Animator

(174 - wrzesień - październik 2010)

Uczestniku, gdzie jesteś?

Agnieszka Dzięgielewska

czyli skąd się bierze grupa formacyjna

Może się wydawać, że trudno jest zostać animatorem. Po formacji podstawowej trzeba zdobyć się na wysiłek uczestniczenia w szkole animatora, trzeba zdobyć wszystkie potrzebne umiejętności, trzeba się nieustannie rozwijać. To wszystko prawda, ale pozostaje jeszcze jeden ważny aspekt. Można być najlepiej przygotowanym do swojej posługi animatorem w całym Ruchu. Na nic się to jednak nie przyda, jeśli nie ma osób, które można animować. Animator jest sługą tych, którzy potrzebują formacji. Bez uczestników nie ma więc animatora.

A skąd się biorą uczestnicy? Istnieje wielu animatorów, zwłaszcza w większych wspólnotach, którzy nigdy się nie musieli nad tym zastanawiać. Uczestnicy po prostu byli, a problemem mógł być co najwyżej brak animatorów, nigdy w drugą stronę. Ale nawet w takim przypadku uczestnicy nie biorą się znikąd.

Do Ruchu Światło-Życie, do formacji, prowadzi kilka dróg. Każda z nich jest formą ewangelizacji. Każda z nich ma służyć zebraniu grupy przez animatora. Nawet jeśli animator nie zdaje sobie z tego sprawy.

 

Ewangelizację, mającą na celu zebranie grupy osób, które chcą się wspólnie formować, można zasadniczo przeprowadzić na dwa sposoby – osobiście, albo korzystając z pomocy innych.

Ojciec Blachnicki jako ideał widział ewangelizację indywidualną, w której animator sam, swoim słowem, przykładem i stylem życia pociągałby innych, z których z czasem tworzyłby swoją grupę formacyjną. Jak zebrać tyle osób? Najlepiej przez indywidualne rozmowy – np. w szkole, na studiach, w najbliższym otoczeniu. Kluczem do sukcesu jest tutaj rozmawianie w taki sposób, jaki trafi do potencjalnego przyszłego uczestnika.

Trudno jest zebrać grupę w środowisku rówieśniczym zaczynając od razu od głoszenia kerygmatu. Najpierw trzeba mieć o czym ze sobą rozmawiać – znaleźć jakieś wspólne pasje, zainteresowania. Słowa nie pociągają tak, jak przykład. Najlepsze efekty zdaje się przynosić metoda sprowokowania rozmówcy do zadania animatorowi pytania „dlaczego żyjesz tak, jak żyjesz”. Wtedy można zacząć rozmowę o tym, gdzie leży źródło radości, pokoju, entuzjazmu. Wtedy można powiedzieć „chodźcie, a zobaczycie”. A potem sukcesywnie, krok po kroku, prowadzić uczestników do formacji, a potem drogą formacji w Ruchu.

Oczywiście, najlepsze są rozmowy twarzą w twarz. Jednak aby do takiego kontaktu doprowadzić, można wykorzystać narzędzia, które daje nam do ręki postęp. Znam jednego animatora, który zebrał sobie grupę za pomocą komunikatora internetowego. Po prostu wykorzystał funkcję wyszukiwania osób, które są zalogowane w najbliższym otoczeniu jego domu. Wybrał filtrowanie według przedziału wieku gimnazjum i zaproponował wspólne kopanie piłki. Wysłał ok. 45 zaproszeń. Odpowiedziało 8 osób (co ciekawe, w tym dwie dziewczyny). Spotkali się raz, drugi, trzeci. Gimnazjaliści zaczęli pytać, dlaczego jemu się chce poświęcać dla nich czas, uczyć ich gry w nogę. Powiedział. Zaprosił na spotkanie wspólnoty. Przyszły cztery osoby. Trzy zdecydowały się na formację. Jedna z nich przyprowadziła brata. Ta czteroosobowa grupa jedzie w tym roku na rekolekcje I stopnia ONŻ. A z pozostałymi, tymi, którzy nie zdecydowali się na drogę Ruchu, nadal grają w wolnym czasie w piłkę. Więc ideał, jaki widział o. Blachnicki, nadal jest do osiągnięcia.

 

Odnoszę jednak wrażenie, że obecnie – poza nielicznymi wyjątkami, jak ten opisany powyżej – trudno jest zebrać grupę 3-5 osób, które w tym samym czasie, pociągnięte nawet przykładem jednej osoby, byłyby skłonne rozpocząć drogę formacji. Współczesnym młodym ludziom brakuje determinacji w podejmowaniu decyzji. Aby się na coś zdecydować, aby podjąć jakieś działanie, wysiłek, potrzebują nierzadko impulsu, mocniejszego „momentu przełomowego”. Sytuacji, która ułatwi podjęcie ostatecznej decyzji. Takim impulsem mogą być rekolekcje ewangelizacyjne czy inne formy szerzej zakrojonej ewangelizacji. Ale tego już animator sam w pojedynkę raczej nie da rady zrobić.

Może się również okazać, że animator po prostu nie ma umiejętności komunikacyjnych, wystarczającej odwagi czy pomysłowości, aby zgromadzić wokół siebie uczestników. Pomimo tego może być świetnym animatorem – potrzebuje tylko pomocy w zebraniu grupy.

Wtedy trzeba się udać po pomoc do innych – wspólnie można zrobić więcej. Celowo nie piszę, że trzeba prosić o pomoc Diakonię Ewangelizacji. Po pierwsze nie wszędzie taka diakonia istnieje. Ale – co ważniejsze – ewangelizacja jest zadaniem całego Ruchu. Każdy z nas kiedyś został zewangelizowany, zaproszony do Ruchu – w taki czy inny sposób. Nasza droga formacji rozpoczęła się od ewangelizacji. I do niej powinna prowadzić. Przemiana, jaka zachodzi w formacji Ruchu prowadzi od tego, któremu głoszą Dobrą Nowinę, do tego, który sam ją głosi. Nie można więc tego zadania zlecić specjalistycznej diakonii i przestać się martwić.

Włączać się w ewangelizację prowadzoną przez Ruch można na wiele różnych sposobów. Można głosić kerygmat, ale można też przygotować liturgię w czasie rekolekcji, zadbać o kanapki i ciasto w czasie pikniku, stworzyć stronę internetową, zaprojektować plakat. To też są ważne i potrzebne posługi.

W ostatnim czasie moja wspólnota przeprowadzała rekolekcje ewangelizacyjne. Pierwszy etap polegał na odwiedzaniu okolicznych domów i indywidualnym zapraszaniu mieszkańców na rekolekcje. Uczestniczyła w nim cała wspólnota, nie tylko animatorzy. Roznosiliśmy też ulotki, rozwieszaliśmy plakaty, ruszyła strona internetowa rekolekcji. Drugim etapem były same rekolekcje. W ich poprowadzeniu wsparła nas Diecezjalna Diakonia Ewangelizacji, ostatniego dnia miała miejsce agapa. W tym działaniu ujawniła się różnorodność charyzmatów, jakimi dysponujemy, oraz sposób, w jaki możemy służyć wspólnocie naszymi umiejętnościami. Bo byli ci, którzy chodzili i zapraszali na rekolekcje, a byli też ci, którzy w tym czasie na kolanach przed tabernakulum prosili o Ducha Świętego dla zapraszających i zapraszanych. Byli śpiewający w scholi, byli posługujący w liturgii, informatycy tworzący stronę internetową, graficy od ulotek i plakatów, był ktoś z kontaktami do taniej drukarni, spece od nagłośnienia, ktoś dbający o żołądki ewangelizowanych (przez żołądek do serca?)… Przekonaliśmy się, że nieustannie prawdziwe i aktualne jest to, co śpiewałam na oazach już wiele lat temu: „nikt nie ma z nas tego, co mamy razem – każdy wnosi ze sobą to co ma. Zatem aby wszystko mieć, potrzebujemy siebie razem”. To była ewangelizacja nie tylko tych, którzy na nasze zaproszenie odpowiedzieli, ale i nas wszystkich. Tym sposobem każdy z nas włączył się w posługę ewangelizacji prowadzoną przez Ruch, każdy z nas włączył się w gromadzenie uczestników, w zapraszanie ich do formacji.

 

Ewangelizacja może przybierać różne formy – nie musi to być „klasyka” czyli ewangelizacja uliczna lub rekolekcje ewangelizacyjne w Adwencie czy Wielkim Poście. Można iść do szkoły zamiast spotykać się w kościele. W miastach akademickich praktykowana jest ewangelizacja na juwenaliach. Można zaprosić mieszkańców parafii na imprezę – piknik rodzinny, rozgrywki sportowe, wspólne zwiedzanie okolicy, grę miejską – pomysły można mnożyć. A przy okazji można opowiedzieć o miłości Boga, o Ruchu, zaprosić do wspólnoty.

Trzeba przy tym pamiętać o trzech ważnych sprawach – jeśli je weźmiemy pod uwagę, sukces jest gwarantowany.

Po pierwsze modlitwa – za podejmujących dzieło ewangelizacji, za ewangelizowanych. Za uczestników. Jednym z obowiązków animatora jest modlitwa za uczestników. Tych, którzy zakończyli już formację podstawową – aby wytrwali w wierności Bogu i Kościołowi (nawet niekoniecznie Ruchowi). Za obecnych, aby czas ich formacji był dla nich czasem owocnego wzrastania i stanowił depozyt, z którego będą czerpać przez całe życie. I za tych przyszłych, których Pan Bóg już dla nas przeznaczył do wspólnego formowania się – abyśmy się znaleźli, aby ich serca były otwarte na głos Boga, aby moje serce było otwarte na ich przyjęcie. Abym – jeśli taka ma być droga ich ewangelizacji – nie przegapiła momentu, w którym powinni usłyszeć ode mnie zaproszenie do wspólnoty.

Po drugie – „sukcesem” ewangelizacji nie jest to, że nasza wspólnota powiększy się o dwie nowe grupy. Ewangelizacja jest głoszeniem Dobrej Nowiny o Jezusie. Nie można skupiać się na sobie („zgromadzę sobie grupę i będę animatorem”), na wspólnocie („będziemy największą wspólnotą w rejonie”), na Ruchu („chodzi o to, żeby jak najwięcej osób należało do Ruchu”). Trzeba ewangelizować dla Jezusa. Sukcesem więc będzie i taka sytuacja, kiedy nikt nowy do naszej wspólnoty nie zawita, ale choć jedna osoba po latach pójdzie do spowiedzi. Znajdzie swoje miejsce w kościele. Włączy się w pracę scholi parafialnej czy pójdzie się formować na Drodze Neokatechumenalnej czy w kółku różańcowym. To nie porażka, to sukces.

I ostatnia sprawa, o której należy pamiętać – zanim zaczniemy ewangelizować, trzeba sobie dokładnie odpowiedzieć na pytanie, do kogo idziemy. Nie można zaczynać od postanowienia, że zorganizujemy rekolekcje. Trzeba zacząć od pytania do kogo chcemy trafić. I dopiero wtedy dobierać czas, metodę, formę ewangelizacji. Z myślą o konkretnych osobach, konkretniej grupie. Trzeba też wziąć pod uwagę możliwości wspólnoty, ilość animatorów. Nie można zaprosić ludzi do wspólnoty, a potem im powiedzieć, że nie ma ich kto dalej prowadzić. Nie można ich zaprosić w styczniu i zaproponować formację od września. Tu nie chodzi o ilość. Musimy mieć możliwość zatroszczenia się o każdego, kto przyjdzie i wyrazi chęć formowania się. Zawczasu trzeba ustalić, kto zajmie się grupą osób nowych. Co zrobimy, jeśli przyjdą tylko dwie osoby. Co zrobimy, jeśli przyjdzie dwóch gimnazjalistów i dwie emerytki. To nie wyrachowanie czy brak zaufania Bogu, ale kwestia poczucia odpowiedzialności za tych, których chcemy prowadzić.

 

 

Nie ma grupy bez animatora. Ale nie ma też animatora bez grupy. W formacji rozwijają się nie tylko uczestnicy, ale i animatorzy. Każda grupa jest inna, każda stawia inne wyzwania. Każdy uczestnik zadaje inne trudne pytania, inne rzeczy go interesują. Każdy uczestnik to dla animatora zadanie, ale i dar, który jemu samemu ma pomóc w przybliżaniu się do Boga. Niezależnie od tego, w jaki sposób ten właśnie uczestnik trafił do tego konkretnego animatora. I to – moim zdaniem – jest właśnie w posłudze animatora najpiękniejsze. Dlatego warto mieć grupę i warto włożyć wiele wysiłku w to, aby ją zgromadzić.