Cierpienie

(149 - luty - marzec 2007)

Tylko byś był, nic więcej

ksiądz (świadectwo)

Nie umiałem zaakceptować swojej bezradności wobec choroby i śmierci. Nie potrafiłem znieść myśli o tym, że nie mogę nic zrobić

Sylwia chodziła do Va. Uczyłem ją potem do końca podstawówki. Później trafiła, podobnie jak jej rodzeństwo, do naszej oazowej wspólnoty. To był piękny czas - dużego wzrostu liczebnego, dynamizmu, radości. Przyjęła Jezusa jako swego Pana i Zbawiciela, wyjeżdżała na wakacyjne oazy. W tej pracy zostawiłem duży kawałek swojego serca. Gdy odszedłem z parafii, często wracałem myślą do tych ludzi i do tej wspólnoty. Dużo było w niej pięknych dziewcząt, ale najpiękniejsze oczy (a to jest w człowieku najważniejsze) miała Sylwia.

Prawda o zdrowiu Sylwii, o jej ciężkiej chorobie, docierała powoli. Nikt się raczej nie afiszuje: „Ja mam nowotwór!" A z drugiej strony trudno przyjąć myśl: „Ty masz raka". Tak jednak było. U Sylwii rozpoznano nowotwór i to w dużym stopniu zaawansowania. Jej trwająca cztery lata choroba, cierpienie, jej krzyż i jej śmierć, była dla mnie wielką lekcją życia. Trudną i bolesną.

Nie byłem w tej szkole piątkowym uczniem, wiele zadań oblałem, wielu rzeczy się wstydzę, ale czegoś się nauczyłem. Chciałbym wam o tym opowiedzieć. Może wy nie popełnicie moich błędów.

Nie zgrzeszyłem obojętnością. Sylwia w czasie swej choroby ciągle była obecna w moich myślach, w moich modlitwach. Żadna intencja w moim życiu nie miała tylu odprawionych Mszy Świętych. Nie zgrzeszyłem też myślą: „Dobrze, że to na mnie nie trafiło". Potrafiłem bowiem się modlić prosząc Boga, by dał mi jej chorobę, dał mi jej śmierć, a jej dał życie, męża i dzieci.

Nie zgrzeszyłem też brakiem czynu - gdy tylko mogłem służyłem swoim samochodem, by Sylwia mogła jechać na kolejne badania, czy terapie. Byłem gotów zrobić co się tylko da. Gdy na kilka dni przez śmiercią odebrałem telefon z prośbą o udzielenie sakramentu namaszczenia chorych, natychmiast zadzwoniłem do szkoły, że nie przyjdę na lekcję i po kwadransie siedziałem już w samochodzie, by pokonać 100 km, by zdążyć. Zdążyłem.

Czym zatem zgrzeszyłem? Z czego oblałem?

Nauka przyszła już po śmierci, po pogrzebie, po wielu miesiącach. Dotarła do mnie jak olśnienie, objawienie, oczywistość! Wielka radość z odkrycia i równie wielki smutek, że tak późno.

Znamy starą fromowską alternatywę: „być" czy „mieć"? Na pozór zgrabna, ale chyba mało opisująca rzeczywistość. Bo kto, przynajmniej oficjalne, przyzna się, że ważniejsze jest „mieć"? Każdy, jeśli nie będzie skończonym cynikiem, przynajmniej poudaje, że chce „być".

Popatrzmy jednak na inną alternatywę: „być" czy... „działać"? To ciekawsza alternatywa, bo trudno w niej o szybkie odpowiedzi. I ta alternatywa stanęła pewnego razu przede mną. Kim jestem, co preferuję? Bycie czy działanie? I odpowiedź: moje życie to działanie - w przypadku choroby Sylwii było to pożyczanie samochodu, pieniędzy, modlitwa, odprawianie Mszy świętych, udzielanie sakramentów, ofiarowanie swojego życia.

Działać, robić, pracować! To ważne, na pewno. Czego jednak zabrakło? Tego, by „być"! Sylwia potrzebowała, by ktoś przy niej był - ja nie umiałem. Tego „być" potrzebowała jej siostra - ja uciekałem. Tego samego potrzebowali rodzice - ja nie potrafiłem.

Nie dlatego, że było mi to obojętne, nie dlatego, że mnie to nie obchodziło. Obchodziło i to bardzo! Ale nie umiałem. Nie umiałem zaakceptować swojej bezradności wobec choroby i śmierci. Nie potrafiłem znieść myśli o tym, że nie mogę nic zrobić. Nie potrafiłem wyobrazić sobie siebie trzymającego kogoś za rękę i patrzącego jak ten ktoś umiera, odchodzi.

Sylwia przez cztery lata niosła swój krzyż. Czego potrzebowała? Na pewno pomocy, troski, dbania o jej potrzeby, czynu, ale potrzebowała także „obecności". Dobrze, że byli przy niej rodzice, dobrze, że miała rodzeństwo. Mnie... zabrakło.

Gdyby święta Weronika myślała tak jak ja, nigdy by nie wyszła na krzyżową drogę, bo przecież i tak by nie pomogła, nie uratowała, nie ocaliła. Uciekłaby w jakąś ciemną dziurę i tam płakała.

Spotykamy w życiu ludzi, którzy cierpią, którzy niosą swój krzyż. Dobrze jest pamiętać, że potrzebują nie tylko Szymona z Cyreny, ale i Weroniki, ale i płaczących, bezradnych niewiast, ale i Matki, która może nawet nie miała szans dotknąć ręki swojego Syna i nie mogła powiedzieć ani słowa. Ludzie potrzebują naszego działania, ale także (a może przede wszystkim) naszej obecności.

Byłem obecny na pogrzebie Sylwii. Wiedziałem, że będę płakał i dlatego tekst kazania napisany był bardzo dużą czcionką. To były te słowa:

„Przyszliśmy na pogrzeb Sylwii. W tej trumnie znajduje się jej martwe ciało. Mamy przed sobą dwie możliwości. Możemy, jak mówi św. Paweł, wpatrywać się w to co widzialne, albo wpatrywać się w to, co niewidzialne.

Co widzimy wpatrując się w to co widzialne? Zobaczyć możemy zmaltretowane chorobą, wychudzone, zniszczone cierpieniem ciało człowieka. Widzimy życie, które rozpadło się jak domek z kart, gdy cztery lata temu odkryto nowotwór. Widzimy kogoś, kto nie zrealizuje się jako dorosła osoba. Sylwia nie zacznie pracować, nie założy rodziny, nie urodzi dzieci. Wpatrując się w to, co widzialne widzieć można jedynie bezsens, ciemność, rozpacz i śmierć. I biedni są ci z nas, którzy potrafią dostrzec tylko to, co widzialne okiem.

Ewangelia, Jezus Chrystus, każe nam widzieć także to, co niewidzialne. Św. Paweł pisze: «To bowiem co widzialne przemija, to zaś, co niewidzialne, trwa wiecznie». Paweł wyznaje wiarę, «że Ten, który wskrzesił Jezusa, przywróci życie także nam». Uczy nas, że to, co niszczeje, to co umiera to człowiek zewnętrzny, to ludzkie ciało, które rozpada się w proch. Ciało jednak to nie cały człowiek. Mamy także duszę. «Wiemy (...), że jeśli nawet zniszczeje nasz przybytek doczesnego zamieszkania, będziemy mieli mieszkanie od Boga, dom nie ręką uczyniony, lecz wiecznie trwały w niebie».

Siostry i bracia, nie poddawajmy się zwątpieniu. Ta chwila jest bardzo trudna. Trudna dla rodziców Sylwii, dla jej rodzeństwa, rodziny, dla bardzo wielu z nas. Stajemy wobec pokusy, by oskarżać za tę śmierć Boga, by rzucić w niebo gorzkie słowa, że to niebo jest puste. A jeśli nawet jest tam jakiś Bóg, to nie interesuje się światem, a jeśli interesuje, to nie jest miłosierny, a jeśli nawet ma miłosierdzie, to jest bezsilny. Bo tyle zaniesiono tam modlitw, tyle odprawiono Mszy świętych, tyle złożono ofiar... I nic to nie dało. Nie ulegnijmy tej pokusie. Nie patrzmy tylko na to co widać - bezsensowną po ludzku śmierć młodej dziewczyny.

     To nie Bóg wymyślił śmierć. To nie Bóg zaplanował, że człowiek ma chorować i cierpieć. Bóg chce życia. Bóg jest samym życiem. I ci, którzy w Bogu umierają, należą do Boga i w Bogu żyją. Odchodzą od nas, ale żyją w Bogu, prawdziwie i realnie. I czekać będą na dzień zmartwychwstania, gdy otrzymają uwielbione ciało i w pełni cieszyć się będą nowym życiem, na nowej ziemi, gdzie Bóg otrze wszelką łzę, gdzie nie będzie chorób, gdzie nie będziemy cierpieć i umierać.

Jest wiele pytań, na które tu na ziemi nigdy nie otrzymamy odpowiedzi. Jednym z nich jest to, dlaczego Sylwia umarła. Mimo tego ufajmy Bogu i w Nim złóżmy całą naszą nadzieję. On z największego zła potrafi wyprowadzić dobro.

Siostry i bracia! Sylwia nie była dzieckiem bogaczy. Są na świecie milionerzy, są ludzie, którzy mają wszystko czego dusza zapragnie. Sylwia miała jednak więcej od nich - miała miłość swoich rodziców, swojej rodziny i tych, którzy ją kochali. To więcej znaczy.

Sylwia zachorowała po swojej maturze. Nie skończyła żadnych studiów, nie zdobyła naukowych tytułów, ale czyż miłość, którą miała, nie jest ważniejsza od wiedzy?

Ludzie żyją lat siedemdziesiąt, osiemdziesiąt czy dziewięćdziesiąt. Wielu uskarża się na swój los, na swoją samotność, opuszczenie. Sylwia żyła krótko, ale było to życie, w którym doświadczyła tego co najważniejsze - miłości. Gdy myślałem o Sylwii w ostatnich dniach jej życia pomyślałem, że nie znam na świecie kogoś kto by tak był kochany. Zazdrośćmy jej takiego życia. Nie patrzmy zatem na jej życie, jak na życie przegrane. To życie doświadczyło tego co najważniejsze - miłości.

I chciałbym nas wszystkich prosić, byśmy sobie to właśnie na tym pogrzebie przypomnieli, że najważniejsza na tym świecie jest miłość.

Siostry i bracia! Jechałem tutaj z postanowieniem, że przy grobie Sylwii, przyrzeknę sobie, Bogu i wam, że będę lepszym księdzem, lepszym człowiekiem, że będę starał się kochać, bo przecież tylko miłość tak naprawdę liczy się w naszym życiu - nic innego się nie liczy.

I proszę, jeśli chcecie, uczyńcie to samo. Obiecajmy sobie, na jej grobie, że będziemy kochać, że będziemy się jednać, przepraszać, przebaczać. Że starać się będziemy być lepszym ojcem, lepszą matką, siostrą, bratem, przyjacielem. Tylko miłość się liczy - nic innego nie jest ważne. Bóg z miłością oddał za nas życie, uczmy się i my oddawać życie za swoich przyjaciół".

Teraz do tego kazania dodałbym jeszcze jedno zdanie. „Bóg nie tylko oddał za nas życie, On także obiecał, że BĘDZIE z nami aż do skończenia świata. Tak jak od Niego uczymy się oddawać życie, tak od Niego uczmy się BYĆ z innymi".

Staram się odwiedzać grób Sylwii. Zapalam lampkę i modlę się za nią. Dziękuję za lekcję, której mi udzieliła i proszę ją, by pomogła mi mądrzej żyć.