Rodzice i dzieci

(203 - styczeń - luty 2015)

Wiesz, na co je stać?

ks. Robert Klemens COr

O ile relację dziecka do Stwórcy stawia się za wzór nawet wobec Apostołów, o tyle relacja dziecka do wspólnoty i odwrotnie pozostaje już zupełnie inną kwestią

Miejsce dziecka w relacji do i z Bogiem określił Pan Jezus bardzo jasno w Ewangelii. Święty Marek pisze o spotkaniu Jezusa z dziećmi: „Przynosili Jezusowi dzieci, żeby ich dotknął; lecz uczniowie szorstko zabraniali im tego. A Jezus, widząc to, oburzył się i rzekł do nich: Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie przeszkadzajcie im; do takich bowiem należy królestwo Boże. Zaprawdę, powiadam wam: Kto nie przyjmie królestwa Bożego jak dziecko, ten nie wejdzie do niego. I biorąc je w objęcia, kładł na nie ręce i błogosławił je”.

O ile relację dziecka do Stwórcy można uznać za modelową dla każdego człowieka – stawia się ją za wzór nawet wobec Apostołów, o tyle relacja dziecka do wspólnoty i odwrotnie pozostaje już zupełnie inną kwestią. Będzie ona warunkowana ogólnie przyjętym zwyczajem społecznym, pragmatycznymi możliwościami wspólnoty, czy pragnieniem otwarcia się na nią.

Warto na to zwrócić uwagę w kontekście zastanawiania się nad obecnością dzieci w kościele i na konkretnych celebracjach liturgicznych. Dziecko, które przychodzi albo jest przyprowadzane na Mszę świętą przez rodziców bądź opiekunów samo z siebie nie będzie wiedziało, że rzeczywistość, w której uczestniczy wymaga innego sposobu zachowania niż ta, do której jest przyzwyczajone na co dzień. Dlatego konieczne jest przygotowanie dziecka do uczestniczenia w nabożeństwie. Niebagatelną rolę odgrywa tu samoświadomość dorosłych, którzy mogą podzielić się z dzieckiem swoją wiedzą. Dziecko, które wcześniej poznaje zasady, może się z nimi oswoić. Do zasad można nawet przyzwyczajać. Czynimy tak na przykład wyznaczając pory jedzenia czy picia. 

Byłem niedawno świadkiem działania młodej mamy, która chcąc „uciszyć” swoje, nie małe już dziecko, przez całą Mszę zapychała mu buzię chrupkami kukurydzianymi. Oczywiście od czasu do czasu trzeba było to wszystko popić. Metoda działała skutecznie na jedno dziecko, ale kilkoro innych, znajdujących się w pobliżu, „śliniło” się na ten widok – oni też by chcieli a ich „bezwzględni i bezduszni, a na dodatek głodzący swoje dzieci” rodzice nie zaplanowali im kościelnego pikniku. Ustalmy – tylko niemowlak ma prawo bezkarnie i o każdej porze domagać się karmienia. A co najdziwniejsze, nie spotyka się w kościołach matek karmiących piersią – no chyba, że jest to Najświętsza Maryja Panna.

Dzieci powinny być „oswajane” z przestrzenią sakralną od najmłodszych lat, co pozwala im łatwiej odnajdywać się w jej wnętrzu i zasadach. Jestem przekonany, że nie wywoła zgorszenia dziecko, które zasnęło na kazaniu (tym bardziej nudnym). Natomiast dziecko, które biega i krzyczy jak w piaskownicy, nie umiejąc się dostosować do okoliczności i miejsca, nie tylko zgorszy, ale ściągnie jeszcze na siebie słuszny gniew pozostałych uczestników liturgii. Chyba, że jest to z założenia liturgia z udziałem dzieci – wtedy nikogo nie powinno dziwić i gorszyć bieganie, gadanie, całowanie i dłubanie w nosie. Nawet jednak takie „dziecięce” celebracje nie mogą odbywać się na żywioł, bo najczęściej biorą w nich udział także dorośli, którzy rezygnując z wymagań w tym miejscu, będą mieli trudność ze stawianiem ich gdzie indziej. Dodatkowo sami mogą zdziecinnieć, co jest już bardzo niezdrowe i niebezpieczne.

Trudno się potem dziwić, że infantylni rodzice infantylizują udział swojego dziecka we Mszy tylko do tego, żeby chodziło i rozśmieszało innych uczestników, albo zaglądało we wszystkie zakamarki – nie wyłączając wewnętrznej strony księżowskiej alby. Może to czasem bawić ale przeniesione na grunt dalszego życia grozi nieustanną błazenadą i szukaniem ciągłej atrakcyjności, która ma zainteresować i przez to przyciągnąć. Niestety często rezultat jest inny: obojętność i frustracja. W końcu elementy zaskoczenia się wyczerpią a atrakcyjność nie rozwinięta w konsekwencje zacznie nudzić. 

Planując więc wprowadzić własne dziecko w przestrzeń Sacrum, trzeba najpierw „zmierzyć” się z nią samemu – dziecko jest w wielu wypadkach naśladowcą rodziców i jeśli ono nie potrafi się zachować, to warto przyjrzeć się świadomości rodziców. Koniczne jest "oswojenie” dziecka z „wydarzeniem” i „miejscem”. Ważnym czynnikiem wspomagającym wspólne przeżywanie celebracji jest znajomość nawyków i pomysłowości swego dziecka. Przewidywalność w tym względzie pozwala uniknąć drastycznych wydarzeń i daje możliwość zapobiegania a nie tylko „szacowania strat”.

Ale najważniejszą sprawą wydaje się być czuwanie i dbałość o to by dziecko spotykało się z Bogiem, tak indywidualnie, jak i we wspólnocie i w ten sposób – przez swoją gorliwość, bezpośredniość, prostotę – samo do Boga się przybliżało i nas – dorosłych – prowadziło.