Małżeństwo

(210 - maj - czerwiec 2016)

W tym samym kierunku

świadectwo

Czy po 24 latach małżeństwa można nadal patrzeć na siebie z zaciekawieniem, z zachwytem, z radością, z uśmiechem, z miłością?

Bóg w sposób jedynie sobie wiadomy łączy najpiękniej jak może dwoje ludzi i czyni z nich jedno. Jednak o tę jedność, o tę radość, o to oczekiwanie, milczenie, trzeba codziennie walczyć, codziennie Bogu zawierzać siebie i Jemu oddawać to z czym sobie nie radzimy. Bo jaka to jedność bez Boga?

Czy dziś, po 24 latach sakramentalnego małżeństwa można nadal patrzeć na siebie z zaciekawieniem, z zachwytem, z radością, z uśmiechem, z miłością?

Tak, jest to możliwe, jeżeli stajemy wobec siebie stale w prawdzie i w miłości. Tę miłość daje nam doświadczać każdego dnia dobry Bóg, ten który nas połączył sakramentem małżeństwa, ale o doświadczenie tej miłości trzeba codziennie prosić, codziennie się o nią troszczyć, codziennie dawać siebie temu najbliższemu. Jak widać trzeba pracy, a nie jest to takie proste…

 

Jako młodzi ludzie rozpoczęliśmy pracę nad sobą poprzez formację w Ruchu Światło-Życie, co sprawiło, że kiedy poznaliśmy się i kiedy zaświtała pierwsza myśl o tym, aby dalej przez życie iść razem, to również okazało się oczywistym, że nadal musimy się formować i nad sobą pracować w kręgach rodzin. Zaraz po ślubie znaleźliśmy się w kręgu Domowego Kościoła, gdzie z innymi małżeństwami, poznawaliśmy obok charyzmatu Światło-Życie także duchowość małżeńską. Była ona dla nas na początku małżeństwa dość trudna, bo po pierwsze nieznana, a po drugie nasz egoizm często zwyciężał. Ale wiedzieliśmy, że chcemy dla drugiej osoby tego, co najlepsze, zaczęliśmy wpatrywać się w siebie, jakie cele ma druga osoba, jak je realizuje, co jest dla niej ważne. Wzajemna akceptacja nie jest łatwa, z każdym dniem, z każdym rokiem przychodzą nowe trudy, nowe różnice do pokonania. Nie jest tak, że już jest super między nami i tak już będzie, każdy dzień przynosi nowe radości i zmagania, ale wiemy, że one są do pokonania właśnie z Panem Bogiem. 

 

To tylko fragment artykułu, całość w drukowanym "Wieczerniku".