Wspólnota

(136 - kwiecień 2005)

Wspólnota szansa czy zagrożenie

Ewa Kusz

Wspólnota stawia przed odpowiedzialnymi wymagania mądrego prowadzenia ku dojrzałości, tworzenie środowiska naprawdę \"oazowego\", w którym uczymy życia przez świadectwo, a nie przez nauczanie, głoszenie i sprawdzanie

Aktualne badania psychologiczno–socjologiczne młodego pokolenia (16–25 lat), prowadzone nie tylko w Polsce, pokazują swoistego rodzaju paradoks: tęsknotę za grupą koleżeńską, w której można znaleźć poczucie bezpieczeństwa i głębokie więzi z drugim człowiekiem, przy jednoczesnym pragnieniu zachowania daleko idącej niezależności i autonomii osobowej. Sposób zaspokojenia tych dwóch — pozornie sprzecznych ze sobą — potrzeb jest bardzo różny. Na jednym krańcu kontinuum jest budowanie więzi on–line lub w grupach makro–społecznych (typu zloty — tak religijne, jak i niereligijne), które są spotkaniem z drugim człowiekiem, ale natury niezobowiązującej, pozwalającej zachować własną indywidualność, autonomię i niezależność. Na drugim krańcu jest przynależność do różnego rodzaju grup religijnych, czy nawet sekt, które dając poczucie przynależności ściśle uzależniają, a autonomię „zabija-ją”.
Czy jest więc możliwe „zachowanie” własnej autonomii i pogodzenie jej z przynależnością do grupy/wspólnoty?
Czy to pragnienie dotyczy tylko młodych, którzy nie rozpoczęli jeszcze „dorosłego” życia?
Tęsknota za grupą/wspólnotą i jednoczesne dążenie do tego, aby być „sobą” przynależy do ludzkiej natury. Tak było i tak jest. Ostatnie dekady ubiegłego wieku, jak i początek XXI jedynie ten element natury mocniej podkreślają, gdyż „epoka, w której żyjemy, jest źródłem izolacji i braku poczucia bezpieczeństwa powodujących, że tak wielu ludzi skupia się wyłącznie na sobie. Prowadzi to do zaniku więzi społecznych” (Ch. Derber, Zaistnieć w społeczeństwie. O potrzebie zwracania na siebie uwagi. GWP 2002, s. 16). Dlatego też tak duża jest potrzeba wspólnot, grup, stowarzyszeń, ruchów, z silnym poczuciem identyfikacji z grupą i świadomością przynależności do niej. Zarówno młodzi i starsi wiekiem szukają własnego szczęścia w grupie/wspólnocie i są często skłonni do budowania więzów silniejszych niż z rodzicami i rodzeństwem. (por A. Scola, Liberi davvero. Venezia 2003 s. 59–60). Nie chcę tutaj analizować przyczyn socjologicznych tego zjawiska, wymagałoby to zarówno cytowania poważnej literatury, jak i badań. Piszę to w tym celu, aby pokazać — można powiedzieć — „znak czasu”, któremu warto się przyjrzeć, aby zastanowić się, jak na niego odpowiedzieć (gdyż chyba takie jest nasze zadanie?).
Chcę więc jeszcze raz powtórzyć — człowiek przełomu XX i XXI wieku poszukuje siebie samego i zabiega o własną autonomię oraz tęskni za wspólnotą, za bliskimi wśród których czuje się bezpiecznie, z którymi może współdziałać i o których może powiedzieć „my”.
Co takie stwierdzenie, „znak czasu” niesie za sobą?
Konieczność odpowiedzi, szczególnie gdy mamy w Kościele posoborowym „na-rzędzie” — odczytanie Kościóła jako wspólnoty, w której każdy ma swoje jedyne i niepowtarzalne miejsce. Wspólnoty, w której odkrywa swoje powołanie, i gdzie może służyć innym darem, który otrzymał.
Zdaję sobie sprawę, że łatwo napisać, iż naszym zadaniem jest odpowiedzieć na zapotrzebowanie współczesnego człowieka — pytanie tylko jak?
Z jednej strony mamy ludzi, którzy twierdzą, iż przynależność do Kościoła zaczyna i kończy się na uczestnictwie w niedzielnej lub świątecznej mszy św., z drugiej natomiast mamy „fanatyków” wspólnoty, grup, ruchów, którzy bez przynależności do tej właśnie grupy nie widzą dla innych zbawienia. W samej już też grupie/wspólnocie nagle się okazuje, że nie składa się ona z ludzi oddanych z miłości Bogu i bliźniemu, zjednoczonych we wspólnej wizji i służbie.
Czy zatem jest droga pomiędzy realiami życia a posoborową wizją Kościoła, która tak bliska była naszemu Założycielowi?
Czy jest realne, aby połączyć te po ludzku sprzeczne ze sobą dążenia — do zachowania własnej autonomii z przynależnością do wspólnoty?
Nie odpowiem jednoznacznie na postawione przez samą siebie pytania. Wydaje mi się, że dobrze, aby je każdy sam sobie postawił i próbował na nie uczciwie i bardzo konkretnie odpowiedzieć.
Ja bym chciała jedynie zwrócić uwagę na kilka podstawowych prawd, o których czasem — tak mi się wydaje — zapominamy.
Jestem normalnym, zwykłym człowiekiem
Wchodząc do wspólnoty, grupy, nawet religijnej musimy być świadomi, że niezależnie od pobożnych motywacji, które nami kierują, a które stanowią o tym, że w danej grupie chcemy być (pogłębienie wiary, spotkanie z Bogiem, budowanie Kościoła, służba w Kościele…), przynosimy do tej grupy „siebie”. Wchodzimy nie tylko z idealną i pobożną motywacją, ale tacy, jakimi jesteśmy naprawdę — ze wszystkimi darami ale i słabościami. Ze wszystkimi potrzebami przynależnymi rodzajowi ludzkiemu, które są mniej, czy bardziej w naszym życiu zaspokojone. Wchodzimy z naszą historią życia, która bądź nas uskrzydla, bądź obciąża…
Brzmi to jak truizm, ale w wielu przypadkach (jak mówi moje doświadczenie) w grupach religijnych zapominamy o tym, że jesteśmy po prostu ludźmi.
Czymś naturalnym jest zachwyt początku — odkrycie Jezusa jako „Pana i Zbawiciela”, spotkanie ludzi, którzy „są braćmi w wierze” i pragnienie natychmiastowego głoszenia o Bogu na dachach i ulicach… Opierając się jedynie na tym odczuciu, głębokim doświadczeniu, przenikającym w nas wszystko, całą naszą egzystencję, zaczynamy idealizować tak siebie, jak i tych, którzy są obok nas. Idealizujemy siebie przyjmując pragnienie
„oddania życia” Chrystusowi i braciom jako już fakt dokonany, jako gotową postać i obraz nas samych. Zapominamy, że niesiemy za sobą własną historię życia, wady, egoizm, nieumiejętności, lęki…
Taki sposób idealistycznego początku formacji w grupie religijnej jest czymś normalnym!
Ważne jest jednak, aby ci, którzy są wychowawcami — animatorzy, moderatorzy — o tym wiedzieli, żeby nie budowali na tej hurra–gotowości, ale pomogli człowiekowi spotkać się najpierw ze samym sobą.
To jest pierwsza tak szansa, jak i niebezpieczeństwo. Grupa jest szansą rozwoju dla człowieka — uczy go przekraczania siebie, wychodzenia z zamkniętego kręgu własnego „ja” do tego, aby być „dla” drugiego. Wspólnota uczy odpowiedzialności…
Jednakże aby było to naprawdę czynione przez członka grupy w sposób wolny i dojrzały, potrzeba czasu i to dużo. Osoba jest zdolna do wychodzenia z siebie, jeżeli wie kim jest, co ją stanowi… Jeśli w grupie nie damy możliwości aby człowiek spotkał się najpierw sam ze sobą, przyjrzał się sobie dokładnie — kim jest i co go stanowi, nie nazwał siebie „po imieniu”, a zamiast tego będziemy od razu przygotowywać do „oddania siebie” i służby, to wspólnota tak naprawdę będzie dla jej członków „de-formacyjna”. (Aby tak się nie działo w naszej formacji podstawowej, przed I stopniem jest stopień 0). Jeśli ktoś nie jest dojrzały, przyjmuje to, co daje mu grupa, jako „swoje”, dokładnie w ten sposób jak jest to przestawiane przez animatora, moderatora, czy inną „osobę znaczącą”. Tak rodzi się fanatyzm, gdzie nic nie może zostać zmienione (w naszym przypadku — ani jedno pytanie w notatniku, ani sposób ubioru, ani…). Wymagania, normy, „zasady nowej kultury”… nie stają się wartością, lecz stają się zewnętrznym mundurkiem, w który ktoś się ubiera. Jakże to wygodna osoba dla prowadzących — nie krytykuje, jest zawsze gotowa, oddana. Wzór „przemiany” starego człowieka w nowego…
Wspólnota jest szansą rozwoju dla każdego, także i dla niedojrzałych, słabych i zagubionych (a takich we współczesnym świecie mamy coraz więcej). Stawia to jednak duże wymagania i zadania przed odpowiedzialnymi — mądrego prowadzenia ku dojrzałości, tworzenie środowiska naprawdę „oazowego”, w którym uczymy życia przez świadectwo, a nie przez nauczanie, głoszenie i sprawdzanie…
Zaryzykowałabym stwierdzenie, że jeśli nie ma dojrzałego prowadzącego (animatora, moderatora), to uważam, że zdrowsze jest dla kogoś jedynie niedzielne uczestnictwo we mszy św. niż przynależność do niedojrzałej grupy religijnej (dość często spotykam się w pracy psychologicznej ze „zde–formowanymi” członkami wspólnot religijnych).
Wspólnota składa się z ludzi z krwi i kości
W grupie spotykamy się z takimi samymi jak my, też niedoskonałymi, oczekującymi od nas zainteresowania, miłości…. Jednakże zgoda na niedoskonałość i inność „drugiego” jest możliwa jedynie w tym momencie, gdy przyjmiemy własną niedoskonałość i inność…
Spotkanie się w grupie z „innym”, z „drugim–ty” jest bogactwem, gdyż mamy szansę zapoznać się ze światem całkowicie różnym od naszego, który nie stoi do naszego w opozycji, ale jest ubogaceniem. Inni we wspólnocie pozwalają nam na poszerzenie horyzontów, pozwalają spojrzeć na tę samą sprawę z innej strony, pomagają w dojrzeniu tego, czego sami byśmy nigdy nie zobaczyli. Wspólnota jest też miejscem, gdzie mamy szansę być przyjęci tacy, jacy jesteśmy, gdzie mamy poczucie emocjonalnych więzi i wsparcia.
Człowiek, w swoich naturalnych tendencjach dąży do
„posiadania miejsca” (może nim być wspólnota), które będzie dla niego bezpiecznym schronieniem i dla strzeżenia go jest w stanie poświęcić dużo. Jeśli takim miejscem staje się wspólnota, nie jest niczym innym niż klubem wzajemnej adoracji (albo adoracji lidera). Pozorna doskonałość grupy, brak konfliktów…, dobra atmosfera, budowanie jedynie ciepłych relacji powoduje, że ostatecznie wspólnota staje się de–formacyjna. Jednomyślność w grupie nie rozwija, daje jedynie „święty spokój” i fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Wspólnota, która jest jedynie schronieniem, azylem bezpieczeństwa swoich członków na zewnątrz staje się miejscem ucieczki zarówno przed samym sobą, jak i przez „złym światem”. W taki sposób tworzy się twierdze skupiające ostatnich „wiernych” zachowujących depozyt wiary, którzy muszą ratować Kościół przed otaczającym złem i pogaństwem.
Stawiam sobie nieraz pytanie: czy nasze wspólnoty Ruchu są jeszcze ewangelizacyjne, czy też są „klubami grzecznych panienek” bojących się wchodzić w świat?
Pragnienie poczucia bezpieczeństwa, głębokich więzi emocjonalnych, przynależności są naturalnymi potrzebami ludzkimi. Nie da się ich wyeliminować. Nie można też ich nie zauważać u członków grup religijnych. Do lidera (lub szerzej — grupy animatorskiej, wszak „życie rodzi się z życia”) natomiast należy stworzenie środowiska, klimatu, w którym członkowie grupy będą mogli ponazywać swoje potrzeby i kierować nimi. Czy będzie to klimat, który będzie uczył przyjmować własną egzystencjalną samotność po to, aby być otwartym do tworzenia wspólnoty ze wszystkimi, a nie tylko tak samo myślącymi… jak my. Wtedy nasze wspólnoty staną się naprawdę wspólnotami formacyjnymi — gotowymi do przyjęcia do środka także i tych, których dziś oceniamy negatywnie, a którym często potrzebna jest nasza miłość.
Ztego, co napisałam (nie wyczerpałam wszystkich aspektów i całkiem świadomie przedstawiłam jedynie czysto ludzki wymiar) wynika, że wspólnota, grupa jest tak szansą, jak i niebezpieczeństwem.. Można zadać więc sobie pytanie — czy warto ryzykować? Czy warto się wysilać namawiając innych do wspólnoty? Czy warto samemu ponosić koszty przynależności do niej?
To ponownie pytania, na które każdy musi sobie sam szczerze odpowiedzieć. Ja, patrząc na doświadczenie swojego własnego życia mogę odpowiedzieć — warto! Wspólnotą, którą określam jako „moją” jest wspólnota Instytutu Niepokalanej Matki Kościoła, w której jestem od 24 lat. Przez ten czas (a także wcześniej) dane mi było doświadczyć i spotkać różne wspólnoty naszego Ruchu, i inne grupy/wspólnoty kościelne z całym ich bogactwem. Doświadczenie spotkania z innymi, w tym samym Kościele prowokuje do ostatniej myśli.
„Ruch, gdy stanie się już niepotrzebny
wtedy osiągnie swój właściwy cel”
Otrzymaliśmy w Ruchu przez naszego Założyciela niesamowity dar syntezy kryjący się pod określeniem „Żywy Kościół”. Ks. Blachnicki rozumie pod tym pojęciem przede wszystkim wspólnotę osób — wolnych i świadomych swego powołania. Żywy Kościół jest dla niego „komunią zjednoczenia ludzi w Chrystusie i w Duchu Świętym, z Ojcem i pomiędzy sobą — w rodzinę Bożą, lud Boży, nową społeczność odkupionych”. Dla tak pojętego Żywego Kościoła „oddał” swoje życie i urzeczywistnianiu takiego Kościoła ma służyć stworzony przez niego Ruch Światło–Życie. Ruch, który według Założyciela ukazuje w swym charyzmacie drogę do pełni i syntezy w trzech znakach sakramentalnych: Eucharystii – Kościoła lokalnego – Niepokalanej, Matki Kościoła! (por. ks. Blachnicki, Życie moje oddaję za Kościół, Kraków 2005).
Można więc powiedzieć iż „mamy” dar — narzędzie (Ruch), które otrzymaliśmy, aby służyć Kościołowi. Grozi nam jednak niebezpieczeństwo przestawienia akcentów — pragnienie budowania silnych wspólnot ruchu w parafii, w diecezji… Na II Krajowej Kongregacji Odpowiedzialnych ks. Blachnicki mówił, że „nie chodzi o to, by Ruch był silny w parafii, ale aby poprzez posługę Ruchu powstała żywa parafia i wtedy zaciera się granica między Ruchem a między parafią jako wspólnotą. Ruch jest pewnym charyzmatem, to jest pewna misja, lecz celem jest oczywiście nie Ruch jako taki, ale żywy Kościół we wspólnocie lokalnej”.
Dana jest więc nam szansa — realizowania Kościoła jako wspólnoty. Tylko musimy rozważyć — czy chcemy budować silne wspólnoty ruchu w parafii, czy żywą parafię.