Ekumenizm

(139 - wrzesień - październik 2005)

z cyklu "Wieczernik Domowy"

Zapomniał wół, jak cielęciem był

Krzysztof Janowski

Czasami jako rodzice bardzo się staramy i... okazuje się, że nasze dzieci niekoniecznie chcą tego o co się staramy

Wprzysłowiach często jest wiele mądrości. A jedno z nich mówi: „Zapomniał wół jak cielęciem był”. Myślę, że ukazuje ono ważną prawdę, która dotyczy często nas — dorosłych. Gdy mamy już swoje dzieci, to często zapominamy jak sami byliśmy dziećmi. Zapominamy jakie postępowanie rodziców nas wtedy denerwowało, złościło. Teraz często sami zachowujemy się tak jak nasi rodzice. Jest to naturalne zachowanie psychologiczne, że świadomie a czasami nawet mniej świadomie naśladujemy ich. To też zauważyli ludzie i mówi się że „niedaleko pada jabłko od jabłoni”.

Z jednej strony tak jest. Ale myślę, że warto podjąć trud i przypomnieć sobie jakie zachowania naszych rodziców nie podobały się nam, a jakie podobały i — gdy tylko jesteśmy w stanie — próbować nie powielać złych zachowań, a powielać te dobre.

Oczywiście musimy teraz spojrzeć na te nasze problemy i pretensje do rodziców również z perspektywy człowieka dorosłego. Nie możemy bezkrytycznie nie robić wszystkiego co w dzieciństwie nas bolało. Pamiętam, że osobiście byłem bardzo zły gdy rodzice jako małemu dziecku nie pozwalali mi oglądać telewizyjnych filmów po ówczesnym 

„Dzienniku”. Wszyscy moi koledzy mogli je oglądać i rozmawiali o tych filmach, a ja nie mogłem ich oglądać i „nie byłem w temacie”. Ale teraz, gdy jestem już dorosły i widzę jak dużo bezwartościowych programów jest w telewizji uważam akurat to działanie rodziców za dobre i pożądane i sam również chcę wybierać filmy i programy telewizyjne, które będzie oglądać moje dziecko. Jest wiele spraw, w których chciałbym naśladować rodziców albo inne dorosłe osoby, które spotykałem w dzieciństwie, a których działanie bardzo mi się podobało. Myślę tu chociażby o wspólnych zabawach, wspólnych wycieczkach. To bowiem oznacza wspólny czas spędzany z rodzicami, a tego dzieci bardzo potrzebują. 

I jeszcze jedna ważna rzecz. Czasami jako rodzice bardzo się staramy i... okazuje się, że nasze dzieci niekoniecznie chcą tego o co się staramy. Na przykład w zimie zorganizowaliśmy raz z żoną krótki wyjazd na narty z naszym dzieckiem. Żona akurat tego dnia zaczynała pracę od 14:00, ja powiedziałem w pracy, że też się spóźnię, przyjdę o 14:00 a kiedy indziej odrobię tą nieobecność. I co się stało? Gdy już spakowani wsiadaliśmy do samochodu nasz synek (fan narciarstwa) oświadczył, że nie chce jechać na narty, bo chce iść do przedszkola pobawić się z kolegami. Chwila konsternacji, próba namówienia na wspólny wyjazd. Ale potem powiedzieliśmy „zgoda”, zawieźliśmy go do przedszkola i zamiast być obrażonym na wszystko, a zwłaszcza na niego, sami pojechaliśmy na te narty. I moim zdaniem było całkiem miło. Na przyszłość zaś wiemy, że nasz synek niekoniecznie lubi narty tak samo bardzo jak my, zwłaszcza w dzień powszedni, gdy chodzi od przedszkola.

To pokazuje jeszcze jedną ważną rzecz. Często zdarza się, że rodzice swoje nie zrealizowane plany, ambicje przerzucają na swoje dzieci. Tata chciał być lekarzem, ale nie został to teraz marzy, aby był nim syn. Oczywiście takie marzenia nie są niczym złym o ile kończy się tylko na marzeniu, a nie zmuszaniu jakoś dziecka do pójścia tą drogą. Czasami dziecko pod wpływem rodziców rzeczywiście pójdzie tą drogą i rozminie się ze swoim powołaniem, a czasami gdy ma przekorny charakter nie pójdzie mamie lub tacie na złość i potem okazuje się, że tamta profesja mogłaby być jego rzeczywistym powołaniem, ale jest już za późno. 

Zauważmy też, że świat się zmienia. Tata tłumaczący swoim dzieciom chodzącym do podstawówki, że nie kupi im komputera, bo on gdy był dzieckiem go nie miał, po prostu nie przystaje do dzisiejszych czasów. Oczywiście mamy prawo jako rodzice nie pozwolić (i nie kupić) naszym dzieciom tego urządzenia obawiając się na przykład, że będą za dużo czasu spędzać na grach, a za mało na świeżym powietrzu. Ale wtedy wytłumaczmy im rzeczywiste powody (oczywiście na poziomie na którym je zrozumieją), a nie rzucajmy jakieś hasła. W przeciwnym wypadku narazimy się u dzieci na opinię „dinozaurów”, którzy nie wiedzą co jest ważne w dzisiejszym świecie, a więc z których zdaniem nie warto się liczyć.

Starajmy się wyciągać wnioski z naszego dzieciństwa, ale pamiętajmy też że nasze dzieci są różne od nas i od siebie nawzajem. To co sprawdziłoby się na nas, albo sprawdziło się na jednym z naszych dzieci, nie koniecznie sprawdzi się na innym.

I przede wszystkim bądźmy otwarci na wszystko co nowego przyniesie nam życie, albo czym zaskoczą nas dzieci. Nie zamykajmy się w sobie czy w naszej rodzicielskiej władzy, ale próbujmy znaleźć odpowiedzi nawet na bardzo trudne pytania jak to poniższe:

Jaś: Czy Pan Bóg jest wszędzie?

Mama: Tak, wszędzie.

Jaś: A czy w piwnicy u Kowalskich też?

Mama: Tak, Jasiu.

Jaś: Nieprawda, Kowalscy nie mają piwnicy.