ks. Wojciech Danielski

(189 - listopad - grudzień 2012)

z cyklu "Z Kopiej Górki"

Wakacje na Kopiej Górce

Filip Kublik

W tegoroczne wakacje miałem okazję aż dwa razy być wolontariuszem na Kopiej Górce. Łącznie 3 tygodnie spędzone tutaj, w centrum Ruchu, dały wiele do myślenia. Wydawać by się mogło niektórym, że Kopia Górka to ciche i spokojne miejsce, gdzie czas płynie powoli i niewiele się dzieje. Nic bardziej mylnego. Kopia Górka, jaką poznałem w te wakacje, tętni życiem i nigdy nie pozwala na nudę, oczywiście w pozytywnym sensie. Ciężko to wszystko, co działo się przez 3 tygodnie, opisać i to nie tylko na papierze, ale i w ogóle. Trzeba tu przyjechać, pomieszkać, wczuć się w swoisty rytm, jakby bicie serca tego domu; dać się ogarnąć tej atmosferze na tyle, żeby poczuć unoszącego się ciągle „ducha” ks. Blachnickiego. Wtedy każdy pobyt, nawet krótki, staje się swego rodzaju „rekolekcjami”.

Jak chyba większość młodych oazowiczów, kontakt z Kopią Górką miałem tylko w czasie wakacyjnych dni wspólnoty. Kiedy przyjechałem tutaj pod koniec czerwca na swój pierwszy wolontariat, uderzyła mnie pewna rzecz. Mianowicie swoisty plan dnia, podobny do tych w czasie rekolekcji oazowych. Czas tutaj dobrze wpisuje się w starą benedyktyńską regułę – ora et labora. W ciągu dnia jest czas przeznaczony na pracę, czy wspólne posiłki, ale także na modlitwę; i nie jest to tylko Eucharystia, czy Namiot Spotkania, ale też jutrznia, nieszpory, adoracja… Muszę przyznać, że te chwile spędzone w kaplicy Chrystusa Sługi wydały pierwszy owoc. Kaplica, dotąd znana tylko dzięki „zwiedzaniu” Kopiej Górki, okazała się czymś więcej niż „zwykłą” kaplicą. Okazała się miejscem modlitwy, adoracji, wyciszenia; faktycznego spotkania z Jezusem, którego brakowało mi w czasie krótkiego zwiedzania; okazała się faktycznym „sercem” tego domu, które „zasila” wszystkie inne miejsca i mieszkańców. To jedno z tych miejsc, w których szczególnie odczuwa się „ducha” Kopiej.Kolejnym darem, którego Bóg pozwolił mi doświadczyć, jest wspólnota, jaką za każdym razem udało się zawiązać na Kopiej. Wspólnota stałych mieszkańców i nas, wolontariuszy, którzy na ten krótki czas włączaliśmy się w nią. Wspólnota wydawałoby się „mała”, bo momentami nawet 8 osobowa, ale jak mocno dało się odczuć to, że ludzie, którzy ją tworzą, są jednością, czego by nie robili. Tak poruszającej wspólnej modlitwy liturgią godzin, czy chęci pomocy drugiemu nie spotkałem do tej pory w żadnej wspólnocie. Dobrze pasują tutaj słowa napisane przez św. Pawła: „Przeto czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie” (Kor 10,31). Rzeczywiście, nawet przy wspólnych posiłkach dało się odczuć wyjątkową wspólnotę. W końcu wspólnota nie tylko się modli i pracuje, ale i żartuje kiedy przychodzi na to czas.

Wyjątkowym darem, który wydał wielkie owoce w moim rozumieniu wielu spraw, był dar spotkania. W czasie 3 tygodni spędzonych tutaj, Pan Bóg hojnie go udzielał, a wiele spotkanych osób zostawiło w mojej pamięci niezatarte wspomnienia i zmiany, za co dzięki Bogu i im. Jednakże, najbardziej wspominam wyjątkowe spotkanie, kiedy to 27 czerwca tuż przed oazami wakacyjnymi, razem z grupą młodzieży z Ukrainy i paniami z Kopiej Górki zeszliśmy do dolnego Kościoła, żeby pomodlić się przy grobie Ojca Franciszka. Pierwsza część tego spotkania, to moment, kiedy młodzież wraz z siostrą Mariettą śpiewała dla Ojca pieśni w swoim ojczystym języku. Trudno mi oddać klimat, który temu towarzyszył; zachodzące słońce przebijające się przez witraż, niezwykła cisza przerywana śpiewem przenikającym ludzkie serca i grupa ludzi, zebrana przy grobie na wspólnej modlitwie. Moment, w którym odczuwało się tę jedność wszystkich oazowiczów, kimkolwiek i skądkolwiek by nie byli. Potem w „zielonym pokoju” na Kopiej Górce pani Dorota Seweryn podzieliła się wspomnieniem o Ojcu, jego gościnności i radości ze spotkań z ludźmi. Jak to ujęła pani Dorota, podsumowując to spotkanie: „Ojciec widząc nas na pewno się cieszy”. Był to niezapomniany wieczór, gdzie radość, udzieliła się nam wszystkim.

Pobyt na Kopiej Górce to jeszcze wiele innych momentów, których nawet nie próbuję tutaj opisać ze względu na ich ilość. Na pewno, poza pracą, był to czas swoistych rekolekcji. Rekolekcji, które nauczyły mnie m.in. pokory i postawy bezwarunkowej służby, do której Ruch wzywa na wiele sposobów. Był to także czas odkrywania na nowo Centrum Ruchu Światło-Życie i charyzmatu, a także wielu spotkań i wzajemnego ubogacania się. Niestety czas ten upłynął bardzo szybko i nadszedł czas powrotu do domu, ale mam pewność, że jeszcze nie raz się tu znajdę. W końcu, jak powiedział pewien ksiądz, Krościenko dla oazowicza jest domem, do którego zawsze można wracać. Ja to odczułem a i innym oazowiczom tego życzę, bo żadna opowieść nie zastąpi własnego przeżycia tych chwil. Za te niezwykłe trzy tygodnie, chwała Panu.