii w ojczystym języku. Miałem oczywiście przed sobą modlitewnik, w którym w sąsiadujących kolumnach znajdował się tekst łaciński i polski. I zobaczyłem, że nie jest się w stanie czytać dwóch kolumn jednocześnie. Ułożenie obok siebie dwóch tekstów pozwala z grubsza zorientować się, w którym miejscu jest modlitwa. I tyle. A trzeba dodać, że swego czasu łaciny się uczyłem, więc wypowiadane słowa nie były całkowicie mi obce.

     Zrozumiałem, dlaczego w dawnej liturgii popularne były tak zwane „ciche Msze”, w których kapłan po cichu wypowiadał teksty modlitw, a uczestnicy liturgii w tym czasie śpiewali pieśni, albo odmawiali różaniec. Po prostu jeśli i tak nie byli w stanie zrozumieć, nie było wielkiej różnicy. Często słyszałem i czytałem o wielkiej pomocy, jaką były mszaliki zawierające obok łacińskiego tekst polski. Niewątpliwie, była to jakaś pomoc, ale tak naprawdę jedynie pomoc do tego, by z grubsza zorientować się, w którym momencie aktualnie Msza się znajduje. A trzeba zauważyć, że podczas Mszy na Błoniach całość liturgii znajdowała się po kolei w jednej książeczce. Nie było więc, jak w dawnych mszalikach, konieczności przeskakiwania do tekstów okresowych.

Dziś dzięki Mszy w języku ojczystym możemy naprawdę modlić się tekstami mszalnymi. Możemy iść za słowami kapłana, nawet przy najdłuższych modlitwach. Możemy zachwycić się pięknem modlitw, zobaczyć całe ich bogactwo. Do rzeczy dobrych człowiek łatwo się przyzwyczaja i traktuje je jako sprawę naturalną. Msza na Błoniach pozwoliła mi docenić piękno tego, co mamy na co dzień dzięki reformie soborowej.

Zarazem jednak ta liturgia utwierdziła mnie w słuszności drogi wskazanej przez Kościół w najnowszym wydaniu „Wprowadzenia do Mszału Rzymskiego”. Czytamy tam: „Ponieważ obecnie coraz częściej gromadzą się wierni różnych narodowości, wypada, aby potrafili razem śpiewać w języku łacińskim przynajmniej niektóre części stałe Mszy świętej, zwłaszcza symbol wiary i modlitwę Pańską” (n. 41). Przy całej bowiem słuszności odprawiania liturgii w językach ojczystych, zawsze będą sytuacje, gdy jeden język nie wystarczy - czy to międzynarodowe zgromadzenia, czy jak na Błoniach, Msza papieska. Dobrze byłoby więc, abyśmy wszyscy po prostu znali łacińskie teksty stałych części Mszy świętej i znając je, mogli w takich sytuacjach modlić się ze zrozumieniem. Warto więc uczyć łacińskich modlitw w parafiach, wydaje mi się, że taka nauka mogła by wejść na stałe do formacji Ruchu. Może oaza III stopnia, podczas której staramy się wejść w tajemnicę Kościoła, mogłaby być czasem takiej nauki?

Trzecia myśl dotyczy czytań i wiąże się nie tylko z tą liturgią ale z wszystkimi liturgiami papieskimi i w ogóle wszelkimi dużymi liturgiami. Istnieje w Kościele funkcja lektora - osoby powołanej do czytania Pisma Świętego w czasie liturgii, ustanowionej do tego przez biskupa. We „Wprowadzeniu do Mszału” czytamy: „Lektor jest ustanowiony do wykonywania czytań z Pisma Świętego, z wyjątkiem Ewangelii. (...) W celebracji eucharystycznej lektor ma właściwą mu funkcję, którą on sam winien pełnić” (n. 99). Jeśli więc jest w czasie liturgii obecny lektor to on i tylko on powinien czytać czytania. „Wykonywanie czytań poprzedzających Ewangelię należy do lektorów. Wspólnota powinna przygotowywać do tej funkcji zarówno mężczyzn, jak i kobiety” - precyzują „Wskazania Episkopatu Polski po ogłoszeniu nowego wydania Wprowadzenia do Mszału” (n. 13). Inne osoby, jak mówi „Wprowadzenie”, mogą czytać tylko wówczas, gdy lektora nie ma: „Gdy nie ma ustanowionego lektora, do wykonywania czytań z Pisma Świętego winny być upoważnione inne osoby świeckie, nadające się do pełnienia tej funkcji i starannie przygotowane, ażeby wierni słuchając natchnionych czytań, przejęli się żywą miłością Pisma Świętego” (n. 101).

     Nie sposób mówić o braku lektora w czasie wielkich liturgii. A jednak wówczas czytania czytają przeważnie osoby nie będące lektorami - zazwyczaj specjalnie do tego zaproszeni dorośli. Nie budzi to niczyjego sprzeciwu, instynktownie czujemy, że w czasie takiej liturgii to właśnie dorośli powinni czytać Słowo Boże.

     Pytanie, jakie się nasuwa, dotyczy więc w sumie nie tych liturgii, co raczej zwyczajnej praktyki. Jak się tak naprawdę traktuje posługę lektoratu? Czy nie jest to tylko rodzaj bodźca dla nieco starszych ministrantów? Kiedy czytam o ustanowieniu kilkudziesięciu lektorów, a wszyscy oni są w wieku gimnazjalnym lub co najwyżej licealnym, zastanawiam się: ilu z nich będzie pełniło tę posługę po pięciu latach? A ilu po dziesięciu latach? Czy powołanie do posługi powinno być z założenia tymczasowe?

     W tym miejscu pojawia się jeszcze bardziej zasadnicze pytanie: o posługi liturgiczne osób dorosłych. Bardzo cenną rzeczą jest służba liturgiczna chłopców w wieku szkoły podstawowej, gimnazjum czy liceum - na pewno pomaga wejściu w życie wiary, sprawia że odnajdują oni swoje miejsce w liturgii. Ale z drugiej strony służba osób dorosłych może być bardzo mocnym świadectwem, że wiara, głębsze zaangażowanie religijne, nie jest tylko przygodą młodości, ale właśnie znakiem dojrzałości człowieka. Myślę, że te dwie sprawy dadzą się pogodzić - może w parafii obok siebie istnieć służba liturgiczna chłopców i można te posługi otwierać na osoby dorosłe. Gdyby w parafiach normalną rzeczą było istnienie dorosłych lektorów, nie byłoby kłopotów ze znalezieniem odpowiednich osób do czytania Słowa Bożego w czasie wielkich liturgii. „Wskazania Episkopatu” zresztą wprost mówią: „Z zasady czytania powinni wykonywać dorośli” (n. 13).

I tak się zastanawiam... Kręgi Domowego Kościoła z mojej parafii opiekują się jedną z Mszy niedzielnych. Czytamy czytania, komentarze, niesiemy dary. Kilkanaście osób jest regularnie zaangażowanych w tę posługę. Ciekawe, co by się stało, gdybyśmy zgłosili się do biskupa, zarówno panowie jak i panie, z prośbą o ustanowienie nas lektorami. Wszak regularnie tę posługę pełnimy. A może spróbujemy?