Słuchać Pana w Kościele

(180 - lipiec - sierpień 2011)

z cyklu "W szkole animatora"

Zabawa vs celebracja

Anna Lipska

Wspólnota oazowa, lub grupa formacyjna, będąc zbiorowiskiem osób jest komórką społeczną i podlega prawom i mechanizmom społecznym. Jak w każdej grupie czasem przydaje się zaprzęgnięcie psychologii lub pedagogiki do życia wspólnotowego, żeby było nam razem raczej lepiej, niż gorzej. Świadomość animatorów i dostępność różnego rodzaju metod wychowawczych na występujące we wspólnotach problemy jest coraz większa. I to dobrze, o ile pamiętamy, że „lepiej" to niekoniecznie znaczy „milej" i że wspólnota to nie po prostu grupa, zespół, ale rzeczywistość o wiele głębsza niż czysto ludzkie relacje.

Jakkolwiek obrazoburczo by to brzmiało, oaza nie jest ani po to, żeby działać (w sensie aktywności), ani żebyśmy się w niej fajnie czuli i żeby nam było razem cieplutko, ani nawet po to żeby skupiać się na problemach jej członków. To wszystko jest pożyteczne, ale jest efektem ubocznym, dzieje się niejako przy okazji. Nawet najbardziej sprawny zespół, czy sympatyzujące ze sobą grono po ludzku nie przetrwa długo, a na pewno nie w pokoju i miłości. Ludzie kręcący się jedynie wkoło ludzi nigdy nie dopełnią swojego ani cudzego powołania i nie zaspokoją głodu ludzkiego serca. Ośrodkiem skupienia ma być Pan Bóg, a siłą napędową Jego wola, a nie sympatia, lub potrzeby ludzkie.

Jeśli tę oczywistość ominiemy, to łatwo wpadniemy w liczne pułapki. Ludzkim wysiłkiem będziemy pielęgnować ciało, psychikę i relacje, a duchowość zostawimy odłogiem. Wśród starań i pomysłów zaczniemy budować na sobie, a zapomnimy o tym, co najpotężniejsze - o nadprzyrodzonym Bożym działaniu. Wychowanie przestanie być towarzyszeniem, a nabierze posmaku manipulacji, bo sami ustalimy sobie cele oddziaływania na innych i drogi ich osiągnięcia, podpierając się naukami społecznymi. W sobie będziemy upatrywać tych, którzy mają moc przemiany serc i bardzo szybko przedefiniujemy na własny, ludzki użytek pojęcia dobra, pożytku, wolności wyboru, rozwoju - z Bożego rozumienia na pasującą nam linię pedagogiczną. Ile jest wspólnot, które zaniedbują formację na rzecz integracji, aż do kółka wzajemnej adoracji? Ilu odpowiedzialnych woli na spotkaniach robić warsztaty i quasipsychoterapie, zamiast modlitwy i dzielenia? Ilu skraca celebrację, żeby wystarczyło czasu na zabawy, albo niechętnie planuje adorację, bo „przecież uczestników to nudzi"? Ilu animatorów widzi się bardziej w roli trenera lub coacha, zamiast świadka? Ilu małym grupom chodzi o komfort, a nie o wiarę? Małe sekty, lokalne tyranie ludzi skupionych na własnej wizji, ambicjach i planach na życie innych osób, w ramach zasłonięcia własnych problemów, lub rekompensaty za nieumiejętność zaufania Bogu na tyle, by mógł w nas działać. Czy to zeświecczenie oazy, lub bałwochwalstwo wobec technik socjologicznych?
Nauka niesie wiele dobra i prawdy, więc lekceważenie jej jest zaniedbaniem daru Bożego i praw, według których Bóg zaplanował nasze funkcjonowanie. Ale dar nie może przesłaniać Darczyńcy. Dar jest ograniczony i skupienie się na nim może także ograniczyć człowieka, spłaszczając go i zamykając w świecie definicji, konstruktów teoretycznych, rzeczywistości widzialnej i namacalnej. Nauki ludzkie mają ludzkie horyzonty - a Bóg i stworzony przez Niego człowiek wystają ponad nie i się w nich nie wyczerpują. Tysiące osób zostało świętymi nie wiedząc o istnieniu filozofii, i tysiące rodziców wyprowadziło swoje dzieci na kochających Boga dojrzałych chrześcijan nim powstała psychologia.

Oaza to przede wszystkim wspólnota Boża i formacyjna, a nie sposób spędzania wolnego czasu, kolektyw aktywizacyjny, grupa wsparcia, społeczność terapeutyczna, towarzystwo wychowawcze, czy też edukacyjne, nawet w zakresie teologii. Socjologia nie da nam mądrości, psychologia nie uczyni nas szczęśliwymi, a pedagogika nas nie zbawi. Nie możemy przepsychologizować naszego człowieczeństwa, ani naszych wspólnot.