Diakonia

(131 - lipiec - sierpień 2004)

Twoja wola, Ojcze

Magdalena Trybus

Praktycznie nie istnieje życie wiary bez ducha służby. Dopiero w nim przejawia się prawdziwe chrześcijaństwo

"Wiedzący dobre i złe” — tak Bóg mówi o człowieku po grzechu pierworodnym, kiedy wygania go z raju (por. Rdz 3,22). Zaskakująco dla nas stwierdza, że jesteśmy jak On. Poprzez nieposłuszeństwo staliśmy się tymi, którzy ustanawiają normę dobra i zła. Stanęliśmy na miejscu Boga.

Sytuacja chaosu, napięcia i niepokoju odwracana jest nieustannie przez Chrystusowe posłuszeństwo krzyża. Parafrazowane przez człowieka rajskim nieposłuszeństwem szatańskie „nie będę służył” staje się słabe w konfrontacji z wypowiadanym przez Jezusa „niech się stanie Twoja wola, Ojcze”.

Te dwa opozycyjne, ale w przedziwny sposób dopełniające się wydarzenia historii zbawienia: upadek pierwszych rodziców i Pascha Jezusa, w pełni opisują sytuację człowieka wierzącego, odczytującego wezwanie do służby Bogu, bardzo szeroko pojętej. Praktycznie nie istnieje życie wiary bez ducha służby. Dopiero w nim przejawia się prawdziwe chrześcijaństwo. Od niego też rozpoczyna się „problem” z naszym chrześcijaństwem, a raczej z jego autentyzmem Tak naprawdę dopiero poprzez ducha służby stajemy się prawdziwymi świadkami Chrystusa, niosącymi nadzieję światu. Dobrze jest więc co jakiś czas zadawać sobie pytania: czym tak naprawdę jest duch służby? Kiedy służę Bogu? Czy Bóg chce tego, co robię? Gdzie jest na dziś moje miejsce służby? I odpowiedzi konfrontować z tym, na co wskazuje Słowo Boga.

A ono nieustannie pokazuje na Chrystusa. Popatrzmy czy mamy ducha służby. Cóż znaczy mieć ducha służby?

Historia rozpoczyna się chrztem Jezusa w Jordanie, podczas którego przyjmuje On misję wyznaczoną mu przez Ojca. Zobaczmy, że przyjmuje ją w duchu posłuszeństwa. Przejawem tego jest właśnie sam fakt chrztu. Jezus go nie potrzebował jako Bóg, ale w duchu posłuszeństwa Ojcu, na znak że jest gotów wziąć na siebie skutki grzechu ludzkiego, bo tak chce Ojciec, czyni to i otrzymuje Ducha Świętego, który namaszcza Go do tej misji. My też często rozpoznajemy miejsce swojej posługi, podejmujemy ją ochoczo i Bóg nam błogosławi mocą Ducha Świętego. Jednak to dopiero początek.

Dalej Duch Święty wyprowadza Jezusa na pustynię. Właśnie pustynia odsłania słabe miejsca ducha służby, bądź pokusy, jakie mogą zniszczyć tego ducha. Pierwsza — pokusa władzy. W trakcie pełnienia diakonii mogę czuć braki swojego człowieczeństwa, niemożności i różnego typu ograniczenia ze strony innych. Wtedy grozi mi pokusa rezygnacji z dialogu z Bogiem i drugim człowiekiem na rzecz skorzystania z posiadanego „przywileju stołka”. Druga pokusa — posiadania za wszelką cenę. Nigdzie nie jest napisane, że to, co robię, mam robić zawsze i tak, jak zawsze. Kruszę kopie o wypracowane przeze mnie racje, ale czy zawsze słusznie? Chcę mieć takich a nie innych współpracowników, ale czy to są rzeczywiście ci, którzy być mają? Wybieram i gromadzę uczniów jacy mi odpowiadają, ale czy do nich jestem posłany? Pokusa pychy rajskiego grzechu „bycia wiedzącym dobro i zło” wraca jak echo, gdy kłaniam się własnemu „ja”. Trzecia — pokusa bierności: „rzuć się w dół”, mówi szatan, „Bóg cię schwyci, On zrobi wszystko za ciebie”. Nic podobnego — nie dajmy się zwieść. Bóg niczego nie zrobi beze mnie, jeśli nie będę gotów podjąć działania.

Jezus wyszedł z pustyni pełnić swoją posługę. Zastał niezrozumienie najbliższych w Nazarecie, niezrozumienie ze strony uczniów, gdy mówił im spożywaniu Chleba Życia, niezrozumienie ze strony tłumów szukających Go po rozmnożeniu chleba, chcących obwołać Go królem, niezrozumienie Piotra, który odwodzi Go od wypełnienia woli Ojca. Nie chcą Go też przyjąć w ziemi Gergezeńczyków, choć czynił dobro, nie doświadcza wdzięczności od dziewięciu trędowatych Izraelczyków, donosi na Niego Żydom uzdrowiony przez Niego nad sadzawką Betesda. Jezus jednak nie zraża się tym, jest wierny dziełom, jakie dał Mu do wypełnia Abba.

Tuż przed wypełnieniem przez Jezusa do końca woli Ojca poznajemy sedno ducha służby. Patrzymy na Jezusa w Wieczerniku, gdzie umywa uczniom nogi. On czyni się niewolnikiem już nie tylko Tego, który Go posłał, ale też tych, których dał Mu Ojciec. To dla nich traci swoje życie, bo oni tego potrzebują, potrzebują Jego miłości, potrzebują wolności, potrzebują zbawienia. Z Wieczernika wędrujemy za Jezusem do Ogrójca. Walka z samym Bogiem. Walka człowieka, który nie umie, nie potrafi przyjąć i zrealizować zadania powierzonego przez Stwórcę. Ten, jednak, który zaufał Panu, Bogu swemu wie, że On wszystko może i to On będzie wykonawcą dzieła. Człowiek zaś jest narzędziem w Jego ręku. To ciężka, jeśli nie najcięższa próba dla ducha służby, w której kruszy się reszta ludzkiego „ja”, gdzie wola człowieka ma być równa woli Boga samego. Podążamy dalej za Zbawicielem.

W popychaniu Jezusa od Kajfasza, przez Heroda do Piłata dwa momenty zasługują na zauważenie: kiedy uderza Jezusa sługa arcykapłana i dialog z Piłatem. Być człowiekiem ducha służby to nie znaczy być „kozłem ofiarnym”, popychadłem, zapchajdziurą, łapaczem posług budujących moje poczucie spełnienia, ale posiadającym umiejętność powiedzenia „dlaczego mnie bijesz?” Mieć ducha służby nie oznacza zgody na wszystko, ale umiejętność powiedzenia „ja przyszedłem dać świadectwo prawdzie”.

Duch służby Chrystusa to duch posłuszeństwa krzyża. Służyć w duchu Chrystusa to wyrazić zgodę na przyjęcie zła, jakim jest cierpienie samo w sobie. Jezus nie musiał cierpieć — był Bogiem, można było dokonać naszego odkupienia inaczej, ale zgodził się przyjąć to zło dla mnie, abym ja mógł żyć, abym czuł się kochany. Chcę służyć w duchu Zbawiciela, więc zgadzam się cierpieć, znosić zło — nie samo w sobie, ale w duchu posłuszeństwa dla zbawienia siebie i innych, którym jest to potrzebne.

Na końcu śmierć. Śmierć, która wydaje się być bezsensowną. Jestem gotowy do służby w duchu Chrystusa, to znaczy jestem gotowy na śmierć, na śmierć wobec swoich grzechów, przyzwyczajeń, sposobu myślenia, planów, na śmierć swoich osiągnięć, dzieł, relacji, wszystkiego co mnie stanowi itd. aby wypełnić wolę Ojca. Dopiero z takiej śmierci tryska zmartwychwstanie. Dopiero z tak pojętego ducha służby rodzi się życie w sercu drugiego człowieka. Jezus bowiem mówi: „Sługa nie jest większy od swego Pana. Błogosławieni (szczęśliwi) jesteście, jeśli to wiecie i tak postępujecie.” (J 13, 15–17)

Nie jestem jednak tego w stanie uczynić bez zjednoczenia z Chrystusem. Mieć ducha służby, to mieć ducha Chrystusa, a więc być zjednoczonym z Tym, który jest moim Oblubieńcem.