Słuchać Pana

(173 - lipiec - sierpień 2010)

Zagłuszanie

Jan Halbersztat

Sami, z własnej woli (choć zwodzeni przez Ojca Kłamstwa) bardzo często robimy co w naszej mocy, aby Słowo nie miało na nas wpływu

Co robili ludzie w czasach PRL chcąc usłyszeć nieocenzurowane wieści ze świata? Między innymi słuchali zagranicznych rozgłośni radiowych, takich jak Radio Wolna Europa czy sekcja polska BBC. Co robiła „władza ludowa”, żeby im to uniemożliwić (czy choćby utrudnić)? Zagłuszała. Powstały specjalne stacje zagłuszające – urządzenia emitujące „szum” na tych samych częstotliwościach, na których można było słuchać RWE czy BBC. W zależności od warunków i odległości stacje te działały lepiej lub gorzej, czasami jednak rzeczywiście bardzo utrudniały czy wręcz uniemożliwiały odbiór programu – zamiast wiadomości w głośnikach słychać było tylko szumy i trzaski…

Zagłuszanie. Absurdalne działanie mające jeden cel: uniemożliwić mi usłyszenie tego, co chciałbym – albo powinienem – usłyszeć. Metoda blokowania prawdy – najbardziej prymitywna, prosta, toporna i… niezwykle skuteczna. Jeszcze jeden dowód na to, że czasami najprostsze metody są najbardziej efektywne.

W tym roku mówimy o „słuchaniu Pana”. Oto Bóg mówi do człowieka – mówi do mnie – słowa Prawdy. Tej jedynej Prawdy, która rzeczywiście wyzwala, która pozwala poznać Jego, zrozumieć świat i zobaczyć siebie samego we właściwym świetle. W moim świecie – w świecie grzechu, oddalenia od Boga, słabości, egoizmu – pojawia się Słowo (także Słowo Wcielone!), które niesie mi przesłanie życia, przebaczenia, siły, miłości. Wystarczy posłuchać, wystarczy się otworzyć. Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha.

Shema, Israel! Słuchaj, Izraelu… – od tego się przecież wszystko zaczyna. Potem są wezwania, przykazania, Boże obietnice, drogowskazy, potem jest Przymierze. Ale żeby to wszystko nastąpiło, najpierw musimy usłyszeć, co Bóg ma nam do powiedzenia.

Niestety, dziś także są siły które starają się zrobić wszystko, abyśmy tego Słowa nie usłyszeli, abyśmy nie byli szczęśliwi, wolni, w końcu zbawieni. Tyle, że dziś te siły nie są na zewnątrz nas (wbrew pozorom siłom zewnętrznym przeciwstawić się znacznie łatwiej). Dziś zło wkracza w nasze życie zupełnie innymi drogami. My sami, z własnej woli (choć zwodzeni przez Ojca Kłamstwa) bardzo często robimy co w naszej mocy, aby Słowo nie miało na nas wpływu.

Tak, czasami osiągamy to na drodze naprawdę złożonych i wyrafinowanych działań. Szukamy racjonalnych argumentów, sprzeciwiamy się Słowu dorabiając teorie (mniej lub bardziej sensowne) do własnych pomysłów czy pragnień, budujemy koronkowe konstrukcje pozornie logicznych argumentów, wznosimy mury obronne na fundamencie takich czy innych zgorszeń, krzywd, urazów.

Ale częściej – znacznie częściej! – postępujemy zgodnie z tą samą zasadą: najprostsze bywa najskuteczniejsze. A jaka jest najprostsza metoda nieprzyjmowania Słowa? Po prostu go nie słuchać.

Więc nie słuchamy. A jeśli Słowo nadal brzmi w naszych uszach, jeśli narzuca się naszej świadomości, naszemu rozumowi, naszemu sercu, nachodząc nas „w porę i nie w porę” przez innych ludzi, przez głos sumienia, przez tekst Ewangelii – stosujemy stare, dobre, sprawdzone zagłuszanie.

Prawdziwe zagłuszanie nie polega na tym, że nie słyszę kierowanego do mnie Słowa Bożego dlatego, że jestem zapracowany, zabiegany i tak dalej. Prawdziwe zagłuszanie to w zasadzie sytuacja odwrotna: robię coś po to, żeby nie słyszeć (…nie musieć słuchać) głosu Boga.

A najprostszym sposobem zagłuszania jest oczywiście życie w hałasie – na tyle silnym i ciągłym, aby nie dopuszczał do naszych uszu (także tych „wewnętrznych”) głosu Boga przemawiającego nie tylko przez Ewangelię, ale także przez głos sumienia, przez światło rozumu, przez prawdziwe uczucia, przez wiedzę. W dzisiejszym świecie o hałas nietrudno. W dzisiejszym świecie ludzie często już nie pamiętają jak brzmi cisza, czasami wręcz boją się ciszy.

Wracam do domu po całym męczącym dniu w szkole, na uczelni, w pracy – jestem wykończony, szumi mi w głowie, więc… natychmiast włączam ulubioną płytę „żeby się uspokoić”.

Mam wolny dzień, jestem sam w domu – więc natychmiast sięgam po pilota od telewizora. Albo włączam radio – bo zwyczajnie źle się czuję, kiedy jest cisza. To jakieś takie…Czy ja wiem? Nienaturalne.

A kiedy wreszcie najdzie mnie myśl, żeby wyjść trochę z domu, przewietrzyć się, pójść na spacer – zaraz za drzwiami wciskam w uszy słuchawki przenośnego odtwarzacza. Żeby coś grało.

Szum, jazgot, hałas, nieustanne zagłuszanie. Zagłuszam nie tylko Pana Boga, który chce do mnie mówić, ale jest zbyt delikatny i za bardzo mnie szanuje, żeby przekrzykiwać moje mp3. Zagłuszam przecież także własne myśli, zagłuszam jakąkolwiek refleksję, zagłuszam swoje uczucia, zagłuszam tego kosa, który tak fantastycznie śpiewa na szczycie tego drzewa za oknem.

A kiedy chcę się zabawić? To idę na imprezę! Dyskoteka, modny klub – jest wiele miejsc mających jedną wspólną cechę: nieustannie atakujące nas dźwięki. A kiedy w klubie jestem zmęczony głośną muzyką, mogę pójść do innej sali w której można odpocząć… Przy cichszej muzyce. To się podobno nazywa chill-out.

A kiedy już nawet pojadę na rekolekcje (!) – to szybko okazuje się, że punktem który najbardziej lekceważę jest Silentium Sacrum – czyli czas, w którym można słuchać. Wtedy właśnie największą ma się ochotę opowiedzieć dowcip albo pogadać o „bardzo ważnych sprawach” – byle tylko nie trwać w ciszy. Jakby to, co mam do powiedzenia, ważniejsze było od tego, co ON ma mi do powiedzenia. (I niestety, jak dobrze wiemy, nie mówię tylko o rekolekcjach podstawowego stopnia dla młodszej młodzieży…).

Ponad 60 lat temu, w roku 1946, George Orwell napisał w dzienniku „Tribune” esej pt. „Ośrodki rozkoszy i wypoczynku” – nieco złośliwą analizę wizji idealnych „ośrodków wypoczynkowych przyszłości”, jakie wyobrażali sobie ówcześnie ludzie. Jedną z podstawowych cech tych idyllicznych miejsc był fakt, że „Muzykę słyszy się tam nieustannie i wszędzie”. Oddajmy głos Orwellowi (w przekładzie Bartłomieja Zborskiego):

Muzyka – jeśli to możliwe, taka sama dla wszystkich – jest w tym przypadku czynnikiem o kardynalnym znaczeniu. Jej nieustanna obecność ma odstręczać od myślenia i od prowadzenia rozmów oraz zagłuszać wszelkie naturalne dźwięki, na przykład śpiew ptaków i szum wiatru. Zresztą już obecnie niezliczone rzesze ludzi wykorzystują w tym celu, a do tego świadomie, radio. W wielu angielskich domach nigdy nie wyłącza się radioodbiorników, choć co pewien czas ktoś manipuluje pokrętłami, żeby z głośników płynęła wyłącznie muzyka lekka i łatwa. Znamy też domy, w których podczas posiłków gra głośno radio i jednocześnie stołownicy głośno rozmawiają, na skutek czego słowa i muzyka wzajemnie się zagłuszają. Jest to zabieg celowy. W takich okolicznościach rozmowa nigdy nie może być poważna, a choćby i sensowna, panujący zaś rozgardiasz uniemożliwia uważne słuchanie muzyki, nie dopuszczając żeby zrodziła się owa przerażająca rzecz – myśl.

Czy to nam czegoś nie przypomina? Jeśli przez te sześćdziesiąt z górą lat coś się zmieniło, to chyba tylko to że w czasach Orwella ktoś jeszcze się temu dziwił…

Nie chciałbym być źle zrozumiany: bardzo lubię słuchać muzyki, nie mam nic przeciwko radiu, jestem pewien że telewizja także nie jest wyłącznie złodziejem czasu (choć bardzo często mam wrażenie, że rację miał Orson Welles nazywając ją „gumą do żucia dla oczu”). Sam korzystam czasami z odtwarzacza mp3, internet jest moim codziennym narzędziem pracy. Wszystko to zjawiska dobre, pożyteczne i (przynajmniej potencjalnie) wartościowe.

Tyle, że często służą na one jako stacje zagłuszające. Często używamy ich tylko po to, żeby zagłuszyć Boga mówiącego do nas w „łagodnym powiewie” naszego sumienia, myśli, uczuć, rozmowy z drugim człowiekiem – czy wreszcie przez słowa Ewangelii, modlitwę, liturgię.

Ale istnieją też znacznie bardziej subtelne metody zagłuszania. Odpowiednio inteligentne zagłuszanie nie tylko nie pozwala usłyszeć głosu Boga, ale w dodatku sprawia wrażenie, że realizuje się w ten sposób Jego wolę. Paradoks? Niekoniecznie.

Można zagłuszyć głos Boga gorliwością o Jego sprawy. Tak przecież czynili faryzeusze, którzy tak pilnie przestrzegali najdrobniejszych przepisów Prawa, że kompletnie nie widzieli zza nich ani Boga, ani człowieka. Krytycznie patrzymy na takie postawy – ale czy i my dziś nie zachowujemy się podobnie?

Jak często „musztra liturgiczna” okazuje się dla nas ważniejsza, niż najgłębsza treść liturgii? Jak często (to temat szczególnie mi bliski…) śpiewająca na eucharystii schola myśli bardziej o poprawności nutek, o czystości wielogłosu, o precyzyjnie wyczekanej pauzie, o tym, że „C a nie Cis” – niż o treści pieśni i modlitwie? Nie chcę przez to powiedzieć że nie jest ważne dokładne przygotowanie liturgii czy czystość wykonania śpiewów, ale że martwy perfekcjonizm może być niemal doskonałą stacją zagłuszającą.

A cisza? Że dzisiejszy świat nie znosi ciszy, że wolimy mówić (o czymkolwiek, choćby bez sensu) niż słuchać – to wszyscy wiemy i często to krytykujemy. Ale czy my, choćby na liturgii czy w modlitwie, szanujemy ciszę? Tę ciszę, która jest warunkiem koniecznym usłyszenia Boga mówiącego przez myśli, przez sumienie, przez medytację Słowa?

Jest w liturgii kilka chwil, w których przewidziana jest cisza – jedną z nich jest moment po zakończeniu procesji komunijnej i „sprzątnięciu” ołtarza, a przed śpiewem na uwielbienie. Często tej chwili ciszy po prostu nie ma – bo jak tylko ksiądz usiądzie (albo jeszcze wcześniej…) schola zaczyna śpiew (a jak schola w porę nie zacznie, to ksiądz wstanie i zacznie kolejna część liturgii…). Ale nawet jeśli ta chwila ciszy jest zachowana – wiecie, ile zwykle trwa? Znajomy kapłan mówił mi, że kiedyś starał się to sprawdzić, ukradkiem spoglądając na zegar stojący w prezbiterium. Okazało się, że wierni w kościele (czyli my!) zaczynali wykazywać wyraźne oznaki zdziwienia i zaniepokojenia, kiedy ta „chwila ciszy” trwała dłużej, niż… dwadzieścia sekund. Jak to, nikt nic nie mówi? Nic nie gra? NIC SIĘ NIE DZIEJE?!

Ano, nie dzieje się – bo nie dajesz szans, żeby mogło się dziać. Nie słuchasz. (Nota bene: próbowaliście kiedyś mierzyć czas „minuty ciszy” celebrowanej w większej grupie ludzi – na przykład w sejmie – w chwilach żałoby? Ja spróbowałem. Ta „minuta” nigdy nie trwa dłużej niż te same 15–20 sekund).

A co z modlitwą? Tu także świetnie sprawdzają się różnego rodzaju stacje zagłuszające. W modlitwie osobistej zagłuszanie może przybierać formę „zagadywania” Pana Boga zamiast słuchania Go – ale może także przybierać formę mnóstwa skądinąd pięknych i wartościowych pobożnych praktyk. Jeszcze różaniec, jeszcze koronka, jeszcze litania, jeszcze posłuchamy modlitwy w katolickiej rozgłośni radiowej… Wszystko, żeby tylko nie trwać chwilę w ciszy przed Panem.

Jeszcze wyraźniej widać to czasami w naszych parafiach – jeśli spotykamy się na wspólną modlitwę, bardzo rzadko uwzględnia się w niej choćby kilka chwil ciszy, w której można by wsłuchać się w Słowo. W czasie tegorocznego Triduum Paschalnego nie mogłem uczestniczyć w Mszy Wieczerzy Pańskiej – jedno z naszych dzieci było chore i któreś z nas musiało zostać z nim w domu. Kiedy moja żona wróciła z liturgii, wziąłem samochód i pojechałem do kościoła, aby choć przez chwile trwać przy Jezusie w Kaplicy Przechowania. Niestety – jak się okazało „trwać” mogłem tylko w jeden sposób: włączając się w głośny, rytmicznie odmawiany różaniec. Następnego dnia, kiedy zamieniliśmy się rolami, moja żona przeżyła dokładnie to samo: przy Grobie Pańskim nie dało się trwać w ciszy. Najpierw był różaniec, potem śpiew Gorzkich Żali, potem litania, potem koronka, potem…

I znowu – nie chciałbym, żeby ktoś mnie źle zrozumiał: w niczym nie umniejszam wagi różańca (który jest, a w każdym razie być powinien, modlitwą medytacyjną), złego słowa nie powiem o przepięknych, jakże bogatych w treści litaniach i innych nabożeństwach. Chodzi mi tylko o to, że „odmawianie modlitw” także bardzo łatwo może posłużyć za stację zagłuszającą. Że w czasie Triduum – może szczególnie w Wielki Piątek, przy Grobie – naprawdę nie byłoby nic złego w Ciszy. Że czasami naprawdę granica między modlitwą różańcem a klepaniem różańca może być bardzo cienka (i nie oceniam w tym zdaniu modlitwy innych ludzi – ale własną).

Pamiętam taką scenę z ostatniej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski, w 2002 r. W Kalwarii Zebrzydowskiej Papież uklęknął przed obrazem Matki Bożej i zaczął się modlić w zupełnej ciszy. Wszyscy czekali, że zaraz wstanie, coś powie – bo przecież po to przyjechał, żeby do nas mówić, nieprawdaż?…

A on nie wstawał, nic nie mówił. Za nim setki ludzi, dookoła niego kamery, mikrofony – a on po prostu trwał. Po prostu SŁUCHAŁ. Trwało to bodaj dwadzieścia minut. Dziennikarze telewizyjni nie wiedzieli co robić. Komentatorzy radiowi rwali włosy z głowy (w TV można chociaż obraz pokazać, ale dla radiowca cisza jest bardzo trudnym tematem…). To była jedna z najmocniejszych papieskich katechez, jakie pamiętam. O czym rozmawiał z Najwyższym – nie wiem, mogę się tylko domyślać. Ale dla mnie było to bardzo mocne przypomnienie tych najważniejszych, podstawowych słów, które leżą u podstaw mojej relacji z Bogiem:

 

Shema, Israel! Słuchaj, Izraelu…