Przekazywanie wiary

(214 - styczeń - marzec 2017)

Z miłością

świadectwo

Byłem pewien, że jeżeli będziemy od początku prowadzić świadome życie wiarą, to dzieci niejako automatycznie przejmą dziedzictwo wiary. Wydawało się to proste: trzymać się Pana Boga i tyle. Z czasem jednak okazało się, że proste nie jest.

 

Każde z nas trochę inaczej odkrywało Pana Boga w swoim życiu i każde z nas również na wiarę patrzy – jak żartobliwie mówiła niegdyś nasza córeczka – „z innego kąta”. Dlatego też o przekazywaniu wiary w rodzinie powiemy w dwugłosie. 

Tomasz: Muszę zacząć od tego, jak mnie przekazano wiarę. Odegrała tu rolę moja babcia i ojciec. Rola ojca była krótka, ale znacząca. Pokazał mi piękno liturgii Triduum Paschalnego – pamiętam, że zwrócił uwagę na Exsultet, na święcenie ognia, chyba też na kolor szat liturgicznych. 

Przez wiele lat wakacje spędzaliśmy w Swarzewie nad zatoką Pucką i zawsze pierwszego dnia, po wprowadzeniu się do wynajętego pokoju, najpierw szliśmy całą rodziną do kościoła podziękować Matce Bożej za możliwość przyjechania tu po raz kolejny. Tam też, w Swarzewie, całą rodziną chodziliśmy na niedzielną Mszę świętą. W powszednie dni, zanim zeszliśmy nad zatokę, na plażę, każdego dnia ojciec wychodził rano na Mszę świętą. Któregoś razu, podczas śniadania opowiedział, że odkrył właśnie dwie pieśni ze śliczną, jak mówił, melodią – na odsłonięcie figurki Matki Bożej Swarzewskiej i na jej zasłonięcie. Tak przeżywał ich piękno, opowiadał tak zachęcająco, że zapragnąłem pójść i je usłyszeć. I do dziś je pamiętam. Czas wakacji spędzanych w Swarzewie był najbardziej normalny w naszej rodzinie, dlatego tak go wspominam.

 Intensywne praktykowanie wiary przez ojca niestety trwało tylko kilka lat, ale dla mnie to były ważne lata licealne, tuż przed podjęciem studiów. Zanim wyjechałem z domu na studia do Lublina, ojciec zdążył jeszcze wciągnąć mnie do parafialnego koła charytatywnego. Życie religijne w naszym domu w tamtym czasie było oczywiście bogatsze. Tu przypomniałem tylko fakty, które jako pierwsze wypłynęły z mojej pamięci. Poza tym, wiele lat przed i po tym, często, a były lata że bardzo często, domem rządziła wódka. 

Przed nawróceniem ojca wiara była obecna i widoczna w życiu mojej babci, która z nami mieszkała i to ona, o ile pamiętam, troszczyła się, na ile mogła, o nasze – dzieci wychowanie religijne. W każdym razie, jak daleko sięgam pamięcią, Pan Bóg był obecny w moim życiu. Myślę, że dość dobrze pasuje tu teza wypowiedziana przez Geok Seng Lima na XXXVII Kongregacji w Częstochowie, że niezwykle ważne jest przekazywanie wiary nie tylko dzieciom, ale i wnukom. Jestem przekonany, że gdyby nie moja babcia i jej bardzo zwykła i prosta wiara, pozbawiona jakiejś podbudowy teologicznej, to nawrócenie ojca i jego próby przekazywania wiary, aczkolwiek były autentyczne, byłyby spóźnione, tym bardziej, że nałożyły się na wcześniejsze mocne złe świadectwo alkoholowe.

Podczas studiów z jednej strony moja relacja do Pana Boga pogłębiała się, a z drugiej życie studenckie wielokrotnie pokazywało zachęcające, atrakcyjne manowce. Pokus na popadnięcie w wielkie tarapaty moralne było mnóstwo, grzech jawił się niezwykle atrakcyjnie. To, że Pan Bóg mnie przeprowadzał, że przechodziłem niebezpieczeństwa niejako na krawędzi, to wielka łaska i – tak to dzisiaj widzę – wielki dar. On był stale przy mnie, choć często o Nim zapominałem.

Po studiach pobraliśmy się z Bożenką, pojawiły się nasze dzieci, weszliśmy do kręgu Domowego Kościoła i wtedy dopiero zaczęło się prawdziwe wzrastanie w wierze, odkrywanie życia łaską, wiarą, odkrywanie życia w Kościele. Byłem wówczas pewien, że jeżeli będziemy z Bożenką od początku prowadzić świadome życie wiarą, to dzieci niejako automatycznie przejmą dziedzictwo wiary. Wydawało się to proste: trzymać się Pana Boga i tyle. Z czasem jednak okazało się, że proste nie jest.

 Kamieniem milowym stała się pierwsza Oaza I stopnia w Bobrownikach i dziesiątego dnia spowiedź generalna z całego życia. Wtedy przyjęty przez nas Pan Jezus jako nasz Pan i Zbawiciel (przyjęliśmy go wówczas nie tylko osobiście, ale również jako małżeństwo) zaczął przemieniać powoli nasze życie. Zaczęliśmy dostrzegać błędy, popełniane grzechy wobec siebie, wobec dzieci. Wraz z naszym wzrostem duchowym rosła też pokora; myślę, że w tym wszystkim byliśmy autentyczni, to znaczy, staraliśmy się, żeby światło współgrało z życiem. 

Bardzo ważnym odkryciem było to, że dzieci nie są moją własnością, że ja wobec nich też mogę zawinić i powinienem je przepraszać, że są one wolnymi osobami; jak mnie tak i im Bóg dał wolną wolę. Kiedy pojawiły się trudności wychowawcze odkryliśmy moc modlitwy; odkrywaliśmy co to znaczy zaufać Bogu; że zaufać, to czasem stanąć pod krzyżem.

 Na jednym z kręgów rejonowych do dzielenia się Ewangelią przygotowano tekst z 1 Listu św. Pawła do Tesaloniczan. Do mnie mocno, jak gong, szczególnie przemówił wiersz 18: „W każdym położeniu dziękujcie, taka jest bowiem wola Boża w Jezusie Chrystusie względem was”. Dotarły do mnie słowa „w każdym położeniu”. W każdym! A był to czas szczególnych zawirowań wychowawczych i właśnie wtedy usłyszałem „w każdym położeniu dziękujcie”. Trudno było, kiedy źle się działo, dziękować i wszystkim się radować. Ale dziś wiem, że to jest prawda, choć trudna. 

Jednym z naszych błędów było nieporadne dzielenie obowiązków domowych z posługą w Ruchu. Był czas, że na hasło Domowy Kościół czy Ruch Światło-Życie domownicy reagowali jękiem „znowu!”. I to była kolejna lekcja: moje dzieci idą swoją drogą; tak jak mnie Pan Bóg spotkał na moich krętych ścieżkach, jak mnie uchronił przed katastrofą, tak również – powinienem być o to spokojny – odnajdzie moje dzieci. To dziwne, ale ilekroć chciałem bardzo radykalnie reagować na różne postępki dzieci wchodzących w życie, „Ktoś” przywoływał mi w pamięci moje „wyczyny” młodzieńcze. I od razu musiałem pokornieć. A było to nie raz. Rozróżnienie czym jest reagowanie „alergiczne”, ze zdenerwowaniem na niektóre postępki dzieci, a czym napominanie z miłością, było kolejnym odkryciem. 

Dzisiaj nasze dzieci są już dorosłe, różnie idą przez życie: jedne drogą życia konsekrowanego, inne w małżeństwie, inne jeszcze szukają. Wiem już, że my, możemy je tylko z miłością upominać. I tyle. Mogę jeszcze dodać, że z czasem to wcale nie jest łatwiejsze. Jest nadal trudne i wymaga stałego wspierania modlitwą. Dzieci mają wolną wolę i do dobrego, i do grzechu. Ale Pan Bóg jest wierny i cierpliwy.

Bożena: Pochodzę z domu, w którym Pana Boga na co dzień nie było; nie było wspólnej modlitwy, chodzenia razem do kościoła, rozmów na tematy związane z wiarą. Zostałam ochrzczona, przystępowałam co jakiś czas do spowiedzi i Komunii Św., ale Pan Bóg był gdzieś daleko, a codzienne życie toczyło się swoim trybem.

Zmiana nastąpiła, gdy poznałam Tomka; dla niego Pan Bóg i wiara były ważne. Wkrótce pobraliśmy się; oboje zapragnęliśmy stworzyć naszym dzieciom dom, w którym czuć byłoby Bożą Obecność. Nie zawsze wszystko gładko się toczyło; niekiedy było trudno, nawet bardzo trudno; ale tym bardziej kurczowo „trzymaliśmy się” wtedy Pana Boga prosząc Go o pomoc i wsparcie. Po wielu latach małżeństwa (mamy za sobą 39 wspólnie przeżytych lat) mogę spróbować – tak mi się wydaje – podzielić się naszymi doświadczeniami.

Jak przekazywać wiarę w rodzinie? Wydaje się, że odpowiedź jest prosta: starać się żyć Ewangelią na co dzień; tak, by przenikała ona wszystkie obszary naszego życia. I tak właśnie staraliśmy się oboje z Tomkiem żyć (robimy to zresztą po dzień dzisiejszy). Dzieci są bystrymi obserwatorami; niejednokrotnie słyszeliśmy od nich, gdy podrosły, że – mimo naszych potknięć – doceniają nasze starania, aby żyć zgodnie z wyznawaną wiarą. 

Zwykłe, codzienne sprawy – i te radosne, i te trudne – przeżywane z Panem Bogiem są najlepszą szkołą przekazywania wiary. Wspólna modlitwa przed jedzeniem, wejście na chwilę do kościoła w czasie spaceru z dziećmi, odwiedziny u babci w dniu jej imienin a potem wspólna, wieczorna modlitwa w jej intencji, wspólne święcenie pokarmów na wielkanocne śniadanie i adoracja Pana Jezusa w grobie, modlitwa w intencji kolegi naszego dziecka, który ma problemy w domu… Takich wydarzeń były dziesiątki każdego tygodnia; staraliśmy się pokazywać dzieciom, że to Pan Bóg ma być w centrum naszego życia.

Nie zawsze, jak już wspomniałam, wszystko było proste i łatwe. Nasze dzieci dorastały i w wieku nastu lat zaczęły się bunty: „bo my jesteśmy tacy inni”, „ja nie będę się modlić”, „nie pójdę do kościoła”. Życie nauczyło nas, że wtedy potrzeba dużo miłości, cierpliwości i modlitwy. Był to dla nas bardzo trudny czas, ale wiedzieliśmy, że dzieci muszą zbudować swoje własne relacje z Panem Bogiem. Staraliśmy się uszanować ich odrębność i to, że sami muszą dojść do pewnych, oczywistych dla nas, rzeczy, niekiedy drogą prób i błędów. Uczyliśmy się takiego zachowania wobec dzieci stopniowo, sami popełniając po drodze wiele błędów; ale z każdym, kolejnym dzieckiem było nam „łatwiej” przeżywać ten trudny czas. 

Przekonaliśmy się jak ważne jest przepraszanie i wybaczanie sobie nawzajem. Przekonaliśmy się też, że czas poświęcany dzieciom procentuje wielokrotnie. Dla mnie bardzo ważne były słowa, które przeczytałam w książce o. Kazimierza Lubowickiego: „Trzeba uważać, żeby ktoś nie wykradł nam niepostrzeżenie naszych dzieci i nie wychował ich wbrew naszym zamierzeniom”. Zrozumiałam, że czas poświęcony dzieciom jest bezcenny i że nie należy odkładać kontaktów z dziećmi na później łudząc się, że jeszcze przyjdzie na to pora. Starałam się więc go znaleźć, często kosztem innych zajęć, prac czy wypoczynku. I to procentowało. Dzieci przychodziły później do nas z najróżniejszymi pytaniami i problemami. Prowadziliśmy z nimi długie, niekiedy burzliwe rozmowy – także na tematy związane z religią i wiarą – starając się pomóc im, aby odnalazły swoje miejsce w otaczającym je świecie, często tak różnym od tego, czego doświadczyły w domu, a jednocześnie wydającym się niekiedy być bardzo atrakcyjnym.

Staraliśmy się też okazywać dzieciom naszą miłość. To, że rodzice kochają dzieci wydaje się oczywiste; ale ja w pewnym momencie zrozumiałam, że dzieci muszą odczuć tę miłość – a to wymagało ode mnie pewnego wysiłku. Zaczęłam bardziej uważać na swoje słowa i gesty; na to, aby nie tylko okazać, że ich kocham, ale także szanuję ich odrębność i ich zdanie, chociaż nie zawsze się z nimi zgadzam. 

Obecnie siedmioro naszych dzieci to dorośli ludzie, z których większość żyje poza domem, a wszystkie mają już swoje, dorosłe życie. Wszystkie przechodzą przez życie z Panem Bogiem, chociaż niekiedy mocno się z Nim wadzą. Oboje z Tomkiem otaczamy je gorącą modlitwą i wierzę, że tak jak nam pozwolił Pan Bóg spotkać Siebie i razem z Nim iść przez życie, tak i naszych dzieci nie wypuści ze swojej ręki. 

Bożena i Tomasz Białopiotrowiczowie