Spotkanie z Bogiem

(220 - marzec - kwiecień 2018)

z cyklu "Ze wszystkich narodów"

Znaleźć wszystko

Julita Hołub

Jest coś, co mnie pali od środka, coś co nie pozwala mi zagrzać nigdzie miejsca na długo. Coś, co jest silniejsze niż strach, czy obawy. Dodatkowo na to „coś” nałożyło się Boże wezwanie do służby, dotyk miłości, którą trzeba się podzielić, żeby nie eksplodować. Tak właśnie decyzja o wyjeździe, może trochę trudna na początku, z czasem stała się oczywista. 

Od września 2016 r. przez prawie rok byłam w Ekwadorze w parafii w La Unión, gdzie proboszczem jest ks. Wiesław Podgórski.

Oddalenie się od tego, czym żyłam dotychczas w Polsce wcale nie było bohaterstwem, było naturalną konsekwencją relacji ze Słowem Bożym. Czasem trochę żartobliwie mówię moim bliskim, że bohaterstwem byłoby nie wyjechać w obliczu tak wyraźnego wołania. Z perspektywy czasu widzę, że gnała mnie też chęć przeżycia przygody, ale wiem już, że Jezus i z tym sobie poradził. Z czasem, już tam – w Ekwadorze w zetknięciu z codziennością oczyszczały się moje intencje i praca nie była już przygodą, a życiem, ukochanym trudem i ukochaną radością.

Fascynujące początki, wielkie poruszenia

Ważne były początki, wiedziałam, że powinnam jak najwięcej obserwować, notować na papierze i w sercu. Mało mówić, dużo patrzeć, zamknąć oczy Europejki, Polki, tradycjonalistki, a otworzyć serce na to, co zupełnie nowe, zaskakujące i nierzadko szokujące. 

Chodziło o to, żeby wnieść tyle swojego, ile było konieczne, ale raczej stawiać na pracę metodami tamtejszych ludzi – Ekwadorczyków. Więc pierwsze tygodnie to był z jednej strony trudny czas, bo zmiana strefy czasowej i klimatycznej mocno dawała mi o sobie znać. Z drugiej strony był to też czas pierwszych wrażeń, największych zachwytów i najsilniejszych wzruszeń. 

Pisząc ten tekst uśmiecham się sama do siebie przypominając sobie całe mnóstwo odczuć, sytuacji, wrażeń. Pierwsze uderzenie gorącego powietrza. Pierwsze spotkanie z jedzeniem, moja myśl, że do tego z pewnością nie można się przyzwyczaić. Pierwsze zetknięcie się z ludźmi, ich otwartością i uprzejmością, i moja bezradność językowa. Bałagan na ulicach miasta, hałas. Bambusowe domki na wsi, skrajna bieda. Zachłyśnięcie się niesamowitymi widokami, jak z widokówek albo programów przyrodniczych. Odgłosy małp krzyczących w lesie, widzianym z okna mojego pokoju, żaby, karaluchy, mrówki, jaszczurki i wiele innych, dziwnych stworzeń. 

Było bardzo dużo sytuacji zabawnych, szczególnie na początku. Kiedy na przykład w łazience pojawiały się żaby. Ja byłam wtedy zaangażowana w próby przegonienia intruza, a Ola (z którą się przyjaźnię, wyjechałam i pracowałam w Ekwadorze) wszystko nagrywała. W pierwszych tygodniach wszelkie żywe stworzenia pojawiające się w naszym domu, nie będące ludźmi, robiły na nas wrażenie. A później trochę się zmieniło… i jak coś nie wchodziło do talerza, mogło być zaakceptowane (choć z czasem i na talerzu niektórym się udawało). Jest całe mnóstwo rzeczy, które mnie zaskakiwały i fascynowały, opisuję tylko te, które w tym momencie przewijają się przez moją głowę. 

Jest coś, co z pewnością mogę określić jako najcenniejsze, jako to, co najbardziej mnie przemieniało, kształtowało i otwierało – wspomniana już wcześniej otwartość ludzi. Wychodziłam do sklepiku (bo sklep to byłoby za duże słowo) z zamiarem powrotu po kilku minutach. Zdarzało się, że wracałam po godzinie, albo i dłuższym czasie, bo tutaj ktoś zawołał, tam ktoś zagadał, gdzie indziej już ktoś kawę przygotowywał… Najciekawsze było to, że im nie chodziło o to, że Polka, że nowa, że wzbudza ciekawość, choć to też na pewno prawda, ale zaobserwowałam, że Ekwadorczycy tak samo traktują siebie nawzajem. Dziesięć miesięcy to niedługi czas, ale okazał się wystarczający, żeby moje serce zaaklimatyzowało się na dobre, żeby stało się trochę tamtejsze, żeby mocno pokochało.

Co właściwie do roboty ma Polka w Ekwadorze

Nasza (Oli i moja) posługa zaczęła się od prowadzenia kursów dla dzieci i młodzieży. Język polski, kurs gotowania, zajęcia artystyczne, teatralne, kurs języka rosyjskiego, tworzenie grupy oazowej i wiele innych. Pamiętam rozmowy z dziećmi, które usiłowały uczyć mnie języka hiszpańskiego, jak zabawnie było, kiedy nie mogłam zrozumieć ich wyjaśnień i trzeba było rysować. Któregoś dnia po kursie została ze mną pewna dziewczynka – Jovanela – bardzo chciałam z nią rozmawiać. Kiedy opowiadała mi o swojej rodzinie usiłowała narysować czym zajmuje się jej tata – pamiętam doskonale ile radości nam to dało, prostej, prawdziwej radości. 

Każdego wieczoru spotykałam się na zmianę z jedną z dwu osiemnastoletnich dziewczyn – z Yustin albo z Jocelyne. Spędzałam z nimi godzinę dziennie rozmawiając, ucząc się w ten sposób języka. Podczas tych wieczorów zaczęła się rodzić moja przyjaźń z Jocelyne, relacja, która okazała się bardzo cenna, pomimo różnic językowych, kulturowych i wielu, wielu innych. A może właśnie dzięki temu jest ona dla mnie tak ważna. Łamały się schematy, zmieniał światopogląd, łagodziło podejście do wielu spraw. 

Zaczęło się od kursów, a później (w październiku) stworzyłyśmy z pomocą księdza grupę młodzieży, która została z nami już do końca. To była taka ekipa do zadań specjalnych, do zadań niewykonalnych. To z nimi organizowaliśmy rekolekcje dla młodszych, przygotowywaliśmy dramatyzacje, rozmawialiśmy o Słowie Bożym, modliliśmy się, pracowaliśmy, bawiliśmy się. Oni pozwolili mi zrozumieć jak wielki jest Bóg, który dokonuje rzeczy dla nas uznawanych za niemożliwe, wręcz głupie. I to właśnie dzięki nim pojęłam, że wspólnota jest tym, czego potrzebują ludzie w każdej części świata, bez względu na krąg kulturowy, wykształcenie, czy wiek. Może to jakiś znak naszych czasów, może właśnie tego potrzebuje Kościół – żywych, pełnych nadziei, radosnej, prostej wiary i zapału wspólnot. 

Kolejne ciekawe doświadczenie to odwiedzanie wspólnot należących do naszej parafii. Mieszkaliśmy w La Union – niewielkiej wiosce, centrum parafii, której podlegało 46 wiosek z kaplicami. Ksiądz starał się odwiedzić większe z nich raz w miesiącu, tam, gdzie nie mógł dotrzeć odpowiedzialność za parafian spoczywała na katechistach i przewodnikach wspólnoty (zwykle byli to szafarze Komunii świętej). 

W niektórych wioskach spędzałam po trzy, cztery dni. Mieszkałam wtedy z jedną z tamtejszych rodzin. W towarzystwie katechisty lub przewodnika wspólnoty odwiedzałam domy, organizowałam spotkania. Obserwowałam, poznawałam ludzi, ich kulturę, podejście do wielu spraw. 

Dla mieszkańców tamtych miejsc nasze wizyty były ważne, pobudzały do życia ich małe wspólnoty. Ja często czułam się tam jak mała dziewczynka w nowym świecie. W domach, w których często nie było wody, toalety, a czasem nawet światła. To był najlepszy sposób, żeby zrozumieć chociaż część zachowań, przyzwyczajeń, sposobu myślenia. Można by pisać jeszcze bardzo dużo. Moją codzienność wypełniały spotkania z ludźmi, wyjazdy, praca na plebanii, dbanie o kościół, rekolekcje, katechezy, konferencje, bywały dni bez pracy, kiedy trzeba było radzić sobie z czasem wolnym.

Ciekawostki, dziwności, kulisy

Poznając ludzi, zyskując ich zaufanie mogłam poznawać ich historie, a te często okazywały się dla mnie niepojęte. W takich momentach wiedziałam, że to kolejna lekcja tamtejszej kultury, że komentarze powinnam zostawić dla siebie. Mówię tu na przykład o tym jak wyglądają rodziny. Właściwie nie ma tam związków małżeńskich. Kobieta pracuje w domu, zajmuje się gotowaniem i wychowaniem dzieci. A mężczyzna pracuje w mieście albo… spędza czas na hamaku. Zupełnie powszechne są zdrady. Dzieci często mają wiele rodzeństwa, które ma innego ojca lub matkę. Przy tym wszyscy jakoś razem żyją, wszystko to się miesza, czasem oni sami nie wiedzą już co do czego, kto do kogo i z jakiego powodu. Matki oddają dzieci na wychowanie swoim krewnym. Dziewczynki w wieku czternastu lat zaczynają już własne życie. 

Z dala od Polski rozkochałam się na nowo w naszych polskich tradycjach, w całej otoczce, szczególnie dotyczącej przeżywania świąt (Wielkanocnych i Bożego Narodzenia). Stworzyliśmy jakąś namiastkę naszego klimatu w polskim gronie i to było cenne. Ale też ważne były obserwacje. W klimacie, w którym właściwie nic się nie zmienia (poza tym, że przez pół roku nie pada deszcz, a przez kolejne pół pada jak oszalały) trudno jest odczuć nadchodzące święta, coś wyjątkowego. W Polsce jest (powiedzmy) śnieg, choinka, zapach pierników i pomarańczy, a w Ekwadorze upał, deszcz i jeszcze raz upał. Przy Wielkanocy w Polsce jest wiosna, świeżość kolorów, zapachów, budzenie się do życia. A w Ekwadorze jest upał, deszcz i jeszcze raz upał. To nic złego, dla mnie wręcz coś bardzo dobrego i potrzebnego dla głębszego przeżycia tajemnic wiary. Ale też dla zrozumienia jak jestem wdzięczna Bogu za mój kraj, za jego tradycje, za rodzinę dbającą o tak wiele szczegółów. Bo w Ekwadorze nie tylko pogoda się nie zmienia w czasie świąt, ale też dla ludzi nie jest to czas szczególny.

Poza tym, że pracy było tam dużo, to sporo też było czasu wolnego. I to był czas na odpoczynek. Albo na rozrywkę, na spotkania ze znajomymi, rozmowy, zabawy, spacery, radość. Miałam czas na pokochanie oceanu, spędziłam tydzień przesiadując w samotności całymi dniami na plaży. Oprócz tego zwiedzaliśmy sporo, zobaczyłam najbardziej znane, najpiękniejsze miejsca w Ekwadorze. Mając doświadczenie poznania miejsc tak cudownych, tak niepowtarzalnych ugruntowała się moja pewność umiłowania przez Boga, Jego dobroci i niesamowitego kunsztu.

Na co komu to wszystko

Wiele osób mówi, że posługa misyjna najwięcej zmienia w tym, który służy, że więcej dokonuje się w nim samym niż w tych, do których jest posłany. To prawda. Ale ja skupiałam się na pracy, na tym, co tam było do zrobienia. Nie zawsze się to udawało, ale starałam się jak najbardziej zapominać o sobie. Wiedziałam, że to, co we mnie samej ma się przemienić, przemieni się w ciszy mojego serca. Czynny udział, zaangażowanie, rozmyślanie mogły przeszkodzić dziełu Bożemu w moim sercu i oczywiście przeszkodzić mojej pracy. Im mniej skupiałam się na sobie tym więcej działał Jezus. 

A po tym wszystkim, po czasie radości, trudności, pracy, zabawy, zmęczenia i odpoczynku trzeba było wrócić do Polski. I to okazało się jeszcze trudniejsze niż początki w Ekwadorze. Bo dopiero tutaj zaczęłam dostrzegać jak wiele rzeczy się we mnie zmieniło, jak bardzo odstaję od reszty, często wydaje mi się, że nie pasuję. Brakuje mi poczucia bycia częścią czegoś, częścią wspólnoty, elementem pasującym i potrzebnym. I zastanawiam się, gdzie jest sens mojego życia, jaka jest Wola Boża, gdzie szukać tego, co najważniejsze, czyli pokoju serca. Tęsknię również za ludźmi, za pracą, za klimatem, nawet za jedzeniem. Nauczyłam się, że nie ma nic ważniejszego od miłości. I w rzeczywistości w całym moim życiu ma chodzić o miłość i to jest moim powołaniem. 

Wielkim moim pragnieniem jest, żeby służba i czas spędzony w Ekwadorze zapisał się w moim sercu jako żywe doświadczenie, a nie tylko jako wspomnienie.