Patriotyzm

(147 - listopad - grudzień 2006)

We wspólnym domu

Katarzyna Rauszer de Bruijn

Dlaczego mieszkamy właśnie tutaj

„Nie pragnę wcale byś była wielka
zbrojna po zęby, od morza do morza
i nie chcę także by Cię uważano
za perłę świata i wybrankę Boga.
Chcę tylko domu w Twoich granicach
bez lokatorów stukających w ściany
gdy ktoś chce trochę głośniej zaśpiewać
o sprawach które wszyscy znamy.”

Leszek Wójtowicz „Moja litania”

Myślę, że większość czytelników „Wieczernika” pamięta jeszcze tę piosenkę śpiewaną potajemnie przy ogniskach i na różnych patriotycznych imprezach. Wychowałam się na niej i to właśnie ona ukształtowała moje pojęcie patriotyzmu jako wspólnego domu w granicach naszej Ojczyzny. Pisanie o patriotyzmie w dzisiejszej dobie wydaje mi się niewyobrażalnie trudne, biorąc pod uwagę to, co obecnie uważane jest za patriotyzm. Chcę więc napisać o wspólnym domu i o tym dlaczego z wyboru mieszkamy właśnie tutaj.

Mój mąż jest obcokrajowcem, któremu Polska jako kraj bardzo się spodobała. To on podjął decyzję o swoim przesiedleniu na teren naszej Ojczyzny. To on potrafił docenić i nadal docenia to, czego my jako mieszkający tutaj już nie dostrzegamy albo nie chcemy dostrzegać. Decyzja o zamieszkaniu w Polsce po ślubie była wspólna, a jej potwierdzeniem był półtoraroczny pobyt w Belgii - ojczyźnie mojego męża, kiedy do końca przekonaliśmy się, że w Polsce czujemy się lepiej i możemy nawiązywać trwalsze kontakty z otaczającymi nas ludźmi.

Dlaczego więc mieszkamy tutaj?

Po pierwsze - ludzie. Ludzie w Polsce nawiązują ze sobą kontakty, dbają o nie i podtrzymują je. Pomimo ogólnego zapracowania i zabiegania spotkania towarzyskie, w gronie przyjaciół czy we wspólnocie są nadal trwałą wartością. Nawet w czasach powszechnego braku telefonów mieliśmy wiele kontaktów z naszymi znajomymi, którzy potrafili wpadać bez zapowiedzenia i cieszyliśmy się wspólnie ze sprawionej niespodzianki. I choć może obecnie zwyczaj niezapowiedzianych odwiedzin zanika, jednak nadal rzeczą bardzo miłą i cenną są wzajemne odwiedziny i to, że nie trzeba ich umawiać z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. W innych krajach takie podejście jest mało uznawane. Niektóre z naszych przyjaźni i znajomości potrafią przetrwać próbę czasu i zmiany miejsca zamieszkania, inne nie, ale ogólnie rzecz biorąc nie czujemy się osamotnieni i nie narzekamy na brak bratnich dusz w naszym otoczeniu.

Po drugie - tradycja. Zwyczaj wspólnego obchodzenia różnych świąt i uroczystości jest wielkim dobrem. Oczywiście nie mam tu na myśli ślepego przywiązania do tradycji, na które czasem zrzuca się powody jakiegoś zachowania. Mam na myśli coś, co trwale wiąże rodzinę, co pozwala na poczucie wspólnoty i przynależności do tego samego narodu. Świątecznych potraw, których my mamy aż w nadmiarze, trudno się doszukać w Belgii i to u najstarszych członków tego narodu. Każda rodzina stara się pielęgnować jakieś tradycje kulinarne, ale nie istnieje tam, a przynajmniej w rodzinach, które poznałam, poczucie wspólnych tradycji z innymi ludźmi. Wspólne, dobrze pojęte świętowanie ubogaca naszą szarą rzeczywistość i pozwala poczuć się inaczej. Fakt, że w większości rodzin święta w Polsce nie są tylko dniami, w których nie idzie się do pracy, pomaga zatrzymać się w biegu i zwrócić uwagę ku wyższym wartościom.

Po trzecie - Kościół. Mało kto z Polaków dostrzega jak wielkim dobrem jest ilość kościołów w Polsce, dostępność Mszy Św. nawet w dni powszednie, a także możliwość korzystania z sakramentów, zwłaszcza sakramentu pokuty i pojednania. Obecność Kościoła i księży w naszym życiu jest dla nas jak chleb powszedni, tak zwyczajny, że aż niedostrzegany. Jedynie ci, którzy przez dłuższy czas przebywali za granicą wiedzą jak trudno czasem znaleźć jest Mszę Św. w niedzielę albo kapłana w konfesjonale. Jako świeccy nie potrafimy docenić tego, co mamy w zasięgu ręki, a bardzo często księża nie potrafią dostrzec daru pełnego wiernych kościoła. W Belgii lud Boży w kościele to głównie osoby starsze i to w niewielkich ilościach. Stąd tak trudne do zaakceptowania są dla nas tzw. „kazania do nieobecnych”, kiedy ksiądz do ludzi obecnych na nabożeństwie w kościele, zwraca się np. ze słowami krytyki, że nigdy nie chodzą do kościoła. A właśnie ci, którzy przyszli są tymi, którzy chodzą do kościoła.

Wielkim darem jest dla nas stała spowiedź, oferowana przez niektóre kościoły w Poznaniu, a także spowiedź przed Mszą Świętą w większości parafii, które znamy.

Ogromną wartością jest wspólnota. W Polsce w Kościele katolickim jest około 200 wspólnot. Jednak wspólnota Domowego Kościoła jest wśród nich jedną z nielicznych, które oferują wspólną drogę dla obu małżonków i całej rodziny. Jest to tak cenny dar, a również rzadko doceniany przez samych członków wspólnoty. Pojęcie wspólnego dążenia do świętości w czasach, kiedy każdy jest zachęcany do dbania tylko i wyłącznie o swoje dobro (nawet to wieczne) jest unikalnym charyzmatem Domowego Kościoła, którego polskie korzenie wszyscy znamy.

I jeszcze jedno. To nieprawda, że cechą narodową Polaków jest wieczne narzekanie. Moim zdaniem w Polsce łatwiej jest spotkać ludzi, którzy potrafią się cieszyć z tego, co osiągnęli - z wykształcenia, ze zdobytej pracy, z kupionego mieszkania. Wiele osób, które spotkałam w Belgii nie potrafi się cieszyć z tego, co ma, nie widzi radości w tym co udało im się osiągnąć, bo przecież zawsze można mieć więcej. A takiemu myśleniu trudno jest się przeciwstawić.

Na koniec zachęcam do nowego spojrzenia na nasz wspólny dom. I choć nie zawsze jest łatwo, choć widzimy wiele problemów, z którymi się borykamy na co dzień, popatrzmy inaczej. Zauważmy wielkie dobro, które mamy tu i teraz, dobro poczucia przynależności, dobro wspólnej tradycji, dobro Kościoła i Domowego Kościoła. Jak w dialogu małżeńskim, w którym odkrywamy na nowo dobro naszego współmałżonka, odkryjmy to dobro w naszej Ojczyźnie. Często wydaje się nam, że gdzie indziej żyje się lepiej i łatwiej. Może i tak, bo życie w innym kraju rozwiązuje wiele problemów, ale stwarza inne, takie, o których po prostu nie wiemy. Nauczmy się cieszyć z tego, że mamy dom i że możemy w nim mieszkać, że możemy czuć się u siebie, jak u siebie w domu.