Rzym

(162 - styczeń 2009)

Urząd i charyzmat

ks. Henryk Bolczyk

W pierwszym dniu oazy stanąłem jako przewodniczący Eucharystii pod konfesją u Jana na Lateranie

Na niedawnym paschalnym pogrzebie świętego kapłana, moderatora Ruchu Światło-Życie ks. Marka Adaszka, ojca duchownego Seminarium Duchownego w Legnicy, mogłem wygłosić krótkie wspomnienie. Powiedziałem między innymi o wdzięczności, jaką są mu winni pierwsi uczestnicy Oaz III stopnia w Rzymie. Oprowadzając ich po bazylikach rzymskich, niezmiennie pouczał, wskazując na figury apostołów Piotra i Pawła, że „oni wszędzie są razem, od początku Kościoła”. Od początku są w jedności ze sobą urząd i charyzmat.

Piotr Apostoł został wyznaczony „do władzy kluczy”, do sprawowania i ustanawiania urzędu Kościoła, który mocą Chrystusa, z woli Ojca, w Duchu Świętym „wiąże na ziemi jako i w niebie”, „przebacza grzechy na ziemi odpuszczane w niebie”. Paweł wszedł do Kościoła drogą świadectwa wiary o Chrystusie, podobnie jak każdy z nas, chociaż jemu potrzebny był Głos z nieba, usłyszany pod Damaszkiem. Stał się wielkim charyzmatycznym ewangelizatorem narodów. Niedawni papieże naszych czasów uwiecznili swoje przekonanie o tym, obierając sobie imię: Pawła (VI), Jana Pawła (I), Jana Paw-
ła (II). Urząd Piotra też jest charyzmatem, w tym sensie, że go nie „kupił sobie”, nie uzurpował z własnego nadania, ale otrzymał, wprost od Chrystusa: na Tobie zbuduję Kościół Mój, a bramy piekielne go nie zwyciężą. Otrzymać dar, znaczy mieć udział w charyzmacie! Natomiast charyzmat urzędu pokazuje, jak nieodzowny w naszym Kościele, w naszej wierze, z ustanowienia Chrystusa jest urząd papieża - Biskupa Rzymu i urzędy biskupów lokalnych Kościołów, będących z Papieżem w jedności Kolegium Biskupów .

Nie lubimy urzędów, często z powodu przykrych doświadczeń, kiedy stojąc w kolejkach różnych urzędów ludzkich, odczuliśmy, że jesteśmy mniej ważni od „papierków”, od jakichś dokumentów. Nie daj Boże być potraktowanym bezdusznie przez urzędników... Czy jest inaczej w Kościele? Znajdziemy przykłady przykrych wspomnień z kancelarii parafialnych, czy kurialnych. Nawet niejeden biskup powiedziałby nam o swoich obowiązkowych wizytach w kongregacjach watykańskich, że również mogą mieć w sobie ładunek emocji „stających przed urzędem”. Od czego to zależy? Jak zawsze od poszczególnych osób, od dojrzałości wiary, jej realnych przypadłości. Do nich należy urząd Kościoła, Magisterium Ecclesiae.

Pierwszym celem urzędu w Kościele ma być troska o czystość wiary. Nie siedzi więc w żadnym miejscu Kościoła ktoś we własnym imieniu, żaden samozwaniec, karierowicz, oczekujący awansu, jak w cywilnym świecie, jak w wojsku. Czystość wiary obliguje każdego „sprawującego władzę” w Kościele, od zakrystiana, ministranta, pracowników biur parafialnych, aż po najwyższe urzędy w Watykanie! Zasięg i kompetencja owej „troski o czystość wiary” jest naturalnie różna u poszczególnych osób i ich miejsc sprawowanego urzędu. Ministrant różni się od biskupa - o tym nie musimy dalej mówić. Jednak pamięć o celu sprawowanego urzędu w Kościele, że jest nim troska o czystość wiary, może każdemu z członków Kościoła pomóc. Czystość wiary woła o świadectwo życia każdego „urzędnika” w Kościele, „po obydwu stronach biurka”. Owszem, bywa tak od początku Kościoła, że wieńczy troskę o czystość wiary jakiś dokument. Już w czasach apostolskich, o czym mówią Dzieje Apostolskie, apostołowie zgromadzeni w Jerozolimie rozstrzygnęli i podali na piśmie, co ocali „czystość wiary” młodego Kościoła, w zderzeniu z obyczajami pogańskimi. Pisma pierwszych papieży, mądrość ojców Kościoła, wskazujących znaczenie roli biskupa Rzymu, a potem zwołane, nieraz przez samych cesarzy - sobory, dokumentowały owoc posiedzeń i posyłały w świat „wiarygodne nauczanie, z woli Ducha Świętego i Apostołów”, chroniące wiarę od błędów. Urząd w Kościele może i powinien kojarzyć się nam bardziej z bezpieczeństwem, zdrowiem, rodziną, przyjaźnią itp., a urzędujący w Kościele jako pierwsi słudzy, stojący do naszej dyspozycji, najbliżsi prawdy o Kościele, w którym „czystość wiary” w istocie sprawdza się poprzez miłość. Skoro tylko ludzie „czystego serca” będą oglądać Boga, to sprawowanie urzędu w Kościele w takim duchu może być najpewniejszym, codziennym ćwiczeniem się w tym błogosławieństwie.

Do urzędu Kościoła należy też „rozeznawanie charyzmatów”, a więc badanie ich autentyczności i wykorzystanie ich jak najprędzej dla rozwoju Kościoła. Historia w tym zakresie przynosi różne doświadczenia. Powiedzenie: „młyny Kościoła mielą powoli” jest jedną z ilustracji problemu. Niejeden święty musiał wycierpieć odrzucenie, upokorzenie, nim jego charyzmat został uznany i przyjęty przez urząd Kościoła. Dwie tezy warto przy tej okazji przypomnieć. Pierwsza: „po owocach ich poznacie...”; druga: „wszystkie dary są dla wspólnego dobra”. Obydwa zdania pochodzą z Biblii, z natchnienia Ducha Świętego. To właśnie Osoba Ducha Świętego tworzy harmonię urzędu i charyzmatu! Jako Duch Jedności, Duch Ojca i Syna, stanowi On fundamentalną gwarancję spotkania się w każdym czasie Kościoła ludzi urzędu i charyzmatu. Zresztą, nie należy postrzegać ich jako strony, ale należy widzieć je komplementarnie: i urząd jest charyzmatem, co powyżej wzmiankowaliśmy, i charyzmat nie zadziała skutecznie w Kościele, jeśli nie będzie przyjęty przez urząd.

Możemy mówić o parach w Kościele, jako ważnym elemencie jego żywotności. Mam na myśli najpierw parę apostolską: Piotra i Pawła. A może należałoby szukać jeszcze wcześniejszej przesłanki tej tezy? Czy nie należy widzieć jej uzasadnienia w pierwszym posłaniu uczniów Chrystusa: posłał ich po dwóch..., dokąd sam pójść zamierzał? Liczy się Wola Chrystusa Pana, że w parze posłanych On sam chce być obecny. Gdzie są dwaj albo trzej w imię Moje, tam jestem pośród nich. Czy nie stąd pochodzi Pawłowe nauczanie o darach, które są dla wspólnego dobra? Świadectwo dwóch lub trzech czyniło już wcześniej, w Starym Testamencie, jakąś misję, wiarygodną! Ojcowie Kościoła widzieli w misji dwóch uczniów jedność przykazania miłości Boga i bliźniego.

     Pójdźmy dalej. W historii nawróceń ludów Europy dostrzegamy pary: we Francji Chlodwig i jego małżonka Klotylda; w Anglii Ethelbert i Berta, w Polsce: Mieszko i Dąbrówka... Nie bez znaczenia dla żywotności niektórych zakonów są pary założycieli, jak Franciszek z Asyżu i Klara; wcześniejsze rodzeństwo: Benedykt i Scholastyka, oraz wiele analogicznych par pośród późniejszych zgromadzeń zakonnych. Nawet we współczesnych ruchach odnowy znajdziemy pary, np. w neokatechumenacie.

Wchodząc na teren Rzymu, któremu poświęcony jest niniejszy numer Wieczernika, możemy tu bez końca odnajdywać świadectwa jedności charyzmatu i urzędu. W wyniku tego pragnienia instalują się „przy Stolicy Apostolskiej” domy generalne, czy siedziby co najmniej prowincji. Wolą Założyciela Ruchu Światło-Życie było zakotwiczenie się w Rzymie, stworzenie tutaj centralnej diakonii ruchu oazowego, aby być blisko Ojca św., modlić się jego intencjami, słyszeć jak najprędzej „bicie serca Kościoła” i uczestniczyć w jego krwiobiegu. To pragnienie nie zostało odwołane. Stoi otworem!

Misję powyższą udaje się nam w jakiejś mierze realizować przez organizację III stopnia Oazy Żywego Kościoła. Było mi dane przewodniczyć drugiej w historii Ruchu - Oazie III stopnia, w 1980 roku. Nie brakowało nam trudów; było nas ponad 200 osób; upały lipcowe dawały się we znaki. Przypomniało się nam porzekadło rzymskie, że o tej porze po mieście chodzą jedynie osły i turyści. A myśmy byli pielgrzymami, poznającymi Żywy Kościół w podstawowych 5 znakach: w świątyniach, w Matce Kościoła, w osobie Ojca św., w konkretnych wspólnotach Kościoła oraz w nas samych - oazowiczach, rekolektantach. Przewijały się „charyzmaty i urzędy”, nie tyle formalnie, ile w konkretnych przejawach: raz „Żywego Kościoła”, który takim stanął przed nami, innym razem zetknęliśmy się z bezdusznymi przedstawicielami Kościoła, który w danych godzinach „nie urzędował dla nas.” Ale ponad wszystko poszerzały się nasze umysły i serca na niezmiernie bogatą rzeczywistość Kościoła. Zapamiętałem drżenie nóg, kiedy w pierwszym dniu oazy stanąłem jako przewodniczący Eucharystii pod konfesją u Jana na Lateranie. Przecież bez pozwolenia papieża nie było to możliwe... amerykański redemptorysta wyżebrał to w zakrystii dla polskiej oazy. W innym dniu, w ogrodach w Castel Gandolfo mogłem koncelebrować po prawej ręce Ojca św., czytać Ewangelię i chłonąć każdy szczegół jego zachowania; wydawało mi się, że on się nieustannie modli. Zresztą w Ewangelii apostołowie prosili Jezusa: naucz nas modlić się. Powiedział wówczas do nas Jan Paweł II: „modlić się, znaczy - nauczyć się Ojca!” W tym człowieku nie było rozbratu między urzędem a charyzmatem. Był Piotrem i Pawłem równocześnie.