Finanse - nasze, Kościoła, Ruchu

(142 - luty - marzec 2006)

z cyklu "Siedem rad"

Złota drabina dawania

rebe Mada

Pierwszy szczebel:
Dawać niechętnie.
Drugi szczebel:
Dawać radośnie, ale nie według potrzeb.
Trzeci szczebel:
Dawać radośnie i według potrzeb, ale dopiero wtedy, gdy o to po­proszą.
Czwarty szczebel:
Dawać radośnie i według potrzeb, nie czekając, aż o to poproszą, ale składać swój dar w ręce ubogiego, zawstydzając go w ten spo­sób.
Piąty szczebel:
Tak dawać, aby potrzebujący znali swojego dobroczyńcę, choć on ich nie zna.
Szósty szczebel:
Znać obdarowanych, ale pozostawać dla nich nieznanym.
Siódmy szczebel:
Dawać tak, aby nie wiedzieć, komu się pomaga, i aby obdarzany nie znał dobroczyńcy.
I najwyższy szczebel w złotej drabinie dobroczynności:
Zapobiegać ubóstwu, ucząc zawodu, dając komuś pracę lub jeszcze w inny sposób zapobiegać potrzebie darowizny.

Majmonides, żydowski uczony z XII w

Wpadł mi niedawno w ręce powyższy tekst Majmonidesa i poru­szył moje serce, abym u progu czasu Wielkiego Postu przemy­ślał na nowo problem dawania jałmużny. Nie mam wątpliwości, że należy dawać, ale zawsze zastanawiam się, jak to robić? Ile dawać iście komu dawać.

Zapraszam do wspólnego wejścia na drabinę. Kto wytrzyma do końca, będzie OK. Ale nie zrażaj się tym że zatrzymasz się na jakimś szczeblu i nie będziesz umiał iść dalej. Tak czasami bywa. Może jeszcze nie jest na to twój czas. Najważniejsze jest, aby zacząć wchodzić. Na to wykonujemy krok pierwszy i lądujemy na:

Pierwszy szczebel:

Dawać niechętnie. Największy sukces tego kroku polega na tym, że zostaje naruszona nasza kieszeń. Oto dokonaliśmy epokowego od­krycia. Nie jednego, ale kilku. Po pierwsze zobaczyliśmy, że są na świe­cie ludzie, którzy potrzebują pomocy. Po drugie zobaczyliśmy, że my mamy możliwości, aby im przyjść z pomocą. Po trzecie odkryli­śmy, że nasze ręce są zdolne do naruszenia stanu naszego posiadania. Po czwarte wreszcie poznaję swoje serce, które nie jest chętne do ofiary - widzę że ofiarując ponoszę koszty nie tylko materialne, ale również emocjonalne. Daję coś, a to wcale nie jest dla mnie radosne. Przypo­minam sobie opowiadanie z ewangelii Jezusa o natrętnej wdo­wie, któ­ra doświadczyła pomocy, aby sędzia miał święty spokój.

Wejdźmy teraz na drugi szczebel: Dawać radośnie, ale nie według potrzeb. To jest taka sytuacja, kiedy już mogę dawać, ale czynię to wób irracjonalny. Nie mam problemów z dawaniem, ale daję bez rozeznania, czego ten człowiek potrzebuje. To sytuacja kiedy mam wi­zję, że trzeba dawać i pomagać ludziom ale nie uwzględnia się ich po­trzeb. Daje się na przykład to co mam a nie to czego ten człowiek po­trzebuje. Ważne na tym szczeblu wydaje się poznanie potrzeb każdego kto prosi o pomoc. Tutaj już nie samo dawanie jest ważne ale to co daję.

Po tych kilku myślach stajemy na trzecim szczeblu: Dawać radoś­nie i według potrzeb, ale dopiero wtedy, gdy o to poproszą. Czeka­nie na prośbę potrzebującego. To sytuacja, kiedy całą inicjatywę prze­noszę na potrzebującego. To on ma mnie poruszyć do działania swoją prośbą. Ja nie muszę nic robić. Wystarczy, że usłyszę prośbę. Jestem bierny. Sytuacja bardzo niebezpieczna. Bo przecież potrzebujący może nie wiedzieć, jak poprosić albo skąd może wiedzieć, że ja mogę po­móc i że jestem na to gotowy. Ale ważne jest to, że proces dawania trwa dalej. Możemy wiec teraz zatrzymać się na czwartym szczeblu: Dawać radośnie i według potrzeb, nie czekając, aż o to poproszą, ale składać swój dar w ręce ubogiego, zawstydzając go w ten spo­sób. Jeżeli zatrzymujemy się na tym szczeblu musimy być gotowi do przyjęcia dyskrecji i przyjęcia pomocy innych. Po prostu trzeba być gotowym tak przekazać swój dar, aby nie spowodować u ubogiego poczucia zawstydzenia. On ma swoją godność i jako dawca muszę ją uszanować. Inni mogą to uczynić w sposób bardziej dyskretny albo nie spowodują zawstydzenia u tych, którzy coś przyjmują.

I następny, piąty już szczebel: Tak dawać, aby potrzebujący znali swojego dobroczyńcę, choć on ich nie zna. Na tym szczeblu mamy do czynienia z postawą, kiedy nie ma osobistej więzi między tym, który daje, a tymi którzy są w potrzebie. Oni mogą znać swego dobroczyń­cę, a on nie musi ich znać. Nie jest to sytuacja zła albo niewłaściwa. Na tego który daje nie można nakładać obowiązku poznawania wszyst­kich, którym pomoc świadczy. Nie jest również niczym złym, gdy ob­darowani znają swojego darczyńcę.

I szósty szczebel: znać obdarowanych, ale pozostawać dla nich nieznanym. Ponownie powraca dyskrecja, ale tym razem darczyńca chce być nieznany. On zna ludzi i może kierować się w swojej hojno­ści znajomością ich potrzeb, ale również i osobistymi sympatiami bądź antypatiami. I dlatego potrzebny jest siódmy szczebel: Dawać tak, aby nie wiedzieć, komu się pomaga, i aby obdarzany nie znał dobro­czyńcy. Uważam, że tutaj komentarz mój jest nie potrzebny. Poza stwierdzeniem, że potrzebne jest ciało pośredniczące, które znając po­trzeby ludzi przekaże posiadane fundusze bez ujawniania dobroczyńcy.

I na koniec najwyższy szczebel w złotej drabinie dawania: Zapobie­gać ubóstwu, ucząc zawodu, dając komuś pracę lub jeszcze w inny sposób zapobiegać potrzebie darowizny. U mnie w domu mówiło się: po prostu dawaj wędkę i naucz łowić ryby zamiast ciągłego odda­wania swojego połowu. Ale to wymaga niestety najcenniejszego daru od nas: naszego czasu i zaangażowania się na poważnie w zaspokoje­nie potrzeb brata. A to najbardziej kosztuje. Od czego jednak mamy Wielki Post. Szalom na wstępowanie drabiną do...