Jedność

(116 - maj - czerwiec 2002)

We wspólnocie

Jan Halbersztat

Wszystko, co naprawdę ważne w życiu, odbywa się w relacjach z innymi ludźmi

Pamiętam taką scenę — telewizyjna dziennikarka rozmawiała z polarnikiem, który samotnie przeszedł bodajże całą Arktykę. Temat niezwykle ciekawy, niestety — jak to często bywa — dziennikarka potraktowała go dosyć lekko. Niespecjalnie słuchając tego, co próbował jej powiedzieć podróżnik, przedstawiała telewidzom własne teorie tonem tak pewnym, jakby to ona pokonała samotnie całą niezwykle trudną trasę. Wśród jej „złotych myśli” znalazło się także stwierdzenie, że oto człowiek może poradzić sobie bez innych ludzi. Siła fizyczna, siła ducha, samozaparcie, znajomość terenu i sztuki przetrwania — to wystarczy, żeby pomoc innych nie była już potrzebna.
Gdyby ta pani zamiast popisywać się przed telewidzami uważniej słuchała swojego rozmówcy, usłyszałaby może, że próbował jej powiedzieć coś wręcz przeciwnego. Że samotna wyprawa przez Arktykę to wspaniała przygoda, sprawdzian własnych umiejętności i wytrzymałości, ale ta przygoda nie miałaby sensu, gdyby nie to, że po kilku miesiącach na białej pustyni można z niej wrócić do kochającej rodziny, przyjaciół, bliskich. Że wszystkie umiejętności, siła ducha i ciała, na nic by się nie zdały, gdyby nie wyprodukowany bądź co bądź przez innych ludzi specjalistyczny sprzęt — supernowoczesne termoaktywne tkaniny, lekki a trwały namiot, kewlarowe sanie… Tak się składa, że kilka dni wcześniej czytałem w prasie obszerny wywiad w którym ten sam polarnik o tym wszystkim mówił. Mówił jednoznacznie — nie zrobiłby tego, co zrobił, bez wsparcia innych ludzi. Bez wsparcia finansowego sponsorów, bez wsparcia supernowoczesnej techniki, a zwłaszcza bez wsparcia duchowego ze strony najbliższych.
Bardzo często wydaje nam się, że nikt dookoła nie jest nam potrzebny. Że sami możemy poradzić sobie z problemami, sami możemy przejść Arktykę. Że sami możemy dojść do wiary i poznania Boga. Od takiej myśli już tylko krok do stwierdzenia, że Kościół właściwie do niczego nie jest nam potrzebny. Po co wspólnota, po co liturgia, sakramenty, po co formacja? Przecież ja sobie świetnie poradzę. W Boga wierzę, ale po co mi ksiądz? Co mi tu będą inni mówić, co mam robić…
Na rzeczywistość Kościoła, wspólnoty, można spojrzeć na dwa sposoby. Pierwszy — to podejście „od góry”, zastanowienie się jaki są plany Boże względem nas. Drugi — spojrzenie „od dołu”, próba zadania sobie pytania o własną naturę i uwarunkowania.

O co chodzi Bogu?
„Spodobało się Bogu prowadzić ludzi do zbawienia nie pojedynczo, ale we wspólnocie” — mówią dokumenty II Soboru Watykańskiego. Spodobało się Bogu… Ale dlaczego? Czy nie prościej byłoby iść samotnie? Są przecież religie, w których tak właśnie jest — najwyższy stopień rozwoju duchowego polega na odrzuceniu wszystkich kontaktów z innymi ludźmi (także z własną rodziną) i samotnym dążeniu do doskonałości, do zjednoczenia z Bogiem. Problem polega tylko na tym, jak rozumie się Boga…
Dla nas, chrześcijan, Bóg to konkretna osoba. Osoba, z którą można wejść w relację miłości. Dążyć do Boga — to dążyć do Miłości. Bóg jest miłością — mówi św. Jan. A miłość ma to do siebie, że zawsze jest relacją między dwiema osobami. Gdzie jest tylko jedna osoba nie może być mowy o miłości. Nawet Bóg jest miłością — bo jest Trójcą.
Jezus zostawił nam przykazanie miłości. A przecież nie istnieje miłość w oderwaniu od innych. Nie istnieje miłość bez wspólnoty.
Kościół to wspólnota wiernych, w której mieszka Bóg. Kościół to miejsce realizacji przykazania miłości. O miłości łatwo jest mówić, kiedy nikogo nie ma wokół — ale dopiero w spotkaniu z innymi miłość się weryfikuje. „Wiara, jeśli nie byłaby połączona z uczynkami, martwa jest sama w sobie” — mówi św. Jakub. I dodaje: „Pokaż mi swoją wiarę bez uczynków, to ja ci pokażę wiarę ze swoich uczynków”.
Znałem człowieka, który odszedł od Kościoła właśnie dlatego, że — jego zdaniem — wspólnota przeszkadzała mu w wierze. — Staram się poznawać Boga, wypełniać przykazania, wgłębiać się w Pismo święte — mówił — ale za każdym razem ktoś mi w tym przeszkadza. Odszedł zatem i starał się w samotności wiary zbliżać do Boga. Trwało to ponad trzy lata. Wrócił. Zapytałem go, czy doszedł do wniosku, że inni jednak nie przeszkadzają mu w spotkaniu z Bogiem. — Przeszkadzają — odparł. — A ja przeszkadzam im. Tyle, że zdałem sobie sprawę, że Jezusowi między innymi także o to chodzi…

Jacy jesteśmy?
Człowiek jest istotą społeczną — to stwierdzenie jest już wręcz banalne. Psychologia społeczna używa wręcz żartobliwego określenia „zwierzę społeczne” (social animal) . Od początku swojego istnienia człowiek żyje we wspólnocie. Rodzi się we wspólnocie rodzinnej, tworzy grupy, związki, tworzy własną rodzinę i większe struktury. Każdą życiową aktywność podejmuje we wspólnocie. Czasami oczywiście każdy z nas ma dosyć towarzystwa innych, czasami każdy potrzebuje odpoczynku i pobycia w samotności. Jedni osiągają to przez samotne przejście Arktyki, inni — przez zwinięcie się w fotelu z dobrą książką. Ale każdy w końcu do wspólnoty wraca, także po to, żeby odkryć, że samotność jest miła na chwilę, a inni ludzie niezbędni na dłuższa metę.
Wszystko w życiu, co naprawdę ważne, odbywa się w relacjach z innymi ludźmi. Dlaczego więc inaczej miałoby być w sprawach najważniejszych, dotyczących wiary i spotkania z Bogiem? Dlaczego tak wielu współczesnych ludzi, uznając za oczywistą konieczność współpracy z innymi w życiu zawodowym czy społecznym, nie dostrzega tej samej konieczności w życiu wiary?
Potrzeba wspólnoty wiary ujawnia się w codziennym życiu — trudno mówić o formacji i rozwoju duchowym bez autentycznego spotkania nie tylko z Bogiem, ale także z drugim człowiekiem. Potrzeba ta ujawnia się jeszcze mocniej w sytuacjach kryzysowych, w trudnościach i kłopotach. Są problemy, z którymi sam sobie nie poradzę. Czasami dlatego, że jestem za słaby i potrzebuję pomocy. Czasami dlatego, że sam nie mam dosyć odwagi, żeby stawić czoło prawdzie i potrzebuję kogoś, kto mi otworzy oczy.
Każdy człowiek miewa kłopoty z wiarą. Każdy miewa wątpliwości, kryzysy, chwile słabości. Jeśli w takiej chwili jest sam — łatwiej mu upaść, stracić wiarę czy choćby narobić głupstw. Jeśli ma wokół siebie wspólnotę, ludzi, którzy mu pomogą i podtrzymają go, łatwiej upora się z trudnościami. A za jakiś czas on sam — bogatszy o doświadczenia — poda rękę tym, którzy przedtem pomagali jemu.
Pamiętam taką scenę z moich rekolekcji II°. Szliśmy na Pachę. Moderator wybrał długą drogę, wszyscy byli zmęczeni. Była piękna, lipcowa noc — ciepła, gwiaździsta. ale bardzo wietrzna. Szliśmy niosąc zapalone świece, które staraliśmy się osłaniać od podmuchów wiatru. Nie zawsze się udawało.
Osobie, która szła koło mnie zgasła świeca. Nie było nieszczęścia — zapaliła ją od mojej. Miło się poczułem — moja świeca była dobrze osłonięta, mogłem pomóc innym… Niestety, kilka chwil później kolejny podmuch wiatru zdmuchnął i mój płomyk. Ale nie było nieszczęścia — mogłem go przecież zapalić na nowo od osoby, której sam chwilę wcześniej pomogłem.
Gdybym w tę noc szedł sam, nie miałbym szans donieść mojego światła do kresu drogi. Może na tym właśnie polega Kościół?