Biblia

(132 - wrzesień - październik 2004)

Zobaczyć zrozumieć zrobić

ks. Mariusz Pohl

Praktyczne wskazówki do studiowania Biblii

Zczytaniem i popularnym studiowaniem Pisma św. wiąże się kilka trudności. Warto sobie zdać z nich sprawę, aby się nie zniechęcać, gdy się pojawią.
Nieraz nasze osłuchanie z fragmentami Ewangelii, zwłaszcza tymi częściej powtarzanymi w liturgii powoduje, że a priori uznajemy teksty za znane i oczywiste, wręcz banalne. To zaś już na wstępie gasi zainteresowanie i zapał do czytania. Wydaje nam się, że nic ciekawego ani praktycznego tam nie wyczytamy.
Po drugie: owocna lektura Biblii wymaga systematyczności. To gruba księga, a nie folderek ze zdjęciami i hasłami, więc trzeba poświęcić sporo czasu na samo jej przeczytanie, a co dopiero studiowanie. Warto w takim razie od razu ustalić sobie jakiś realistyczny program: ile, co i kiedy przeczytam. Ustalmy to nie po to, by sobie samemu zaimponować, lecz by to rzeczywiście zrobić, bez odkładania na potem, bez wymówek.
Po trzecie: praktycznie brakuje popularnych pomocy do studiowania Pisma. Dzięki wydawnictwu „Voca-tio” pomoce te już są, ale niezbyt rozpowszechnione, a jeśli — to raczej wśród zaawansowanych. Sam pamiętam jak przed 25 laty rozpytywałem różnych księży o jakieś zrozumiałe książki, wyjaśniające i interpretujące Biblię na poziomie dla początkujących, ale nic takiego nie potrafili mi wskazać. Dziś sytuacja jest o niebo lepsza, ale sądzę, że i tak jest wielu ludzi, którzy szukają jakiegoś prostego wyjaśnienia swoich wątpliwości i pytań, a nie znajdują. Dlatego warto polecać sobie dobrych autorów i pozycje wydawnicze.
Lekarstwem na wiele z tych bolączek jest samodzielne studium Pisma św. Spróbuję przekazać kilka wskazówek i własnych doświadczeń, które mogą w nim dopomóc. Są one szerzej opisane w książce Josha McDowella: „Przewod-nik do zrozumienia twojej Biblii” (Wydawnictwo TKECh, Kraków 1990). Gorąco zachęcam do przeczytania tej książki. Jest to doskonały, praktyczny podręcznik studiowania Biblii.
Podstawą są trzy etapy: obserwacja tekstu — interpretacja tekstu — zastosowanie tekstu. Można je skrótowo określić i zapamiętać jako „3 razy Z”: zobaczyć, zrozumieć, zrobić.
Aby nauczyć się tej metody, na początek warto wybrać sobie kilka krótkich (ok. 5–8 wersetów) fragmentów, najlepiej z Ewangelii, zawierających opis jakiegoś wydarzenia, np. cudu czy spotkania. Dalej potrzebna będzie kartka i długopis, by narysować sobie tabelkę pytań, ewentualnie podkreślać w tekście ważne słowa. Wyniki pracy trzeba na bieżąco zapisywać, by utrwalić ślad swoich poszukiwań. Wreszcie nie byłoby źle, gdyby pierwsze próby podjąć w jakiejś niedużej grupie, pod okiem księdza lub doświadczonego animatora. Moglibyśmy na żywo dzielić się swoimi wynikami i trudnościami i ktoś czuwałby nad naszą pracą. I koniecznie trzeba praktykować tę metodę samodzielnie, w domu.
No i najważniejsze zastrzeżenie: ta praca musi się dokonywać pod okiem Ducha Świętego! Pismo św. to Jego dzieło i tylko On może dać nam mądrość potrzebną do zrozumienia i zastosowania Biblii w swoim życiu. Dlatego trzeba Go koniecznie zaprosić do siebie i szeroko otworzyć się na Jego działanie. Inaczej cały trud na nic, albo nawet na minus.

Zobaczyć
Choć obserwacja polega tylko na patrzeniu i dostrzeganiu tego, co mamy wprost przed oczami, sprawia nam ona jednak sporo problemów, i to ze strony najmniej oczekiwanej: a mianowicie myślenia. W czasie obserwacji należy bowiem „wyłączyć” myślenie. Oczywiście nie całkiem: chodzi tylko o odrzucenie naszych schematycznych skojarzeń, wyobrażeń, toków myślowych, interpretacji, zasłyszanych sloganów i uproszczeń, czyli tego wszystkiego, co nam „się wydaje”. Mamy skupić się na tym, co jest napisane, a nie na tym, co o danym fragmencie myślimy czy kiedyś słyszeliśmy. A każdy myśli i słyszał co innego; stąd nieraz taka wielka rozbieżność opinii już na tym etapie wstępnym. Trzeba te opinie, domysły, automatyczne skojarzenia i dopowiedzenia wziąć w nawias, a patrzeć tylko na słowa i litery, na zdania, związki logiczne i gramatyczne, na to, co jest na papierze, a nie w mojej głowie. Wbrew pozorom to trudna sztuka.
W tej elementarnej, obiektywnej obserwacji mogą pomóc pewne pomocnicze pytania. Pamiętam je jeszcze z lekcji języka polskiego w piątej klasie podstawówki. Chodzi o rozbiór logiczny i gramatyczny zdania: podmiot, orzeczenie, dopełnienie, przydawka itd. Warto zapamiętać sobie siedem prostych pytań, które w tym pomagają: kto, co, gdzie, kiedy, dlaczego, po co, jak. Ten szablon pytań (zróbmy sobie taką zakładkę z tekturki i wypiszmy je) trzeba przyłożyć do każdego analizowanego fragmentu i po prostu szukać odpowiedzi. Muszą być one w tekście, tzn. w odpowiedzi powinniśmy przytoczyć konkretne słowo czy cytat z naszego fragmentu, a nie opowiadać jakieś swoje historie czy domysły, własnymi słowami. Bez filozofowania! Tylko tekst i obserwacja! I pytania: kto (podmiot, bohaterowie wydarzenia); co (orzeczenie — chodzi o pewne czynności: co się stało, działo, wydarzyło); gdzie (miejsce akcji); kiedy (czas akcji); dlaczego (z jakiego powodu — pytanie o przyczynę, powody); po co (cel, intencje, zamierzenia; uwaga! — cel: „po co”, to nie to samo co przyczyna: „dlaczego”); i jak (czyli sposób, w jaki coś się stało). Odpowiedzi w formie pojedynczych wyrazów warto zapisać sobie w pierwszej rubryce tabeli.
Owe siedem pytań ma charakter pomocniczy i nie należy ich traktować w sposób niewolniczy i absolutny, jak na maturze czy w krzyżówce. Może się zdarzyć, że niektóre pytania nie będą miały zastosowania do danego fragmentu, albo będą tylko marginalne. Chodzi w nich tylko o to, żeby nas sprowokowały do wnikliwej i bezstronnej obserwacji obiektywnego tekstu, a nie swoich subiektywnych wyobrażeń i schematycznych opinii na jego temat.
Na tym etapie trzeba uwzględnić też tzw. rodzaje literackie, czyli pewne sposoby formułowania myśli przy pomocy słów lub pisma. Takich środków i sposobów jest mnóstwo, i wszyscy bezwiednie z nich korzystamy. Treść wypowiedzi jest bowiem przekazywana nie tylko przy pomocy dosłownego znaczenia poszczególnych wyrazów, ale także
„zaszyfrowywana” pomiędzy nimi, np. przez zbitkę pewnych określonych słów, czy kontekst, w jakim były one wypowiedziane. Użycie takiego schematu z góry sprawia, że w odpowiedni sposób nastawiamy się na odbiór treści i np. nikomu nie przychodzi do głowy, by zdawkowe powitanie: „Co słychać”, potraktować dosłownie i zacząć odpowiadać, że słychać tramwaj, radio czy śpiew ptaków za oknem. Ale to temat na następny artykuł. Tu zasygnalizuję tylko świetną książkę, która to wyjaśnia: G. Lohfink, „Rozumieć Biblię”, PAX, Warszawa 1987.

Zrozumieć
Przy okazji obserwowania (analizowania zawartości logicznej i gramatycznej) tekstu, zaczną się pojawiać także pytania interpretacyjne, czyli dotyczące rozumienia treści. Zwykle pytania te są po prostu słownym sformułowaniem swoich wątpliwości, tego, czego nie wiemy i nie rozumiemy, a chcielibyśmy wiedzieć. Na przykład: Dlaczego to się stało? Dlaczego coś zostało powiedziane? Dlaczego ktoś zareagował w taki sposób? Jakie zamiary miał Jezus? Co chciał osiągnąć? Co oznaczają Jego słowa? Jakie jest znaczenie i przesłanie tego obrazu czy przypowieści? Jaka intencja autora kryje się w takim sformułowaniu treści?
Pytań takich można stawiać wiele i mnożyć je bez końca. Ale nie o to chodzi. Powinny się one wszystkie odnosić do konkretnych problemów czy niewiadomych, lecz bez zbędnego powtarzania i komplikowania. Sformułujmy i zapiszmy te, które są najbardziej precyzyjne i celne, najściślej ujmują treść problemu. Bo w ten sposób też formułujemy i określamy sam problem. Nieraz trudniej jest postawić odpowiednie pytanie, niż potem na nie odpowiedzieć. Celne pytania to klucz do sukcesu, czyli do właściwej interpretacji i zrozumienia tekstu.
Tu potrzebne jest wyjaśnienie jednej poważnej wątpliwości. A mianowicie: współczesne media i politycy przyzwyczaili nas, że interpretacja to jest rzecz gustu, albo raczej polityki, a prawda jest ostateczną wypadkową gry różnych sił, wpływów i interesów. Dlatego mogą być najróżniejsze interpretacje tych samych faktów i wydarzeń, tych samych słów, symboli — co się komu podoba i co lepiej pasuje. Wszystko bowiem jest zależne od aktualnej sytuacji: i polityka, i moralność, i sama prawda też. Trzeba więc być „elas-tycznym”. Właśnie takie przewrotne i fałszywe przesłanie płynie do nas z telewizji, prasy i wypowiedzi wielu osób publicznych.
Ta względność, albo raczej dyspozycyjność „prawdy” i interpretacji, to groźna choroba społeczna, o bardzo złych następstwach. A skutkiem ubocznym takiego relatywizmu jest między innymi przekonanie, że każdy ma prawo interpretować dany tekst (w naszym przypadku Biblię), tak jak mu się podoba. Albo przynajmniej pogląd, że nie ma jednej bezwzględnej interpretacji, tylko kilka różnych, równo uprawnionych wytłumaczeń. Zwycięża ten, kto ma większy dar przekonywania, albo większą siłę, albo większy autorytet.
Tymczasem wcale tak nie jest. Interpretacja każdego tekstu — pod warunkiem, że autor wiedział, co chce napisać — jest tylko jedna: zgodna z intencją autora! Autorzy Biblii — zarówno Duch Święty, jak i powołani przez niego ludzie, hagiografowie, doskonale wiedzieli, jaką prawdę, naukę, chcą zapisać dla naszego zbawienia. I dlatego ich słowa mają jednoznaczny sens i można je zinterpretować w jeden konkretny sposób, określony przez ich intencje i rozumienie sprawy, którą chcieli nam przekazać na piśmie. Naszym zadaniem jest dotrzeć do tego rozumienia, zgodnego z rozumieniem autorów.
Znakami, które nas naprowadzają na właściwy kierunek interpretacji, czyli poprawnego rozumienia, są właśnie nasze obserwacje i odczytana precyzyjnie przy ich pomocy treść tekstu. Następnie pytania interpretacyjne, które naprowadzają nas powoli na sens tekstu, na jego znaczenie i wymowę. Dzięki temu możemy się dowiedzieć, co mieli na myśli autorzy Biblii, gdy zapisywali dane słowa, jakie intencje im przyświecały, co chcieli przekazać słuchaczom, co ociągnąć. Gdy dotrzemy do tej wiedzy, sens danego fragmentu stanie się dla nas bardziej jasny. Zaczniemy stopniowo rozumieć.
Trzeba tylko pamiętać, że czerpanie z Pisma św. nie kończy się jedynie na jego rozumieniu i interpretacji, lecz musi prowadzić do zastosowania. To ono ma największy wpływ na owocność słowa Bożego. I to tu Duch Święty ma największe pole do popisu, a my przestrzeń do działania. To właśnie dzięki zastosowaniu Pismo św. żyje, jest słowem zawsze aktualnym i przenikającym do szpiku kości. I to właśnie zastosowanie powinno być ostatecznym celem naszego studium Biblii.
W ten sposób przezwyciężamy największą wątpliwość i trudność: przecież Biblia został spisana bardzo dawno, ponad 1900 lat temu, w zupełnie innych warunkach kulturowych i historycznych, innym językiem, przez ludzi o zupełnie innej wiedzy, mentalności, obyczajach. Czy taki tekst z zamierzchłych czasów może mieć jeszcze dla nas jakieś znaczenie? A jeśli nawet, to czy treści te mogą być dla nas jasne i aktualne? Przecież przez wieki tyle się wydarzyło, ludzie się zmienili, świat tym bardziej, pojawiły się nowe problemy, odkrycia, mentalność… Czy słowa sprzed dwóch tysięcy lat mogą mieć dla nas jakieś realne znaczenie? Czy da się je zastosować do dzisiejszych sytuacji? Czy mają one jakiś konkretny i pożyteczny sens dla mnie? Czy mogą być adekwatną i obowiązującą wskazówką, co mam robić?

Zrobić
I tu przychodzi kolej na trzeci etap naszej pracy z Pismem św.: odkrycie współczesnego, praktycznego i osobistego zastosowania słów objawionych przez Boga. Musimy pamiętać, że ostatecznym celem studiowania Pisma św. jest odkrycie prawdy objawionej, by móc ją potem wprowadzać w życie. Pismo św. nie jest książką naukową, lecz praktycznym podręcznikiem życia. A więc musi być stosowane, musi kształtować nasze postawy i postępowanie, czyli to, co robimy.
To praktyczne i realne zastosowanie nie może polegać na niewolniczym i dosłownym wypełnianiu poszczególnych zdań i nakazów z Biblii, lecz na wyciąganiu wniosków zgodnych z tekstem objawionym i dostosowanych do aktualnej sytuacji, potrzeb i własnego życia. Aby to osiągnąć znów warto posłużyć się pytaniami. Jest ich sześć i dotyczą tego, co już zobaczyliśmy i zrozumieliśmy (obserwacja i interpretacja). A więc trzeba mieć przed oczami kartkę z wynikami dotychczasowej pracy. Nie zaszkodziłoby, gdybyśmy skupili się tylko na jednym najistotniejszym aspekcie tekstu. Sformułujmy sobie tę prawdę w postaci konkretnego zdania i postawmy następujące pytania:
1. Jak ta prawda stosuje się do mojego życia, gdzie ma zastosowanie, w jakich okolicznościach?
2. Jakich przemian powinienem dokonać w świetle tej prawdy? Do czego mnie ona wzywa?
3. W jaki sposób zamierzam tych przemian dokonać? Co konkretnie zrobię?
4. Jaka jest moja osobista odpowiedź Bogu na tę prawdę, co powiem Bogu? (Mogę to sformułować w postaci modlitwy własnymi słowami)
5. Jaki werset Biblii zapamiętam, by przypominał mi tę prawdę i moje wnioski?
6. Co może mi pomóc w zapamiętaniu? (rysunek, wierszyk, słowo, symbol, hasło, aforyzm)
Trzeba sobie na te pytania konkretnie odpowiedzieć, najlepiej też na piśmie. Pomoże tu kolejny schemat: zastosowanie; przemiany; realizacja; modlitwa; werset; ilustracja. Do każdego z tych punktów zapiszmy sobie kilka słów, ale przede wszystkim nastawmy się na podjęcie decyzji: że to zrobię! Nie ma to być sztuka dla sztuki, lecz program działania.
Powyższy akapit to chyba najtrudniejsza i najbardziej problematyczna część tego tekstu. Tu kryje się nasz główny, polski problem: jak chęci zamieniać na czyny. Jak zamiary zamieniać na decyzje, a plany na realizację. W naszej mentalności często bowiem elementem docelowym jest zamiar, a nie wykonanie. Kończy się na słowach, ewentualnie na sprawozdaniach, ale realizacji brakuje. „Staram się” to ulubione polskie słowo; zastąpmy je słowem: „robię”.
Być może trafiło to komuś do przekonania, w kimś zrodził się jakiś zapał, by spróbować. Podobnie też będzie w czasie studium: dojdziemy do wniosku, że nasze rozumienie tekstu jest głębokie i słuszne, że odkryliśmy ważne prawdy i zasady i jesteśmy nimi wręcz zauroczeni. Ale od zrozumienia i bycia o czymś przekonanym, od uczuć entuzjazmu i pewności, że rozumiem i uznaję odkryte prawdy — do ich realizacji w czynie, jest jednak daleka droga. Nie wolno utożsamiać zrozumienia z zastosowaniem. Coś nam może smakować, ale póki tego nie zjemy, sam smak nic nie daje. Liczy się czyn, decyzja, a nie chęci.
Przekonajmy się o tym sami. Przymuśmy się do pierwszego studium, nie odkładając go na potem, na wakacje, może po wakacjach… Gdy tę metodę rzeczywiście zastosujemy, przekonamy się, jak wiele dzięki niej możemy osiągnąć. Pismo św. przestanie być dla nas teorią, a stanie się praktycznym przewodnikiem życia. I będzie rzeczywiście nasze życie kształtować. A chyba o to nam chodzi.